Góry
  • Turystyka piesza
  • Mapa wydawnictwa PTR Kartografia na podkładzie map WIG
  • Mapa wydawnictwa Compass. Wydanie III z 2005 roku.
Łemkowie i Łemkowszczyzna
  • Łemkowie
Obiekty i miejscowości
  • Miejscowości
  • Cmentarze wojenne
  • Cerkwie i kościoły
  • Tabela obiektów
Przyroda
  • Przyroda
Noclegi
  • Noclegi
  • Jak znaleźć nocleg?
  • Dodaj ofertę
Galerie zdjęć
  • Najlepsze zdjęcia
  • Panoramy sferyczne
  • Galerie tematyczne
  • Zdjęcia archiwalne
Informacje praktyczne
  • Przejścia graniczne
  • Komunikacja
  • Pogoda
Sport
  • Rower
  • Sporty zimowe
Portal beskid-niski.pl
  • Wyniki zakończonego konkursu
  • Księga gości
  • Subskrypcja
  • Linki
  • Mapa portalu

 

/ O ciekawych ludziach w Beskidzie Niskim / Janek Tuz - Wołowiec
 

Janek Tuz - Wołowiec
Wspomnienie...

        Gdy przechodziliście przez Wołowiec, kierując się znakami "żółtego szlaku" w kierunku Nieznajowej dochodziliście do ostatnich zabudowań tej niewielkiej wsi. Witały was pozornie groźne, cztery czarne psy i pokrzykiwanie Janka - Azor, Zawoja - spokój, zostaw. Gdy otrząsnęliście się z emocji wychodził do was Jan. Szczupły, niewysoki, z pogodnym przyjacielskim uśmiechem na twarzy okolonej brodą i oczyma przysłoniętymi cieniem ronda kapelusza noszonego przez niego. Tych kapeluszy i czapek miał wiele. Wybierał je w zależności od nastroju, pogody, pory roku, lub chęci wywarcia wrażenia, czy też realizacji niemal kabaretowego występu. Któregoś sierpniowego popołudnia, wszedł do nas do domku mówiąc: popatrzcie, mam nową czapkę na zimę. Na głowie miał kępę trawy ściętą przez kosiarkę ze szczytu kopca mrowiska.
        Gdy przechodziło się obok gospodarstwa Janka lub przybywało do Niego, zawsze znajdował czas na rozmowę z gośćmi. Zazwyczaj były to barwne i ciekawe wypowiedzi, zabarwione humorem i pogodą ducha. Bardzo cieszył się z odwiedzin i obecności innych. Takie chwile, pozwalały zapomnieć mu, że tak na co dzień, pozostaje sam na swojej dziedzinie. Dziedzinie, którą przekazali mu Rodzice, gdy czworo pozostałego rodzeństwa opuściło Wołowiec szukając innego sposobu i miejsca na realizację swego pomysłu na życie. A Janek, kontynuował i kultywował to, co było cenne dla Rodziców i minionych pokoleń rodu Tuzów.
        Wiele osób zatrzymywało się, aby spojrzeć na odrestaurowaną kapliczkę, obejrzeć mały obelisk poświęcony pamięci ofiar Akcji "Wisła", zaglądnąć do wnętrza sporego drewnianego obiektu, zwanego przez Jana "Galerią" czy też zapytać o możliwość zyskania noclegu lub nawet dłuższego pobytu. Zwracały też uwagę kwietniki wykonane przez Janka z kamienia w postaci dużych mis posadowionych na cokołach i obsadzanych różnorodnymi, kwitnącymi przez kilka miesięcy kwiatami. Te kwiaty były radością i troską Jana. Zawsze rano, przed wypędzeniem bydła na łąki, podlewał je, nosząc wodę z potoku a gdy jego "patologia", bo tak żartobliwie nazywał swe stado bydła, znalazła się w ich pobliżu stał przy kwietnikach pilnując, aby nie zostały zniszczone.
        Codziennie, wcześnie rano - zazwyczaj wstawał o 5 czy 6 rano - po dojeniu krów a podczas przygotowywania jedzenia dla psiej sfory, Janek znajdował 10 do 15 minut aby doskonalić swą grę na instrumentach - akordeonie lub skrzypcach. Muzyka i śpiew były jedną z kilku pasji Janka. Grywał także na harmonijce ustnej. Jego nieżyjąca już Mama była także bardzo muzykalną postacią, zapraszaną na wiele uroczystości i wesel, podczas których śpiewała pieśni ludowe i okolicznościowe. Gdy czasem, słysząc śpiewającego Janka, pytałem skąd zna tyle piosenek - odpowiadał - od Mamy, lub z kermeszy i dawniej częstych łemkowskich spotkań. Śpiew dodawał mu radości. Często było słychać jego dźwięczny mocny głos z łąk, na których pasał swe „bizony” (to inne humorystyczne określenie jego bydła). Jego śpiew odbijał się od zboczy i ścian lasu wypełniając sobą dolinę Zawoji. Śpiewał po łemkowsku. Często, gdy wydawało się Jankowi, że śpimy nazbyt długo w użyczanym nam przez niego domku, budził nas śpiewem bądź grą pod oknem. Był szczęśliwy, gdy w Wołowcu pojawiał się Jego przyjaciel, Janek Malisz z Edytą i dziećmi – Zuzanną i Kacprem. Tworzą Oni rodzinną kapelę. Janek grał na akordeonie, Kacper na skrzypcach a Zuza śpiewała m.in. "Cyganoczkę". Gdy musieli odjeżdżać do domu w Męcinie Janek im nieomal nie mógł darować, że nie grają i śpiewają do samego rana.
        Janek był także bardzo bystrym, cierpliwym i wnikliwym obserwatorem natury – ptaków, owadów, swoich i dzikich zwierząt – wilków, borsuków, rysi, saren i jeleni. Potrafił pięknie opisywać i opowiadać to, co dostrzegał i czego doznał. Pamiętam opowiadanie o "błękitnym błysku" nad nurtem Zawoji - zimorodku, czy spotkaniu z rysiem, który zechciał zapolować na cielęta. Janek wraz ze swoimi psami usiłował go zniechęcić, ale ryś zaatakował psy a potem Janka. Gdy opowiadał, że sądził, iż są to ostanie jego chwile, uratowała go skacząc na kark większego od siebie rysia, wierna i odważna suka Miśka.
        Uciążliwymi sąsiadami Janka były wilki, dokuczające wiosną i zimą. Janek dawniej hodował owce, które często stawały się łupem wilczej watahy. Zdecydował się zapolować na nie. Opowiadał, że uzbroił się w widły i ubrał w śmierdzącą skórę, zdjętą kilka dni wcześniej z zagryzionej owcy. Zmęczenie i smród uśpiły go, a gdy się obudził nad rankiem, brakowało mu trzech owiec w stadzie. Oprócz straty pozostał na Nim przez tydzień uciążliwy zapach baraniej skóry.
        Obserwacje czarnego bociana, orlików, dzięciołów, wypraw sójek, zbierających jesienią żołędzie, przelotów dzikich gęsi, żurawi czy bocianich sejmików, skłaniały do pogłębiania wiedzy ornitologicznej. Żartobliwie tytułował siebie "ordynatorem krowiej ginekologii i położnictwa". Odebrał wiele porodów cieląt, w tym kilka bliźniaczych.
        Latem jego czas pochłaniały sianokosy. W tym roku zaczynał je już 10 czerwca a kończył 20 sierpnia. Bardzo cieszył się z obfitości i jakości siana. Był pewien, że wystarczy go bydłu na długo trwającą w Wołowcu zimę. Gromadził także drewno na opał. Swoim traktorem zwoził uschnięte, przewrócone czy przyniesione wezbranymi wodami Zawoji pnie. W wolnych chwilach, przy pomocy przyjaciół ciął je i łupał na polana układając w stosikach przy ścianach zabudowań.
        Wiosenne i letnie wieczory spędzane przy ognisku nad szemrzącą Zawoją umilał i sycił spokojem nieustający śpiew derkacza oraz opowiadający i śpiewający Janek. Często przy tym ognisku zatrzymywali się przechodzący wędrowcy, którzy nierzadko pozostawali na dłużej. Janek miał mnóstwo przyjaciół i życzliwych sobie ludzi. Sami zastanawialiśmy nad tym co takiego było w Janku, że zjednywało mu tylu ludzi ?
        Podziw budziła jego pracowitość wsparta uporem i sumiennością w trosce o samotnie prowadzone spore gospodarstwo. Te codzienne trudności i towarzyszące im pogodne usposobienie Janka budziły dla Niego uznanie. Barwna postać Janka i bogactwo jego osobowości – ciepłej, życzliwej, pełnej prostoty i życiowej mądrości. Skromność i radość, które dawały zwykłe dokonania. Np. zbudowanie nowego płotku, ogrodzenie kapliczki czy zakwitnięcie posadzonego własnoręcznie kwiatka lub znalezienie zrzuconego przez jelenia poroża. Bardzo lubił pracę przy obróbce drewna, budując domki, meblując je lub upiększając korzenioplastyką.
        Kochał swoją Łemkowynę. Ziemię, język, muzykę i tradycje przekazane mu przez Rodziców. Bywało, że ktoś zadawał pytanie: jak Pan może tu żyć sam w tak trudnym otoczeniu, tak daleko od miasta? A Janek uśmiechając się, zazwyczaj odpowiadał – "przecież jest droga i elektryka - to już jest Ameryka". I sam w trudzie i z uporem budował tą swoją rzeczywistość. Wieczorami czytał, nie tylko prasę ale i wiele pozycji książkowych o zróżnicowanej tematyce historycznej, etnograficznej, ornitologicznej, zaspokajając swe zainteresowania. Niektóre osoby nazywały go Pasterzem, my dodamy, że niezwyczajnym. Sam siebie określał czasem mianem "ostatniego aborygena Beskidu Niskiego", znając doskonale treść tego pojęcia. Źle się czuł poza doliną Zawoji i Wołowcem.
        Gdy wracał z dwu- czy trzygodzinnych wizyt w Gorlicach odczuwał zmęczenie. Dwa razy w życiu podróżował pociągiem, do sanatorium w Kołobrzegu i do Krakowa, gdzie był leczony w jednym ze szpitali.
        Wspominając swe lata szkolne, najczęściej mówił o pieczonych rano przez Mamę prouzaczkach, które wkładał do tornistra tak, aby w drodze z Wołowca do Krzywej grzały go w plecy. W zimie wracając ze szkoły do domu, zjeżdżali na nartach. Śmiejąc się wspominał upadki w kopny śnieg, do którego wysypywała się zawartość tornistra. Część książek i przyborów szkolnych, odnajdował dopiero na wiosnę , gdy stopniały śniegi. Stwierdzał – chciałem się uczyć lecz nie miałem z czego. Ulubionym przedmiotem Jana była geografia. To zainteresowanie pozostało mu na całe życie. Podróżował po mapach, uzupełniając informacje i obrazy z książek i czasopism.
        Ubarwiając sobie codzienność, wzbogacał ją tworzeniem mebli, korzenioplastyką, budową zapory na Zawoji i utworzeniem kilkudziesięciometrowego zalewu. Cieszył się pływaniem na nim małą wiosłową łódeczką. Żartował, iż aby popływać gondolą nie musi jechać do Wenecji. Jedną ze swoich krów, przewodniczkę stada nauczył bycia wierzchowcem. Nie tylko jeździł na niej, ale wykonywał na niej elementy woltyżerki.
        Dawniej Janek był kościelnym, opiekunem cerkwi. Jednak z czasem z różnych powodów, coraz rzadziej bywał w niej, nie rezygnując jednak ze swej wiary. Odbudował kapliczkę na dawnej granicy, pomiędzy Wołowcem a Nieznajową. Pomagała i nakłaniała go do tego 82 letnia Paraska, mieszkająca obecnie na Ukrainie. Jest Ona córką jej fundatorów, którzy wraz z rodziną zostali przesiedleni na Ukrainę. Przed kilkoma laty, Janek odwiedził m.in. Ją, także swoich krewnych oraz znajomych mieszkających w Kałuszu na Ukrainie.
        Pragnął ożywienia życia kulturowego i towarzyskiego lokalnej społeczności łemkowskiej. Przy pomocy p. Wójt, wybudował drewniany obiekt, nazwany przez siebie "galerią", w którym organizował spotkania towarzyskie i muzyczne z udziałem muzyków ze Słowacji czy Ukrainy. Podczas takich spotkań dał się poznać jako wodzirej i dusza towarzystwa. Był obdarzony talentem aktorskim, prezentując wielokrotnie spontaniczne występy kabaretowe. Nie bez wpływu na jakość i swobodę jego występów, miała szczególnie lubiana przez niego "miętówka". Miał też Janek marzenia o lotach nad Beskidem Niskim, o podróży do Kenii, którą planowali z Kamilem, aby wspólnie wspiąć się na Kilimandżaro, nowym pokoiku nad "galeria" i ...
        Ostatni raz wspinał się 22 października w deszczowe ponure jesienne popołudnie. Zmierzał na zachodnie zbocze doliny, w pobliżu domu. Dotarł do miejsca, z którego rozpościera się rozległa panorama, obrzeżona grzbietami Mareszki i Uherca, podkreślona rozległymi połaciami łąk u podnóża których wije się rzeczka Zawoja. Nad jej brzegami widniały zabudowania jego gospodarstwa. Poszukiwania Jana rozpoczęli jego przyjaciele 24 października a zakończyli w następnym dniu. Brały w nich udział drużyny Ochotniczych Straży Pożarnych z okolicznych miejscowości, policja i ratownicy Krynickiej grupy GOPR. Nie dopuszczaliśmy do siebie myśli o tym, iż Jan odszedł. Wydawało się nam, że jest niezniszczalny w swojej pasji życia i pracy. A jednak. …
        Mówił o sobie: "urodziła mnie Mama w stajni, a umrę w polu i spocznę pod jodłami". Ale dodawał także - jestem młody i daleko mi do wieku starczego. Obchodziłem przecież niedawno swoje 16 urodziny. Było to przez słuchających traktowane jako jeden z jego żartów. Janek urodził się bowiem 29 lutego 1960 roku i obchodził urodziny co cztery lata, tylko w latach przestępnych.
        Żegnaliśmy Jana 29 października czterogodzinnymi modlitwami prowadzonymi przez proboszcza parafii prawosławnej w Bartnem. Następnego, bardzo pogodnego dnia, odprowadziliśmy Go na miejsce pod jodłami, gdzie spoczął u boku swoich Rodziców. Żegnała Janka rodzina, krewni, i bardzo liczna grupa znajomych i przyjaciół.
        Opustoszał dolny Wołowiec. Nie chcemy uwierzyć, że Janka nie ma wśród nas. Gwałtownie i znacznie zmniejszyło się stado bydła, ubyło kaczek i kur. A psi generał - Azor, wraz z Miśką, Żółtym i Zawoją smutne i apatyczne wyczekują na Pana, który zawsze do nich wracał.
        Gdy zawiodą Was drogi i „żółty szlak” do Wołowca, wspomnijcie, wywołując z pamięci i serca postać Janka. Przekraczając bród Zawoji, zwróćcie oczy na wznoszące się na prawym jej brzegu łąki. Na zboczu obok siebie stoją dwa krzyże. Pozdrówcie Janka.



Magdalena i Stanisław Falińscy


beskid-niski.pl na Facebooku


 
2007

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 4 i 2: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 8 osób
Logowanie