|
|
 |
| |
Tu jesień ostu
Zapala świecę
Zeschłych liści składa wieniec
J. Harasymowicz
Wojenny epizod
Wiele już napisano i wiele już powiedziano o trwającej ponad 90-lat temu na terenie całej Europy Wielkiej Wojnie. Tereny Beskidu Niskiego były jednym z jej teatrów, którego aktorzy odmienili w latach 1914-1915 oblicze frontu wschodniego.
Dziś o historii przypomina wiele opracowań dotyczących walk zimowych na przełomie 1914 i 1915 roku oraz majowej operacji gorlickiej a materialną pamiątką tych strasznych czasów są dziesiątki cmentarzy rozsianych na terenie Beskidu Niskiego i całej Galicji.
Niestety wiele zdarzeń i faktów uległo zapomnieniu a ich powrót do pamięci jest często dziełem przypadku bądź dociekliwości niewielkiej grupy pasjonatów. Dzięki temu odkrywa się czasami epizodyczne fakty, które dopełniają całości obrazu tych okrutnych czasów.
Tak też było w przypadku historii z nadgranicznej Zyndranowej. Jeszcze do niedawna głównym celem odwiedzin turystów był Skansen Kultury Łemkowskiej oraz cerkiew lecz od niedawna możemy dopisać tą wioskę w dolinie rzeki Panny na mapie pamiątek po I-szej wojnie światowej.
Kiedy wiosną 1982 roku przystępowano w Zyndranowej do prac ziemnych przygotowujących teren pod słupy telefoniczne mało kto już pamiętał lata I-szej wojny światowej. Ten okres dzieliło już prawie czterdzieści lat i II-ga wojna światowa, która przetoczyła się przez dukielszczyznę wielką ofensywą Armii Czerwonej podczas, której zginęło prawie 150 tysięcy żołnierzy obu walczących stron a w ziemi do dnia dzisiejszego pozostały setki ton sprzętu i uzbrojenia.
Podczas tych prac chłopi wykopali szkielet ludzki. I nie było by to niczym dziwnym (we wsi takie znaleziska pochodząc z dwóch wojen nie były rzadkością) gdyby nie fakt, że żołnierz został pochowany bez głowy. Trudno było ustalić po 60 latach nawet z jakiej armii pochodził nieszczęśnik - mundur zbutwiał doszczętnie a jedynymi przedmiotami, które się zachowały były guziki munduru i sprzączka z pasa. Żołnierza pochowano ponownie w bezimiennej mogile i tylko od czasu do czasu, dzieci z miejscowej szkoły przy okazji zaduszek dbały o mogiłę. Potem szkołę zlikwidowano a o grobie bezgłowego żołnierza zapomniano. Grób zarósł łopianem a dzieła zniszczenia dokonały pasące się wokół krowy. I pewnie jeszcze długo historia byłaby opowiadana przy wiejskich ogniskach, wzbogacana o kolejne domysły gdyby nie przyjazd z Kanady, wiekowego już Mychajło Madzieja, który uchylił rąbka tajemnicy opowiadając historię, która zdarzyła się podczas srogiej zimy 1914 / 1915 roku.
"...a zima na przełomie 1914 i 1915 roku była sroga. Śnieg padał nieprzerwanie a cała okolica była skuta mrozem i tonęła w kilkumetrowych zaspach. Wojna nie wybierała czasu a żołnierze toczyli bardziej zaciętą walkę z mrozem i śniegiem niż z żołnierzami po drugiej stronie okopów. Każda chwila wypoczynku w ciepłym pomieszczeniu była wytchnieniem dla żołnierza i często ta chwila ciepła zwyciężała nad rozsądkiem. Mimo, że w grudniu 1914 roku wojska rosyjskie podchodziły pod pozycję obsadzone przez Węgrów często zapominano o środkach ostrożności.
W jednej z chat w Zyndranowej, spał kapitan honwedów węgierskich, stacjonujących w okolicy. Gdy do wsi wpadła sotnia kozacka, kapitan wybiegł z domu, nieszczęśliwie, bo wprost pod kopyta kozackiego konia. Kozak przymierzył się szaszką i ściął głowę jednym cięciem, przekręcił się pod brzuch konia porwał głowę i pogalopował do swoich. Honwedzi podejrzewając mieszkańców o zdradę, z zemsty za kozacki atak spalili wieś a zabitego pochowali po wojennemu, w pobliżu błotnistej drogi..."
Dzięki tej historii opowiedzianej przez p. Madzieja odkryto tajemnicę żołnierza z Zyndranowej.
Niedawno z inicjatywy jasielskiej grupy "GIN", uratowano od zapomnienia cmentarz żołnierski na Kamieniu a tu kolejna dobra wiadomość.
Własnym kosztem i pracą, grupa pasjonatów, która dotarła do tej historii, wykorzystując "złota rączkę" jednego z kolegów, wykonali stylowe ogrodzenie grobu wraz z krzyżem. Zamontowano tabliczkę memoratywną z stosownym napisem. Zamontowano ogrodzenie wykładając mogiłę zebranymi w korycie potoku kamiennymi łomami. Na ścianie ogrodzenia pojawiły się dwie stylowe tabliczki z tekstem opisującym historię wojennej śmierci, a na drugiej tekst wiersza nieznanego autora poświęcony żołnierzom węgierskim:
Nie dla orderów i dla próżnej sławy
Ani cesarskiej ni królewskiej mości
Tysiące Węgrów w tej ziemi skonały
Ale dla waszej Polacy wolności
Gdy inne ludy nic słyszeć nie chciały
O waszym prawie do niepodległości
Szabla huzarska skrzesał honwed śmiały
Iskrę nadziei wśród mroku podłości
Poległ - grób twej powierzył ochronie
Więc znicz wdzięczności zapal - niech płonie.
Kogo więc drogi lub bezdroża Beskidu Niskiego zaprowadzą do uroczej doliny potoku Panna, w której rozciąga się Zyndranowa, to w myśl słów:
Przystań przechodniu - ta mogiła szara
Przykrywa kości dzielnego Madziara,
może nad brzegiem tegoż potoku zatrzymać się nad tą mogiłą i zapalić znicz, symbol łączności z tymi, którzy odeszli z tego świata, niezależnie jakiej narodowości i jakiej wiary byli.
Roman Frodyma
|
|
 |
5925
| uruloki - 2005-10-04 17:24:16 | | Pomyliłem się - jak cytuje R. Frodyma honwedzi spalili całą wieś nie cerkiew. | | | | uruloki - 2005-10-04 17:20:10 | | Idea odnowienia grobu bardzo zacna. Forma upamiętnienia mogiły także fajna - zadbano nawet o tabliczkę - taką jak na zachodniogalicyjskich cmentarzach. Mnie osobiście jednak razi trochę wierszyk z tablicy na płocie:
"Nie dla orderów i dla próżnej sławy
Ani cesarskiej ni królewskiej mości
Tysiące Węgrów w tej ziemi skonały
Ale dla waszej Polacy wolności
Gdy inne ludy nic słyszeć nie chciały
O waszym prawie do niepodległości..."
Wierszyk tyleż naiwny co przedstawiający fakty w całkowice fałszywym świetle. Należy pamiętać, że Węgrzy byli tak samo zaborcą jak Austriacy. Nie byli ciemiężeni, lecz byli ciemiężcami - w prawdzie dla Polaków tylko na Spiszu (gdzie traktowano Polaków jak resztę Słowian w krajach Korony Św. Stefana) ale o poszanowaniu Węgrów dla prawa innych narodowości do rozwoju swojej kultury, sztuki, wyznania i nauki języka narodowego mogą powiedzieć coś nasi sąsiedzi Słowacy i Rusini.
W przededniu, a także w trakcie I wojny toczyły się w paralamencie wiedeńskim i w kołach zbliżonych do tronu starnia o zmianę monarchii dualistycznej (austro - węgierskiej) w trialistyczną (austro -węgiersko -polską). Największy opór tej idei stawiali... Węgrzy.
Zachowały się literackie opisy (wspomnienia zwykłych ludzi ale też znanych polityków) z których wynika że na początku wojny ludność w Galicji bała się głównie Kozaków, ale już po kilku miesiącach wojny bano się na równi z Kozakami węgierskich honwedów.
Tak więc historyjki dotyczące przyjaźni polsko - węgierskiej, o ile znajdują niejakie podstawy w wydarzeniach historycznych z innych epok, o tyle fakty z czasu I wojny światowej nie potwierdzają ich wcale.
"Więc znicz wdzięczności zapal - niech płonie" - jak pisze R.Frodyma honwedzi z "wdzięczności" spalili mieszkańcom cerkiew, więc myślę że znicz na grobie jednego z nich nie powinien płonąć z wdzięczności dla honwedów, bo do prawdy nie ma za co im Polak a tym bardziej Rusin być wdzięczny, ale powinien płonąć ze zwykłego odruchu humanizmu dla poległego.
W artykule brakuje mi wiadomości kto dokonał (w sumie udatnego i estetycznego w moim odczuciu) upamiętnienia tejże mogiły.
M.Ł. | | |
|