Góry
  • Turystyka piesza
  • Mapa wydawnictwa PTR Kartografia na podkładzie map WIG
  • Mapa wydawnictwa Compass. Wydanie III z 2005 roku.
Łemkowie i Łemkowszczyzna
  • Łemkowie
Obiekty i miejscowości
  • Miejscowości
  • Cmentarze wojenne
  • Cerkwie i kościoły
  • Tabela obiektów
Przyroda
  • Przyroda
Noclegi
  • Noclegi
  • Jak znaleźć nocleg?
  • Dodaj ofertę
Galerie zdjęć
  • Najlepsze zdjęcia
  • Panoramy sferyczne
  • Galerie tematyczne
  • Zdjęcia archiwalne
Informacje praktyczne
  • Przejścia graniczne
  • Komunikacja
  • Pogoda
Sport
  • Rower
  • Sporty zimowe
Portal beskid-niski.pl
  • Wyniki zakończonego konkursu
  • Księga gości
  • Subskrypcja
  • Linki
  • Mapa portalu

 

/ Beskidzkie rozmaitości /
 

Ks. Stefan Szalasz

Latopis parafii Krempna Dekanatu
Dukielskiego 1934-1942


Latopis (kronika parafialna) przechowywany jest w archiwum parafialnym w Parafii Rzymskokatolickiej w Krempnej. Udostępniony został przez ks. Piotra Kuźniara - proboszcza parafii w Krempnej - Stowarzyszeniu "Magurycz"
Tekst latopisu składa się z zapisanych ręcznie 58 numerowanych stron. Można w nim wyróżnić dwie części: pierwsza - obejmująca okres "od zarania" do 1934 roku, stanowi historyczny wstęp do części właściwej - obejmującej lata 1934-1942. Autorem kroniki jest dziekan dukielski (1931-1945), proboszcz pobliskiej parafii w Myscowej, ks. Stefan Szalasz

                                                                                Damian Nowak

Tłumaczenie: Natalia Małecka, Damian Nowak



* * *

W aktach parafialnych nie ma żadnych zapisków, z których można by wywnioskować, kiedy powstała wieś Krempna, kiedy erygowano parafię, skąd pochodzi nazwa „Krempna” i w ogóle, co dotyczy dawnej historii parafii. Od starych ludzi też trudno się coś dowiedzieć.
Nad drzwiami wejściowymi do cerkwi znajduje się tablica w języku polskim, z której można wywnioskować, że w 1507 roku była w Krempnej cerkiew. Czy to była pierwsza cerkiew w tej wsi nie wiadomo. Napis tak brzmi:
"W imię Pańskie Amen. Cerkiew Kremska Dekanatu Dukielskiego po pierwszej cerkwi która lat 275 stała rozbudzeniu teraźniejsza za IW. Imci x. Maxymiliana, R. K. O. Biskupa Chełmskiego et. C. Nominata y Gen. Administratora Biskupstwa Przemyskiego Sanockiego et. C, Opata Derman Dubien: y So Krzyża Orderu Św. Stanisława Kawalera pozwoleniem przy dopomożeniu łaskawym I. O. Imci Karola Radziwiłła W. Wilen. Kolatora staraniem Imci x Michała Turowskiego parcha y gromady miejsca pod Urzędem dekan. Przewiel. Imci x. Teodora z Pacława Pacławskiego Dziekana Dukieskiego Par. w Jabłonicy Roku Pańskiego jest wystawiona 1782."

Ze słów "cerkwi która lat 275 stała rozbudzeniu" można wywnioskować, że cerkiew wybudowano w 1507 roku i była w ogóle pierwsza cerkwią w Krempnej, chociaż wieś mogła być założona dużo wcześniej. Starzy ludzie opowiadają, że w początkach swego istnienia wieś była rozciągnięta w stronę Żydowskiego., ale poza tym góry były pokryte gęstymi lasami, w których kryły się rozbójnickie bandy i często miejscowi podczas napadów wycofywali sie na północ, gdzie w końcu utworzyli większe skupisko dla lepszej obrony i takie jest teraźniejsze oblicze wsi Krempna.
Drugim aktem, który podaje jakieś tam wiadomości o parafii w Krempnej jest kopia aktu z dnia 6 czerwca 1683 roku, w którym właścicielka Żmigrodu i kolatorka Krystyna Stokowska w akcie wdzięczności za połączenie się z cerkwią katolicką ojców duchownych we wsiach do Żmigrodu należących zezwala im (także parochowi z Krempnej) pobierać z każdej roli po kopie owsa w snopach albo po korcu owsa sypanego, zwalnia ich od ciężarów, pozwala im posiadać i używać grunta należące do parafii, pozwala palić gorzałkę i warzyć piwo.
Z tego aktu można wnioskować, że parafia w Krempnej i inne sąsiednie parafie w 1683 roku były zjednoczone z Cerkwią Katolicką przed tym jak biskup przemyski Innocenty Winnicki dopiero w 1690 roku przystąpił do Unii.
Księgi metrykalne rozpoczął prowadzić proboszcz Michał Turkowskij od r. 1761-1775 w jednej księdze zgonów, urodzeń i ślubów z przypisanymi rubrykami, a od 1784 roku są księgi metrykalne urodzeń, zgonów i ślubów z przypisanymi rubrykami.
Do 1799 Kotań stanowiła odrębną parafię. Ostatnim proboszczem w Kotani był o. Iwan Jaryna. W 1799 roku Kotań została przyłączona do Krempnej jako filia. Nie wiadomo gdzie przeniesiono o. Iwana Jarynę ponieważ w Kotani nie był do końca życia. Do dzisiaj są jeszcze ślady na ogrodzie gdzie była plebania.
Przedstawiam, księży którzy byli przed o. Michałem Turkowskim. We wspominanym odpisie aktu z 1683 roku jest wzmianka o proboszczu w Krempnej, jednak nie z nazwiska tylko "ojciec duchowny Krempski"
Od czasu jak zaczęto prowadzić księgi metrykalne w Krempnej byli:

o. Michajlo Turkowski proboszcz
1761+ 8. I. 1801
o. Luka Benzynowycz proboszcz
1801 + 5. I 1823
o. Iwan Sytynckyj proboszcz Myscowej zarządzał parafią
o. Andrij Hwozdowycz kościół w Ciechani
1823-1826
o. Mychajl Konstantynowycz proboszcz
1827 + 14. IX. 1875
o. Emilian Czyrnjawśkyj proboszcz
1869 + 18. VII. 1896
o. Myron Czyrnjawśkyj proboszcz
1896-1897 zmarł nagle
o. Petro Kalamuneckij administrator
1899-1900
o. Jozif Pelechowycz proboszcz
1899-1900
o. Stefan Gajda proboszcz
1910-1928

Dnia 29. VI. 1833 odbyła się wizytacja kanoniczna Bpa Śnihurskiego W 1849 roku była cholera na którą zmarło w Krempnej 27 osób, a W Kotani 9. W latach 1853-55 był głód zmarło w Krempnej 22 osoby, a w Kotani 10 W latach 1862-1863 panował epidemia apidiapa [dyfteryt] na którą zmarło w Krempnej 21 dzieci. W 1873 roku panowała drugi raz cholera, od której zmarło w Krempnej 33 osoby, a w Kotani 23.
Z duszpasterzy wyżej wymienionych wiadomo, że o. Emilian Czyrnjawśkyj zmarł nagle na udar serca "na liktoju", jego syn Myron Czyrnjawśkyj będąc po śmierci ojca administratorem w Krempnej zmarł nagle jako proboszcz w Borynci w sam dzień soborczyku dekanalnego, który odbywał się w jego parafii.
O. Fylemon Kysilewśkyj przeniósł się z Krempnej do Grabia i od tak wyjechał do Ameryki, gdzie nagle zmarł.
O. Jozif Pelechowycz w 1910 roku wyjechał do Ameryki na jednoroczną przepustkę, ot tak zrezygnował z probostwa i 1.10.1910 roku sprowadził się do Krempnej o. Stefan Gajda będąc kooperatorem (asystentem), a następnie - od 1.10.1911 administratorem.
W 1912 roku otrzymał prezencję, jednak namiestnictwo nie zgodziło się na to stanowisko, dlatego, że należał do partii rusofilskiej. Na wniosek Ministerstwa zatwierdzono postanowienia namiestnictwa. Wystawiono parafię jeszcze raz na konkurs i znowu [ks. Gajda] otrzymał reprezentację i namiestnictwo drugi raz sprzeciwiło się sie instytucji. Taki był wtedy kurs polityki austriackiej. Wróciwszy z zgromadzenia zwrócił się za pośrednictwem Ordynariatu biskupiego z prośbą o zgodę, jednak trzeci raz mu odmówiono. Dopiero po rozpadzie Austrii Przewielebny Jozafat udzielił mu posady bez zgody świeckiej.
W 1912 roku część parafii Grab, Długie i Czarne przeszła na prawosławie, jednak dalej schizma nie szerzyła sie bo władze austriackie uważały propagandę prawosławną jako propagandę polityczna na korzyść Rosji, jaka w rzeczywistości była, represjami zatrzymały ten ruch, chociaż w parafiach, w których prawosławie zagnieździło się, przetrwało aż do wojny. Podczas wojny samo w sobie upadło.

Rok 1914 był w ważnym w historii ogólnoświatowej i smutny w następstwie dla parafii. Już po zabójstwie następcy tronu Franciszka - Ferdynanda i jego żony w Sarajewie można było przypuszczać, że coś z tego „wykipi”, chociaż czasopisma osądzały ten fakt dość podejrzliwie i robiły nadzieję, że konflikt zostanie złagodzony pokojowym sposobem. Do wojny musiało dojść prędzej czy później, ponieważ rywalizacja na Bałkanach o wpływy polityczne pomiędzy Austria i Rosją i rywalizacja ekonomiczna miedzy Niemcami a Anglią musiała zakończyć się wojną. Tak jak sarajewski mord nie był właściwą przyczyną wojny światowej ale epizodem może cokolwiek przyczynił sie do jej wybuchu.
1 sierpnia 1914 roku zarządzono mobilizację, a 2 sierpnia była ogłoszona w najdalszych zakątkach państwa. Mężczyźni wezwani do wojska od rana przystępowali do spowiedzi świętej i komunii i przygotowywali sie na wojny. W całej wsi był płacz i pożegnania mężów z żonami i dziećmi - może na zawsze. I o. Stefan Gajda miejscowy administrator był powołany do wojska jako felkurad, jednak ze względu na słabe zdrowie został zwolniony. Nie chciało się wierzyć, że wojna ogarnie płomieniem cały świat, miało sie nadzieję, że może jeszcze nastąpi jakiś zwrot i pojednanie, czasopisma robiły nadzieję, że wojnę da się zatrzymać, ale jak widziało się pociągi, które jeżdżą jeden za drugim z wojskiem, amunicję, armaty, widziało się rannych przywożonych z pola bitwy musiało się rozumieć, że nie ma siły, która mogłaby zatrzymać maszynę już wpuszczoną w ruch i zakończyć wojnę, bo znaczyłoby to zatrzymanie Ziemi w biegu - chyba Bóg zrobiłby cud. Z całego kraju dochodziły straszne wieści o masowych aresztowaniach, szczególnie duchowieństwa, o wielu rozstrzeleniach. W Gorlicach rozstrzelano bez sądu dawnego prawosławnego księdza z Grabia Sandowicza, w Sączu rozstrzelano Sandowicza proboszcza z Brunar i jego syna studenta (akademika), na wschodzie powieszono wielu chłopów za domniemaną zdradę. Komenda wojsk austriackich chciała zrzucić z siebie odpowiedzialność za porażki na froncie składając winę na zdradę. W dekanacie dukielskim aresztowano wszystkich księży z wyjątkiem księży – Ukraińców. Pierwszego aresztowano o. Aleksandra Sileckoho proboszcza w Desznicy i osadzono w więzieniu w Jaśle. Później następnych księży.
Dnia 6 września 1914 roku aresztowano miejscowego administratora o. Gajdę. W niedzielę koło godziny 9 rano, kiedy zadzwoniono na jutrznię i ludzie zaczęli schodzić się do cerkwi, wpadło 8 żandarmów na plebanię i wzięli się do dokonania aresztowania. Dwóch żandarmów prowadziło rewizję w mieszkaniu. Odstawiono go na posterunek żandarmerii, a potem do starostwa w Jaśle, a starostwo oddało go sądowi w celu zatrzymania w areszcie.
Tego samego dnia aresztowano Mariana Myszkowskiego proboszcza w Rozstajnym i jego żonę. Z o. Marianem siedział o. Gajda w jednej celi przez dwa tygodnie. Z Krempnej aresztowano chłopów: Stefana Popowczaka, Aleksija Fedyka, i Hrycja Kuszawaru. Tych dwóch ostatnich wypuszczono i ewakuowano do obozu uchodźców w Styrii, a pozostałych aresztowanych wywieziono do Jasła do obozu internowanych w Talerhoffie. O. Gajdę 1 marca 1915 wypuszczono z Talerhoffu i osadzono w Tyrral , w miejscowości w Styrii, gdzie pozostał do maja 1917 roku - do rozwiązania obozu internowanych przez prawodawstwo austriackie. Żona o. Gajdy z dziećmi po zajęciu Krempnej przez wojska rosyjskie wyjechała do Srogowa koło Sanoka, a stamtąd z odwrotem wojsk rosyjskich z Galicji wyjechała do Rosji i przebywała z innymi uciekinierami w Achtarci charkowskiej guberni. Do Krempnej wróciła początkiem lipca 1918 roku.
Wojska austriackie ustąpiły pod naporem wojsk rosyjskich, mieszkańców ewakuowali do Żydowskiego, zwierzęta wszystkie zabrali, a wieś spalili. Została spalona cała górna część Krempnej począwszy od leśniczówki i kilka chat w dolnym końcu wsi. Budynki parafialne utrzymały sie, ale zostały częściowo uszkodzone. W Kotani została spalona cała dolna część wsi po cerkiew i 2 albo 3 chaty powyżej cerkwi.
Kiedy austriacko-niemieckie wojska przerwały rosyjski front pod Gorlicami i wojska rosyjskie już nie ustępowały regularnie, lecz po prostu uciekały, aby im nie odcięto odwrotu. Znaczna część mieszkańców z Krempnej i Kotani podobnie jak z innych wsi całymi rodzinami i uratowanym dobytkiem cofali się razem z wojskiem, sami nie wiedząc gdzie i po co. Mężczyźni w wieku wojskowym [poborowym] uciekali żeby ich nie wzięto do wojska, inni uciekali bojąc się pociągnięcia do odpowiedzialności za współpracę z nieprzyjacielskimi wojskami. A wszyscy uciekali w przekonaniu, że za 2-3 dni wrócą z powrotem, bo nie wierzyli, aby wojska rosyjskie raz na zawsze opuściły Galicję, a przy tym, nikt nie przypuszczał, że wojna jeszcze tyle potrwa. Ci, którzy zostali zrobili lepiej, bo i chaty, chociaż prowizoryczne zbudowali, powoli nabyli inwentarz gospodarski i grunta gazdowie obsiali i uprawiali. Natomiast ci, co ruszyli się z frontem musieli iść coraz dalej i dalej aż znaleźli się jedni na Ukrainie, drudzy na Sybirze, inni zaś nad Morzem Kaspijskim. Żal było patrzeć się na nich, kiedy wrócili z powrotem w 1918 roku, szczególnie ci co doszli do Rosji z całymi rodzinami zastali puste chaty albo zgliszcza. Ceny szły nie z każdym dniem, ale i z każdą godziną w górę, szczególnie inwentarz żywy, zboże, odzież były drogie. Reemigranci przynieśli dużo rubli papierowych, których jednak nikt nie chciał brać. Zboża w ogóle nie można było kupić na targu, tylko potajemnie i trzeba było płacić paserskie ceny. Na nieszczęście w 1918 roku nie dopisał ziemniak, bo mróz zniszczył - jeden 22 czerwca, drugi 29 czerwca. Na odbudowę dostawali poszkodowani z Ekspozytury odbudowującej asygnaty na drzewo dworskich lasów. Niektórzy ścinali drzewa na swoim polu albo na cudzym. Krempna odbudowała sie dosyć szybko i lekko, bo miała dużo drewna - lasu i tartak na miejscu.
Budynku szkolnego w Krempnej nie było. Do wojny nauka odbywała sie w starej plebani, która jednak podczas wojny została zniszczona. Gromada kupiła przed wojną stary dom z parcelą i miała przystąpić do budowy nowej szkoły. Dom został spalony podczas wojny a na tej parceli wybudowała gromada nowy gromadzkiej dom i oddał go tymczasowo na szkołę. W Kotani budynek szkolny został spalony, a na jego miejsce wybudowano nowy przy pomocy Ekspozytury budowlanej. Posada nauczyciela została obsadzona dopiero w listopadzie 1927 roku.
W 1925 roku odbyły sie w tutejszej parafii misje dla ludu. Głosili je księża z sąsiednich parafii. Uczestnictwo wiernych w misjach było liczne. Z Kotani przychodziło mało. Misję zakończyły się procesją z misyjnym krzyżem. W ostatni dzień misji odbył się soborczyk.
W 1926 roku odbyła się kanoniczna wizytacja dekanatu dukielskiego przeprowadzona przez O. Wołodymyra Wenhrynowycza proboszcza Tarnawy, jako diecezjalnego wizytatora. Dnia 24 lipca przybył o. Wizytator do tutejszej parafii w towarzystwie dziekana dukielskiego O. Wołodymyra Kjuky. Najpierw odwiedził o. Wizytator cerkiew w Kotani, gdzie odprawił moleben, pobłogosławił lud Najświętszym Sakramentem i krótko przemówił do ludu. Potem odwiedził cerkiew w Krempnej i tu odprawił o. proboszcz weczernię. Dnia 25 lipca w niedzielę o. Wizytator odprawił śpiewana Służbę Bożą, na której przystąpiło do Komunii Świętej około 100 wiernych. Pierwsza wizytacja kanoniczna zapisana w księgach metrykalnych odbyła się 29 VI 1833 roku przez Przewielebnego Ioana Snigurskiego, a potem aż 2 VI 1908 przez Przewielebnego Konstantyna Czechowycza. Dnia 24 maja 1924 Przewielebny Jozafat przybył na soborczyk dekanalny w Desznicy i tu podpisał księgi metrykalne, które każdy ksiądz miał z sobą przywieźć, jednak to nie była wizytacja kanoniczna w dosłownym znaczeniu. Przewielebny Josafat bierze udział w soborczykach dekanalnych różnych dekanatów chcąc wejść w kontakt z duchowieństwem i zachęcić go do gorliwości w duszpasterskiej pracy.
Na początek 1928 roku przypada najsmutniejsze wydarzenie w tutejszej parafii, dokładnie przejście części parafian z filii Kotań na prawosławie. Zapoczątkowała parafia Tylawa, która odłączyła się od katolickiej cerkwi w grudniu 1926 roku. Za jej przykładem poszła parafia Czarne, Radocyna, Świątkowa, które przeszły całe na prawosławie, a na dodatek temu w niektórych parafiach część przyłączyła się do schizmy tak, że ruch prawosławny obijał cały dekanat dukielski z wyjątkiem kilku parafii, w których na nic idzie silna agitacja za prawosławiem albo innymi sektami religijnymi, albo agitacja komunistyczna, która jak wiadomo wrogo nastawiona jest wszelkich religii. Taki stan trwa do chwili pisania tych stron, tj. w maju 1928 roku.
Przyczyny prawosławia są przeważnie charakteru politycznego. Łemkowie wychowani w duchu staroruskiej partii, która za główny punkt swojego programu stawia narodową kulturalną jedność małoruskiego i wielkoruskiego narodu. W ślad za tym partia staroruska która jako taka przykładowo odnosiła się do schizmy szczególnie od czasu powstania w tej partii tzw. "nowego kursu" na kilka lat przed wybuchem wojny światowej. Oczywiście trudno wszystkich należących do tej partii posądzać o schizmatyckie sympatie, przeciwnie wielu szczególnie wśród duchowieństwa byli szczerymi i oddanymi katolikami. Ludzie światli potrafili odróżnić politykę od religii, ale u prostego i ciemnego łemkowskiego ludu, było pomieszanie pojęć. Łemkowie uchodzili za twardych Rusinów w przeciwieństwie do Ukraińców, a twardy Rusin w ich mniemaniu znaczył, że prawosławny. Wprawdzie nazywali siebie grekokatolikami, ale ducha katolickiego nie mieli, w Unii nie byli utwardzeni, w duchu czuli się prawosławnymi, przywiązując przy tym większą wagę do samej nazwy "prawosławny" niż do treści. Nie dziwnym więc, że przy najmniejszej agitacji lekko odchodzili od katolickiej cerkwi. Już przed wojną część parafian z Grabiu przeszło na prawosławie w efekcie agitacji, która nawiązywała do celów politycznych. W tym czasie właściwie duchowni dla usunięcia zamieszania i nieporozumień uradzili, żeby przepuszczać słowa „prawosławny” podczas wielkiego wejścia podczas Służby Bożej. Lud przyjął to zarządzenie spokojnie. Dopiero kiedy rozpadła sie Austria, a Polska jeszcze nie rozciągnęła swoich włości na Łemkowszczyznę zwoływano wiece, na których między innymi żądano przywrócenia słowa "prawosławnych". Niektórzy księża ustąpili, niektórzy nie. Z tego powstał chaos. Lud rozumował tak: ci co śpiewają "prawosławnych" to twardzi Rusini, a ci co nie - to Ukraińcy. I tak powstawały konflikty pomiędzy księżmi i parafianami. Tenże sytuację wykorzystał odłam partii staroruskiej czyniąc "Głos Ludu" swoim organem i pod pokrywką ekonomicznej akcji zakładania kooperatyw rozwinął akcję na korzyść prawosławia. Początkiem grudnia 1926 roku odbyły się łemkowskie wiece w Tylawie, na które przybył poseł Serebrjannikow i prawosławny biskup z Ameryki Adam Fylypowkij. W wkrótce po tym wiecu cała parafia Tylawa z wyjątkiem kilku rodzin przeszła na prawosławie. Żal, że niektórzy inteligenci ze staroruskiej partii żyjący wśród ludu i mający na niego wpływ zamiast lud uświadomić, że nie trzeba mieszać religii z polityką świadomie utwierdzali lud w błędnych pojęciach doprowadzając lud do moralnej ruiny. Początek był zrobiony, dalej szło już lekko. "Głos Ludu" gazeta ekonomiczna niemająca jednak z ekonomia nic wspólnego rozsyłana dziesiątkami bezpłatnych egzemplarzy po wszystkich wsiach Łemkowszczyzny przepełniona demagogicznymi artykułami, notkami pełnymi bredni podburzała lud przeciw duchowieństwu, a właściwie duchownych podrywając ich autorytet wśród ludu. Gdzie tylko powstał najmniejszy konflikt pomiędzy proboszcze a ludem schizma była gotowa. Gdzie nie było konfliktu parafianie wyzywali jego [proboszcza], szukali zaczepki, prowokowali. Tak było i w Kotani.
Kiedy w lipcu 1927 roku Świątkowa przeszła na prawosławie rozeszła się pogłoska, że i Kotań przechodzi. Ale nie było pretekstu. Trzeba było go znaleźć. Należy pamiętać, że cała Kotań jest spokrewniona ze Świątkową, Świerzową i stamtąd szła silna agitacja.
O. proboszcz od pierwszej chwili rozporządzenia o pominięciu słowa "prawosławnych" zastosował się do niego. Jednak, kiedy pod tym względem zapanował chaos i niektórzy księża na swoją odpowiedzialność przywrócili to słowo, niektórzy za cicha zgodą kompetentnych czynników, a w Myscowej o. kanonik pozwolił na to o. proboszczowi. O. proboszcz otrzymawszy od parafian pisemna prośbę o przywrócenie tego słowa i pisemne zapewnienie, że czują grekokatolikami, wyjaśnił im w kazaniu znaczenie słowa "prawosławny" w Służbie Bożej jako nazwę w wyznaniu wiary i pouczywszy o różnicy - zaczął śpiewać "wszystkich was prawosławnych", myśląc, że w ten sposób odbierze argumenty do agitacji. Ale pomylił się bo tu nie chodziło o słowo "prawosławny" a o schizmę. Pretekst szybko sie znalazł. Właśnie w tym roku pokrywano plebanie gontami. Kotanianie już zwozili gont składając go na podwórzu parafialnym. Jednego dnia zajechały 4 fury na podwórze parafialne - Wasyl Narowśkyj i Wanio Hoc oświadczyli w imieniu gromady, że swoje gonty zabierają, bo im się dzieje krzywda, ponieważ płacą konkurencji tak samo jak Krempna, a mają Służbę Boża co trzecią niedzielę. Na pytanie dlaczego dopiero teraz mówią o krzywdzie, oświadczyli, że teraz na to przyszedł czas. Gontów im nie wydano, ale powiedziano, że jeśli mają jakieś pretensje do Krempnej mogą spotkać się obie Gromadzkie Rady i pogodzić się. Za 2 tygodnie zebrały się obie rady gromadzkie i Wasyl Narowśkyj imieniem Kotańskie Gromadzkiej Rady oświadczył, że domagają się, co by mieli Mszę Św. co drugą niedzielę. Rada Gromadzka Krempnej zgodziła się pod warunkiem iż gromada Kotań jako taka będzie dawać tyle konkurencji co Krempna. Rada gromadzka z Kotani oświadczyła, że na to się nie zgadza i podejmie starania o odłączenie się i o osobnego księdza i odeszli. O. proboszcz sam na swoją rękę zrobić tego nie mógł, spotkał by się bowiem ze sprzeciwem, ale by poparł domagania Kotani, chociaż bez sukcesu, jednak było jasne z dotychczasowego zachowania Kotani, iż Kotań szuka zaczepki żeby przejść na prawosławie i po spełnieniu tego życzenia mieli by cały rząd innych jak: żeby o. proboszcz swoimi końmi do Kotani jeździł, żeby usunął rewizorów cerkiewnych, aby kasa cerkiewna znajdowała się nie w cerkwi, a w gromadzie, a po spełnieniu wszystkich zadań zażądali by aby nie wspominać podczas Służby Bożej papieża, Św. Josafta i słowa "katolicki" nie używać, co znaczy, że proboszcz, jeśli nie formalnie to faktycznie razem z nimi przyłączył się do schizmy. Ciągnęło się to kilka miesięcy i o. proboszcz był dobrze poinformowany co sie dzieje, co robi się w Kotani i co Kotań pod wpływem agitacji ze Świątkowej i jak z całej siły garnie się do schizmy, czego nie można było już znieść. O. proboszcz przeciwdziałał uświadamiając w kazaniach o różnicy między wiarą katolicką, a prawosławiem, wskazując, że Cerkiew katolicka jest jedyna apostolska, wskazując przy tym konsekwencje po przejściu na schizmę.
Gromada wniosła do Biskupiej Konsystorii prośbę o nadanie osobnego księdza. Jednak nie wszyscy chcieli przyjąć na siebie ciężar utrzymania osobnego księdza, budowania mieszkania dla niego i budynków ekonomicznych, dokładnie ci, co byli przeciwni schizmie.
Kiedy rewizorzy cerkiewni chcieli ich z imienia, oświadczyli pismem do Biskupiej Konsystorii za pozostawieniem dotychczasowego stanu rzeczy. Sprzyjający schizmie w dzień Św. Męczenników Kosmy i Damiana po Służbie Bożej zebrali się na radzie, zaprosili o. proboszcza oświadczyli, że cerkiewnicy muszą ustąpić, na drugi miesiąc muszą być inni cerkiewnicy, oni sami ich wybiorą. O. proboszcz oświadczył, iż ponoć gromada wniosła prośbę o osobnego księdza, powinna czekać na odpowiedź a wtedy wszystkie zadani będą załatwione. Na druga niedzielę wójt wręczył o. proboszczowi kartkę, że gromada wybrała nowych cerkiewników: Dymytra Fesza i Fedora Barna. Dymytro Fesz wtenczas oświadczył, że nie chce cerkiewnikiem, bo wiedział do czego to prowadzi. O. proboszcz w cerkwi ogłosił, że w tej chwili cerkiewników nie może usunąć bowiem nie ma ku temu powodów, ale kiedy przyjdzie odpowiedź na prośbę wysłaną do Konsystorii, wtedy żądanie to będzie rozpatrzone, ponieważ chciałby aby wszystkie sprawy rozwiązane razem, aby był raz był spokój. W odpowiedzi na to oświadczenie rada postanowiła nie wysyłać fury do Krempnej po o. proboszcza. Sprawa oparła sie o. dziekana. O. proboszcz porozumiawszy się z dziekanem zgodził sie na to, iż dziekan wezwie delegację z Kotani i oświadczy im, że usuwa cerkiewników pod warunkiem, że Kotanianie nie myślą o schizmie i że nie będą występowali z innymi wymogami. O. dziekan rekomendując się pismem wezwał ale ta nie stawiła się. O. proboszcz sam nie mógł usuwać cerkiewników bez przyczyny [...] tych, żeby przeciwstawić się schizmie. Kotanianie zaczęli zapisywać się na prawosławie. Chodzili od chaty do chaty, pomawiali, obiecywali różne dobra, grozili.
Na Nowy Rok 1928 roku Służba Boża była w Kotani i wtedy było już jasne, że Kotanianie na drugi dzień, w niedzielę mają sprowadzić batiuszkę do cerkwi. Klucz od cerkwi znajdował sie u Wasyla Narowśkoho, który złożył przysięgę, że klucza nie użyje na szkodę cerkwi i na żądanie odda o. proboszczowi. I rzeczywiście Narwowśkyj klucz oddał, ale tego samego dnia wieczorem zjawili się Wasyl Narwowśkuj i D. Hoc w kancelarii parafialnej i oświadczyli, że klucz dają sobie zrobić i za pięć godzin będą mieli swój klucz. W rzeczywistości klucz mieli już zrobiony dokładnie Narwowśkyj zlecił zrobić drugi klucz na mirę oryginalnego, który znajdował sie u niego. Na drugi dzień w niedzielę Służba Boża była zapowiedziana w Krempnej. Ale rano o. proboszcz dał znać Krempnianom, że Służba Boża będzie w Kotani, bo tam ma być batiuszka. I pojechał do Kotani. Kotanianie nie spodziewając się zgłupieli. Wasyl Narwowśkyj śmiał się mówiąc "jegomość będzie odprawiał Służbę Bożą z cerkiewnikami". Za chwilę nadjechał batiuszka, poszedł do cerkwi, ale widząc, że jest zamknięta odprawił Służbę Bożą w domu Barana. Na pierwszy występ p batiuszki w Kotani byli zaproszeni prawosławni z sąsiednich wsi i Kotaninom był nie w smak, że musieli odprawiać w chacie. Cerkiew natomiast była pełna bo i z Kotani nie wszyscy przeszli na prawosławie, a i z Krempnej bardzo dużo przyszło.
Na Ofiarowanie Pańskie i Jordan w Kotani odbyła sie Służba w swoim czasie przy uczestnictwie grekokatolików Córka Nawrośkoho nabrała wody po poświęceniu przez o. proboszcza, ale ojciec kazał jej wylać. Do cerkwi na Jordan prawosławni nie próbowali wejść bo była policja, która by ich nie wpuściła. Około 10 godziny rano przyjechał batiuszka i poświecił prawosławnym wodę, a potem chodził od domu do domu prawosławnych ze święcona wodą. Na drugi dzień o. proboszcz miał w Kotani Służbę Bożą, a potem odwiedzał grekokatolików, poświecił ich omy jordańską wodą i zachęcał do wytrwania w wierze katolickiej.
Przy pomocy dorobionego klucza prawosławni wprowadzali batiuszkę do cerkwi w celu chrzczenia dzieci. Aby temu przeszkodzić o. proboszcz kazał zrobić żelazną sztabę, kupił kłódkę i dnia 14 lutego pojechał w asyście policjanta do Kotani zamknąć cerkiew na nowy zamek. Zamek przybił Mych. Balko z Krempnej. Ledwie skończył przybijać zamek do drugich drzwi prowadzących bezpośrednio do cerkwi. A tu nadeszło kilkunastu prawosławnych, zajęli miejsce pod dzwonnicą nie chcąc ustąpić i mówili: "zamknij nas". Widząc to o. proboszcz zostawił pierwsze drzwi nie zamknięte i odjechał. Policjant zachowywał się pasywnie. Tego samego dnia po niedługim czasie od odjazdu proboszcza prawosławni nowo przybity zamek rozbili, otworzyli cerkiew za pomocą podrobionego klucza i wprowadzili batiuszkę do cerkwi z pogrzebem dziecka – córki Hoca. Proboszcz incydent ten zgłosił do starostwa, prokuratury i ministerstwa (ds. wyznań). Tymczasem prawosławni bezkarnie chodzili do cerkwi, wprowadzając batiuszkę i śmiejąc się, że nic im się nie dzieje.
Dopiero po kilku niedzielach ministerstwo zwróciło się do starostwa z poręczeniem rozstrzygnięcia sprawy i ewentualnego sprowadzenia sprawy na drogę sądową. Wtedy starostwo zleciło proboszczowi przybicie nowego zamka. Proboszcz kupił zamek, przybił do pierwszych drzwi prowadzących pod dzwonnicę, zamek od drugich drzwi naprawił, dał przerobić, tak że prawosławnym na nic zdał się już klucz. Ale zamek przy pierwszych drzwiach tak poruszali, napchali gwoździ, kul, na koniec odbili deskę, weszli pod dzwonnicę, zamek otworzyli, serce od dzwonu ukradli. Przed Wielkanocą zapowiedzieli, że na Wielkanoc katolików w cerkwi nie będzie. Jednak w Wielki Piątek i w Wielką Niedzielę Służba Boża odbyła się prawidłowo w swoim czasie i spokoju. W nocy z soboty na Wielka Niedzielę przyjechał starosta, komisarz policji i około 20 policjantów, aby nie dopuścić do ewentualnych awantur i wtedy opieczętowano cerkwie w Świerzowej i Świątkowej Małej. W Wielki Poniedziałek odprawił batiuszka Służbę Bożą na cmentarzu w Kotani.
Sprawa o rozbicie zamku toczyła się w sądzie w Żmigrodzie. Prokuratura nie dopatrzyła się w tym gwałtu publicznego i oddała sprawę do sądu w Żmigrodzie jako "przestępstwo złośliwego uszkodzenia cudzej własności”. Do rozbicia zamku by nie doszło, gdyby Starostwo od samego początku jasno i energicznie zabroniło wdzierania się prawosławnych do cerkwi. Starostwo wiedziało co sie dzieje i długi czas milczało. Prawdopodobnie dopiero alarmujący artykuł w "Ilustrowanym Kurjerze Codziennym" m. in. "Zagony prawosławia dochodzą po Kraków", która pojawiła gdzieś przed Zmartwychwstaniem Chr. spowodował energiczne ruchy starosty.
W maju 1928 jest taki stan prawosławia w Kotani, że 15 całych rodzin jest katolickich, a kilka rodzin w części, reszta prawosławni.
Dnia 19 kwietnia zmarła Maria Kasycz wdowa po Teodorze (Kalaszka), która pomimo namów, pomimo tego, ze cała rodzina przeszła na prawosławie została wierna cerkwi katolickiej, spowiadała się przed swoim katolickim księdzem, wyznała przed śmiercią życzenie co by grzebał ją unicki ksiądz. Syn jej Dymytro Fesz który sam prawosławny spełnił wolę swojej matki.
Prawosławni omijają wszystkie szkoły, do cerkwi nie chodzą. Kiedy odprawia się w Kotani Służbę Boża siedzą w chatach, włóczą się po wsi, a kiedy wierni z cerkwi wychodzą gwiżdżą na nich. Katolikom dokuczają, przezywają "Ljachami", psoty robią. Andrzejowi Łapunowi nalali nafty do studni, odgrażają się, że katolikom zboże na polu końmi stratują.
W Krempnej na korzyść prawosławia rozpoczął Petro Popowczak (Tabakiw) znany awanturnik i procesowicz, zapowiedział, że na Wielkanoc w Krempnej będzie batiuszka, zbierał podpisy i pozyskał kilkunastu zwolenników, ale widząc, że jest silna opozycja wobec prawosławia - przycichł.
W sprawie rozbicia zamku w cerkwi w Kotani odbyła się rozprawa na której zapadł wyrok: Dańko Hoc, Wasyl Narowśkyj dostali po 14 dni aresztu, Fedor Sudoryk, Iwan Kasycz, Luka Kasycz, Hryć Fryncko, Iwan Hesz po 10 dni aresztu. Tymczasem sejm uchwalił amnestię dla przestępców politycznych i religijnych i wszystkim kara została darowana, a sprawę umorzono.
Prawosławni w Kotani widząc, że prawosławie nic im nie dało, że nie dostaną cerkwi, jak im zapewniali agitatorzy batiuszki, czy to dla zaspokojenia swojego sumienia, czy też w celu zaszkodzenia proboszczowi głosili że to proboszcz jest winien przejścia na prawosławie, bo nie chciał usunąć cerkiewników. Jednak w rzeczywistości na usunięciu cerkiewników zależało 2-3 gospodarzom do których mieli jakąś urazę. Stwierdził to przy świadkach Teodor Sydoryk zanim jeszcze przeszedł na prawosławie: "Proszę jegomościa, jest jeszcze kilku takich co robią biedę, chcą usunięcia cerkiewników, ale jak oni chcą, to co my zrobimy?!" Przez to ludzie obeznani z wiadomościami na Łemkowszczyźnie wiedzą, gdzie jest paszcza schizmy i duchowieństwa grekokatolickiego o jej przyczynę nie winią.
W listopadzie 1928 roku o. Stefan Gajda po nominacji na proboszcza Skawarjawy w połowie tego miesiąca sprzedał urzędowanie w parafii o. Michajlowi Wańkowyczewi jako administratorowi parafii. Podczas administrowania parafią o. Wańkowyczowi pomimo usilnych jego starań, aby zbałamuconych schizmą przywieść do opamiętania nikogo z nich nie dało się przywrócić, bo był to jeszcze ten czas dopiero po silnej agitacji za schizmą, kiedy oni jeszcze wierzyli fałszywym obiecankom.
W styczniu 1929 roku w Krempnej powstała kooperatywa "Zgoda" która w kilka miesięcy później wpisała sie w szeregi "Ruśkoho Rewizyjnoho Sojuza" we Lwowie. W luty 1929 roku zapanowały bardzo silne mrozy, jakich najstarsi ludzie nie pamiętali, bo mróz dochodził do -38 Celsjusza. Przez długą zimę i mrozy w sadach wiele owocowych drzew przemarzło - nastał wielki brak paszy tak że za 1d. słomy płacono 15 zł, za siano 1 d. od 25 zł - do 30 zł. W kwietniu tego roku o. Wańkowycz jako proboszcz Horożany Małej dek. Komarnickiego sprzedał urzędowanie o. Pantelejmonowi Salukowi jako administratorowi parafii. W tym czasie przyjechał do Krempnej inż. Stanisław Zembal ze swoimi pomocnikami, żeby przeprowadzić pomiar komasacyjny na gruntach krempskich. Krempskie pole było podzielone na wielką ilość parceli tak że jeden gospodarz nie mógł wszystkiego uprawiać, ani racjonalnie gospodarować.
Schizmatycka agitacja słabnie, nowych zwolenników nie zdobywa sobie. Parafianie którzy zostali wiernymi przy św. cerkwi katolickiej trzymali sie krzepko, a nawet pokazują się, że niektórzy chcieli by wrócić, ale póki co brakuje im stanowczości i boją się złośliwości ze strony schizmatyków. W lecie 1929 roku zaczęli stawiać tzw. czasownię schizmatycką, jednak w wkrótce przestali stawiać, bo dostali nakaz od administratora włości przerwania roboty. Pierwszym, który wrócił do grekokatolickiej cerkwi był Iwan Fesz syn Dymytra z Kotani, który ożenił się z córką Michajla Chomiaka - krempskiego prowizora. Za jego przykładem poszło kilku zbałamuconych schizmą. W czasie wielkanocnej spowiedzi 1930 roku również kilka dusz nawróciło się. Między nimi Wasyl Nawrośkyj naczelnik gromady w Kotani. Nawrócenie się Was. Nar. byłego agitatora na prawosławie nadzwyczajnie nie przyczyniło się, jak niektórzy myśleli, bo po co zostawiać dalej w tej głupocie, z głupkami po części agitatorami moskalofilskimi, którzy podważają zaufanie do duchowieństwa, a jeszcze więcej szukają tych, że od czasu do czasu pokazują sie [...] schizmy.
Pod względem oświaty Krempnianie wyżej stoją niż Kotanianie, więcej prenumerują czasopism, więcej jest chętnych do czytania, bardziej interesują się aktualnymi sprawami i może to było jedną z przyczyn, że w czasie agitacji za schizmą w samej gorączce nie dali się namówić obiecankami i dobrami różnymi, jakie głosili płatni agitatorzy. Wiedzieli on, że schizma do dobra ich nie dowiedzie, choć i między Krempnianami było a może i jest trzech obrońców prawosławia. Niektórzy z młodych ochoczo się uczą i zgłaszają i proszą by ich przygotować do przedstawienia. Do tego czasu przygotowano młodych do kilku przedstawień. Wystąpienie wyszło dość dobrze. Żal tylko, że ochotni z młodzieży nie mogą brać aktywnego udziału w Kooperatywie. Powstała kooperatywa z początku ładnie się rozwijała, niektóre targi były dość dobre bo dochodziły do 50 – 60 zł dziennie dzięki poradom miejscowego księdza, jednak później źle [...] na Petra Popowczaka jako głowy rady nadzorczej, że kieruje kooperatywą jak dyktator. Z członkami zarządu nie bardzo się liczy, jego sąd musiał być zarwizowany, a nawet doszło do tego, że on jako głowa rady nadzoru zabrał pieczątkę zarządu, tak że w tej sprawie musiał interweniować rewizyjny sojuz. Niemalże przez 3 lata od powstania kooperatywy nie było ani jednego zebrania ogólnego, a co jeszcze ciekawsze to to, że kooperatywa nie ma sporządzonego bilansu majątkowego stanu. Przez to powstał wielka niechęć do zarządu i do jego "dyktatora" tak, że poważna liczba członków wystąpiła. P. Popowczak w imieniu kooperatywy kilku członków zachęcił do protestu. Przez niedbałe prowadzenie ksiąg i poprzez swoją ignorancję w sprawach prowadzenia interesu kooperatywy, kooperatywa przegrała proces i przez to poniosła wiele kosztów. Proces z Iwanem Czaklosz za 150 $ dopiero zaczął się ale jest niepewność, że kooperatywa musi jego przegrać. Przez nieumiejętną gospodarkę kooperatywa z każdym dniem zbliża sie do bankructwa, a tym samym do likwidacji.
W 1930 roku odbyły sie wybory do Sejmu i Senatu. Krempnianie i Kotanianie wszyscy jednogłośnie głosowali na tzw. jednakową partię prorządową ze względu na to, że w tym okręgu wyborczym nie było żadnego kandydata naszej narodowości. Po wyborach schizmatycy dostali pozwolenie na budowę czasowni w Kotani, którą po części pokryli blachą oprócz wieży, co przeznaczona była na dzwonnicę.
Wiosną 1930 roku przeprowadzono podczas komasacji kwalifikację krempskich gruntów. Do tego wybrali sobie krempnianie jednego człowieka z Myscowej, a jednego z Kotani. Latem 1930 roku dokończono w Krempnej krycie greckokatolickiej cerkwi blachą. Również konieczne okazało się pokrycie nową blachą samej wieży - dzwonnicy przy cerkwi w Kotani. Zgodzono się na majstra ze wsi p. Hryhorja Szczurka za 620 zł, który jak trzeba wywiązał się ze swojego zadania. Oprócz tego przystąpiono do pomalowania dwóch kopuł na Cerkwi Katolickiej białą farbą, aby stare blachy zabezpieczyć przed rdzewieniem. Wieże pokryto nową blachą latem 1931 roku. Po części zbierano fundusze na ten cel od katolickich parafian w Kotani. Jednak przy teraźniejszym kryzysie ekonomicznym nie udało się zebrać wszystkich potrzebnych pieniędzy dlatego zwrócono się z prośbą o pomoc do Diecezjalnej Pomocy sekcja VII, której członkami są cerkwie krempska i kotańska.
Z [ ... ] parafianie prenumerują [...] coraz częściej katolickie jak "Beskyd", kilka egz. "Misjonera" i "Naszego Preczastja". Również niektórzy prenumerują "Narodnoju Sprawu" ukr. gospodarczy latopis. Przed wyborami do Sejmu i Senatu przychodziły gratisowo moskwofilskie czasopisma jak "Hołos Naroda" i "Russkyj Hołos" jednak teraz ich nie ma we wsi z tej przyczyny, że nikt z adresatów nie chce za nie płacić. Komunistycznych czasopism u ludu nie ma.
Od 1 sierpnia 1931 roku zaczął uczyć w kotańskiej szkole schizmatycki duchowny z Desznicy Pablo Szwajka [Szwajko] nauki religii. Dzieci w I i II oddziale, gdzie jest 15 greckokatolickich na 31 dzieci. Frekwencja grekokatolików do cerkwi jest zadawalająca. Cerkiew podczas nabożeństw jest wypełniona ludźmi, głównie na Służbie Bożej i Weczerni. Również moralny stan wiernych jest zadawalający. Koło młodzieżowe pod przewodnictwem Iwana Dyczka z Krempnej organizuje sie do tego by założyć czytelnię "Proświty". Jednak niektórzy ze starszych gospodarzy, pokazali, że są temu nieprzychylni – woleli by aby w miejsce czytelni "Proswity" była czytelnia "Kaczkowskiego". Jeden z nich z nazwiska Popowczak nazwał budowana czytelnie w Krempnej wzgardliwie "Proslipia". Pomimo tego krempska młodzież nie zraziła się tym, bo chcą z ciemności "prześlepienia", zwrócili sie z pisemnie do macierzystego Towarzystwa "Proświta" we Lwowie w sprawie informacji jak założyć czytelnię i w sprawie nadesłania statutów. Po odebraniu informacji i statutów Iwan Dyczko i inni zbierali po 30 podpisów na piśmie z powiadomieniem, że zakładają czytelnię i wysłano to pismo do Województwa w Krakowie. Oprócz starań wokół założenia czytelni młodzież zbiera sie kilka razy w tygodniu na próby, podczas których przygotowuje sie do przedstawienia p.t. "Daj sercu wolność - to zawiedzie w niewolę". Próby prowadzi żona miejscowego księdza. Trzeba zauważyć, że niektórzy młodzi wyrabiają się w grze, co daje nadzieję, że wkrótce będą dobrymi amatorskimi aktorami, ale póki co uwidacznia sie trudność, że im trudno przełamać się do prawidłowego akcentowania, ponieważ są przyzwyczajeni do łemkowskiego dialektu. W grudniu wystawiono to przedstawienie, które wyszło zadawalająco - przedstawienie odbyło sie w sali kooperatywy. Czysty dochód był mały i przeznaczono go na potrzeby swojego amatorskiego zespołu. Poprzednie przedstawienie dało lepszy dochód: 41.14 zł, która tę sumę młodzież przeznaczyła i oddała do cerkiewnej kasy w Krempnej na potrzeby cerkwi. Poprzednie przedstawienie pt. "Pieszczone dziecię" odbyło się w szkolnej sali. Przy końcu grudnia 1931 roku młodzież rozochocona sukcesem przedstawienia zaczęła przygotowywać po kierunkiem miejscowego księdza do nowej sztuki pt. "Martyn Borula" w pięciu aktach. Ciekawym jest to, że nie tylko sami chłopcy i dziewczęta, ale i dwóch żonatych, starszych gospodarzy: Wołodymyr Czekoj i Iwan Popowczak poprosili o rolę, zachęceni pięknymi sukcesami młodych. Na próbach położono nacisk na to, żeby aktorzy poprawnie akcentowali, chociaż przychodziło im to trudno, pokonano tę trudność.
Kryzys gospodarczy coraz bardziej się pogłębia, ceny za chudobę i nierogaciznę spadają w zastraszający sposób, tak że niektórzy z tutejszych gospodarzy, widząc, że swoją chudobę będą musieli sprzedać za bezcen, zmuszeni są zarzynać na własne potrzeby, czego wcześniej nie było, bo tylko z wypasu rogatej chudoby i bez rogów można było uzyskać należność. Drewno również coraz bardziej spadało w cenie. Za paszę dość dużo się płaci, ponieważ odczuwalny jest jej brak. W związku z kryzysem także i kooperatywa "Zhoda" w Krempnej odczuwa kryzys, który ją "toczy jak czerwień drzewo", zyski nieobliczalnie zmalały, obrotu wielkiego nie ma [...].
Początkiem grudnia tego roku przyjechał z Ruskiego Stowarzyszenia Rewizyjnego we Lwowie rewizor, który po obliczeniu wykazów kosztów procesowych nakazał zapłacić kooperatywie 5000 zł. Przez cały czas funkcjonowania kooperatywy nie wykazano rachunków za okres ostatnich 3 lat; wypowiedzieli udziały, aby uniknąć egzekucji poręczeń majątkowych. Obecny zarząd pod przewodnictwem Petra Popowczaka (Tobiaka) toczy procesy, w których nie ma ani szansy na wygraną, ani szczęścia. Koszty procesowe, jakie ponosi kooperatywa, która i tak jest już w stanie likwidacji tylko dlatego, że niektórzy członkowie zarządu zainwestowali poważniejsze sumy pieniędzy poprzez podpis weksli przy imiennym zakupie towarów, ponieważ kooperatywa jako taka straciła zaufanie u kupców i różnych firm. Niektórzy gazdowie, głównie ci, którzy wystąpili z kooperatywy oraz młodzież, czekają na rozpad rusofilskiej kooperatywy, zamiast założyć nową, stanowiąca część Ruskiego Stowarzyszenia Rewizyjnego ze Lwowa i oddać pod zarząd miejscowemu proboszczowi, ponieważ przekonawszy się, że ludzie zaznajomieni z funkcjonowaniem kooperatywy nie poprowadzą dzierżawy kooperatywy i z czasem chcą doprowadzić towarzystwo do likwidacji.
Schizmatycy w Kotani rozgorączkowani w swoich działaniach na ustanowienie cerkwi i gruntów erekcyjnych poczuli niechęć i rozgoryczenie do swojego obecnego duchownego. Czasowni nie dokończyli, kłócą się między sobą, procesują się i odczuwają tym większy brak pieniądza w obecnym kryzysie. Aby uporać się ze spłatą weksli za pobraną na kredyt blachę na czasownię, Pańko Hoc i Fedor Sydoryk, jako przedstawiciele komitetu budowy czasowni w Kotani, proszą w prawosławnym czasopiśmie "Słowo" o zapomogę na czasownię swoich "prawosławnych" braci Łemków w Ameryce i wszystkich tych, którym "droga [jest] wiara Ojców prawosławnych". [...] a przez to pozostają w duchowym otępieniu. Na skutek wydarzeń poprzedzających schizmę widać pomimo to, że w Warszawie przyjmują na adres komitetu prawosławnego w Kotani od kilkunastu do 30 zamówień na prenumeratę prawosławnego czasopisma "Słowo", żeby podtrzymać sprzewierzone swoje owieczki - jak się okazuje mało to pomaga, ponieważ mało kto to czyta, a na dodatek zaczyna się między nimi szerzyć sympatia dla sekt protestanckich (baptystów). Po doniesieniach do obecnego naczelnika gromady Kotań Fedora Barana, który miał raz powiedzieć, że wkrótce nadejdzie czas, kiedy nie będzie potrzebny im "ani ksiądz ani batiuszka", schodzą się i czytają (pastorskie) książki. Według najnowszych wiadomości gdzieś w Kotani i w Krempnej kręcą się sekciarscy agitatorzy z Pielgrzymki. W styczniu 1932 roku według najnowszych doniesień mieli nocować u Mychała Krochta sekciarscy agitatorzy z Pielgrzymki, którzy zostawili kilka książek, a jego żona u Leszka Czaklosza miała zachwalać nową naukę oraz zachwycać się nazwaniem w ewangeliach sekciarskich książek świętymi. Robi się wszystko, co możliwe, żeby zdusić sekciarstwo w gromadzie w zarodku.
Religijno-moralny stan wiernych jest zadawalający. Krempnianie są przywiązani do swojej cerkwi i wiary, czego dowodem jest, że w czasie Misji Świętych, jakie odbyły się w Polanach pod koniec listopada tego roku pod przewodem OO. Redemptorystów, wielu z tutejszych parafian chodziło pieszo albo jeździli na wieczorne albo ranne kazania misyjne. Byli tacy, co i w Polanach zostawali na cały dzień, coby wysłuchać kazań misyjnych i przystąpić do Komunii Świętej.
Dnia 29 grudnia 1931 wielu krempnian pod przewodem miejscowego księdza wybrała się z procesją do Polan, coby tam przystąpić do Komunii Świętej, a także wziąć udział we wspaniałym, manifestującym pochodzie podczas niesienia misyjnego krzyża w stronę wsi Polany, zarażonej prawie w całości schizmą. Równie wielu krempnian i mieszkańców okolicznych wsi przybyło do Polan na zakończenie św. misji, na które przybył Najprzewielebniejszy Jozafat [Kocyłowski], aby wyspowiadać się, przywitać biskupa, wysłuchać jego kazania, którego treść i nauka pozostają w pamięci tutejszych parafian i przyczyniają się do ukrzepienia w św. wierze i przywiązania do Kościoła katolickiego.
Dnia 9 grudnia 1931 roku odbył się w Polsce II spis powszechny. Wszyscy tutejsi parafianie wpisani zostali z językiem łemkowskim, a dokładniej że ich język to rusko-łemkowski, za wyjątkiem kilku osób, które podały, że ich ojczystym językiem jest język ukraiński. Jak mówili, konskrypcyjnym komisarzem na okoliczne wsie był tutejszy naczelnik gromady Iwan Reszetar. Konskrypcyjnymi komisarzami w Krempnej byli: 1. Stanisław Zembal - komasacyjny inżynier i 2. Stanisław Skotnicki - leśniczy lasów w Krempnej u hrabiny Potockiej, w Hucie Krempskiej Eugenia Kalitówna, a w Kotani - Stanisława Wropanka - obydwie nauczycielki.
Krempska młodzież, zachęcona przez wystawianie amatorskich sztuk z własnej inicjatywy, zwróciła się pisemnie do macierzystego towarzystwa "Proświta" we Lwowie w sprawie założenia czytelni i nadesłania statutów. W odpowiedzi na ręce Iwana Dyczka Towarzystwo "Proświta" przysłało statuty wraz z instrukcjami postępowania przy zakładaniu czytelni. Pismo w sprawie założenia czytelni podpisane przez trzydziestu przedstawicieli młodzieży wysłano wraz ze statutami do województwa w Krakowie. W międzyczasie przyjechał delegat filii "Proswity" w Sanoku. Zarządził zebranie ogólne, pouczył ludzi o korzyściach płynących z kultury poprzez „Proświtę”, uspokoił wszystkich wrogów czytelni — przede wszystkim starszych mieszkańców, którzy, będąc wrogami ukraiństwa, nazywali towarzystwo "Proslipoja" [Prześlepa]. Przekonawszy się, że czytelnia "Proswity" nie jest taką straszną, jak sobie to wyobrażali, po jakimś czasie przestali narzekać, a nawet niektórzy z nich sami wyrazili chęć wstąpienia w szeregi członków czytelni. W kwietniu 1932 roku założono na ogólnych zebraniach czytelnię "Proswity" w Krempnej - wybrano z młodzieży wydział, na którego czele stanął wybrany Hryć Sardyra. Czytelnia na razie nie ma własnego budynku, nikt z mieszkańców nie chce wynająć pomieszczenia dla czytelni - chociaż członkowie czytelni czytają książki przysłane im przez filię "Proswity" w Sanoku, a z powodu braku miejsca na spotkania organizują zabawy taneczne, z które dają dla czytelni dość duże dochody. W ten sposób powstała pierwsza czytelnia „Proswity” w powiecie jasielskim.
Kooperatywa "Zhoda" w Krempnej powoli, ale konsekwentnie coraz bardziej zbliża się ku całkowitej likwidacji. Doszło do tego, że nie mają sklepu, ponieważ nie mają za co kupić towaru — tylko wieczorami jeden z członków sprzedaje głównie tytoń i papierosy - oprócz tego całymi dniami kooperatywa jest zamknięta. Członkowie czytelni wyczekują na koniec agonii kooperatywy, żeby założyć nową kooperatywę, a przy niej mleczarnię, i wpisać ją w struktury RSUK we Lwowie. Wysuwa się obecnie aktualna sprawa, a dokładnie tuż po zakończeniu komasacji - sprawa założenia mleczarni. Jednak póki co miejscowi parafianie zajęci są problemem komasacji gruntów, której skutki nie są zadowalające dla wszystkich, wśród których jest także probostwo [parafia]. W połowie października przyjechał z Ziemskiego Urzędu Okręgowego z Krakowa p. Pawlikowski w celu rewizji pomiarów i przeprowadzenia kontroli prac komasacyjnych - niezadowoleni zgłosili się do niego z prośbą, aby poprawić projekty komasacyjne na ich korzyść, jednak bezskutecznie, ponieważ wkrótce ma pojawić się komisja, przed którą niezadowoleni będą mieć prawo przedstawić swoje żądania oraz złożyć protesty. Okazało się, że na 70 gospodarzy 20 jest niezadowolonych - wielki procent niezadowolonych to ci, którzy chcieli opracowania nowego projektu pomimo to, że pociągnie to za sobą zwiększenie kosztów komasacyjnych.
W dzień święta Kosmy i Damiana - patronów tutejszej cerkwi - odbył się soborczyk duchowieństwa dekanatu dukielskiego pod przewodnictwem dziekana ks. Stefana Szalasza - proboszcza z Myscowej.
Aktualnym tematem do rozmów we wsi jest komasacja - wszyscy oczekują na wyniki zakończenia. W połowie stycznia 1933 roku ogłoszono, że 24 stycznia przyjedzie komisja z Ziemskiego Urzędu Powiatowego, w skład której wchodzą inż. Wanic i Zembala, która rzeczywiście przyjechała. Na zebraniach przeciwko projektowi zebrało się 15 uczestników. Między innymi probostwo i dwór. Początkowo przyszło zarządzenie z dnia 3 lutego z Ziemskiego Urzędy Powiatowego, w którym zatwierdzono projekt na nowe podziały i tym samym nie uwzględniono nikomu z niezadowolonych jego protestów odnośnie projektu komasacyjnego, z tym że można było się odwoływać do 14 dni do Komisji Ziemskiego Urzędu w Krakowie.
Końcem lutego nastąpiła licytacja budynku i towarów kooperatywy "Zhoda" w Krempnej, która odbyła się przy udziale komornika ze Żmigrodu. Licytację podsycali Dmytro Bowanko i Ryrel - kupiec ze Żmigrodu, a do nich przyłączył się Iwan Czaklosz starszy. Budynek na licytacji kupił N. Sardera za 120 $, który za niedługo z zyskiem 165 złotych odsprzedał mieszkańcom Żydowskiego na szkołę. Towar na dwóch licytacjach rozkupili ludzie, a księgi kooperatywy zabrał ze sobą komornik w celu ściągnięcia dalszych należności od dłużników kooperatywy i od członków, którzy podpisali deklarację z pięciokrotnym poręczeniem.
Po licytacji kooperatywy nastała wielka niechęć i rozgoryczenie wobec zakładania nowej kooperatywy, a co za tym idzie i ewentualnej mleczarni.
Odwołanie przeciwko zarządzeniom Ziemskiego Urzędu Powiatowego z dnia 3 lutego br. wniosło tylko ośmiu uczestników komasacji, a byli to: 1. probostwo, 2. Wasyl Popowczak - starszy, 3. Kuszwara Stefan, 4. Jurczyk Antin, 5. Fryncko Rozalia, 6. Stefan Swirszczko, 7. Anna Szkwir i Stefan Kogut, którym wyznaczono datę rozprawy na 30 marca 1933 roku w Komisji Okręgowego Ziemskiego Urzędu w Krakowie. Wszyscy, którzy się odwoływali, pojechali w wyznaczonym dniu do Krakowa, ale tam negatywnie rozpatrzono ich wnioski, ponieważ Komisja Ziemskiego Okręgowego Urzędu w Krakowie w całości zatwierdziła projekt nowego podziału. Prawie wszyscy rekurenci [odwołujący się] oczekują na pisemne uzasadnienie decyzji Komisji Ziemskiego Okręgowego Urzędu do Urzędu Gromadzkiego w Krempnej. Do tej pory nie nadeszło.
W wyniku przeciągającego się ostatecznego załagodzenia sprawy nie ma porządku ani zgodności przy wiosennych pracach rolnych, bo kiedy gromada postanowiła, że po skończeniu komasacji w tym roku będą siać tylko trzecią, a nie czwartą czy piątą, to de facto niektórzy z mieszkańców nie stosują się do publicznej umowy. Ci, którzy dostali dobre pola, na których poprzedniej jesieni, a także wiosną już orali i siali, chociaż nie byli jeszcze prawnymi ich właścicielami, a ci, którzy nie zgadzali się z wynikiem komasacji, nie ruszają i nie orzą ani starych, ani nowych pól, chociaż ze starych niemało stracili, ponieważ obecni właściciele już weszli na grunt. Przez te wydarzenia rozpoczęły się we wsi zwady, konflikty, narzekania, a nawet prawdopodobnie dojdzie do szukania sprawiedliwości w sądzie.
Również w gromadzie Kotań ma miejsce silna agitacja za komasacją, chociaż nie jest ona tam koniecznie potrzebna dla ogółu mieszkańców. Jeden z gospodarzy, Fedor Sydoryk, który w 1927 roku przeszedł na schizmę, bardzo oponował przeciw skomasowaniu gruntów w Kotani słowami: Jak potrzebne wam było prawosławie, tak teraz zachciewa wam się komasacji, szukacie sobie niepotrzebnego kłopotu. Zwolennicy komasacji już dawno wnieśliby prośbę o przeprowadzenie komasacji, ale jeszcze się wstrzymują, ponieważ wójt kotański Teodor Baran pod wpływem przeciwników nie chce na ich podaniu umieścić pieczęci gromadzkiej. Probostwo wstrzymuje się w tej sprawie w związku z niezadowoleniem z wyników komasacji gruntów w Krempnej.
W dniach 6-7 maja ma odbyć się we Lwowie święto "Ukraińska Młodzież Chrystusowi" z okazji 1900. rocznicy Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusowego. Po odpowiednim zachęceniu przez miejscowego księdza zgłosiło się do wyjazdu do Lwowa na dzień 7 maja 1933 roku 21 uczestników z Krempnej, których przyjazd zgłoszono do Komitetu Organizacyjnego we Lwowie. Z Kotani nikt z parafian się nie zgłosił, pomimo zawiadomienia ich i zachęcania - dlatego, że może nie chcą zrozumieć, jakie mogliby pozyskać korzyści poprzez wyjazd do Lwowa. W sumie nie ma co się dziwić; skoro nie chcą dać po 1 złotym rocznie należności dla diaka, to nie można od nich wymagać tak wielkiej ofiary, jak za 9 złotych pojechać i wrócić ze Lwowa. Działalność czytelni "Proswity" jest widoczna poprzez dosyć częste amatorskie spektakle teatralne; np. niedawno, w drugi dzień świąt wielkanocnych, wystawili komedię w czterech aktach Bilianskiego pod tytułem Arendar w kłopoti [Dzierżawca w kłopocie]. Sztuka wypadła dosyć zadowalająco, tylko publika może i z braku pieniędzy nie dopisała — głównie młodzież, a może w końcu i przez to w antraktach nie grała muzyka i nie było żadnej zabawy przy muzyce z powodu postu. Na ogół właśnie tak rozwija się czytelnia. Schodzą się na czytanie czasopism, pożycza się książki, a od czasu do czasu organizuje się zabawy z tańcami, żeby za pozyskany dochód zakupić więcej książek dla biblioteki w czytelni.
Na święto "Ukraińska Młodzież Chrystusowi" w dniu 7 maja br. do Lwowa żaden ze zgłoszonych uczestników nie pojechał, pomimo że zachęcano ich do tego podczas kazań w cerkwi i prywatnie. Tak samo postąpili zgłoszeni uczestnicy z okolicznych wsi, a przyczyną tego było to, że dyrekcja kolei nie zgodziła się na obiecaną wcześniej 75% zniżkę na bilet powrotny, ale w ostatniej chwili zgodziła się dać o wiele mniejszą zniżkę. Było to jedną z przeszkód dla uczestników; drugą natomiast, a w Krempnej i okolicznych wsiach wręcz decydującą, było to, że niektórzy strażnicy graniczni, jak na przykład Leon Madaj, odradzał i namawiał zgłoszonych, aby zaniechali wyjazdu do Lwowa, a kiedy dodatkowo policja zaczęła wypytywać, kto z uczestników zgłosił się do wyjazdu - przeszła wtedy ochota na wyjazd wszystkim. W ten sposób tutejsi mieszkańcy stracili ochotę i sposobność na zobaczenie wielkiej manifestacji religijnej i przeżycia chwili wielkiego podniesienia na duchu, kiedy to 100 tysięcy naszej młodzieży we Lwowie przysięgało wieczną wierność Chrystusowi. We wsi Krempna słychać wiele narzekań i niezadowolenia, gdyż do tej pory nie nastąpiło formalne oddanie gruntów po nowych podziałach po komasacji.
Postanowienia pisemne w sprawie zatwierdzenia poprawienia nowych podziałów. Wszyscy czekają - zwłaszcza ci, którzy dostali dobra ziemię. W niedzielę 7 maja naczelnik gromady odczytał postanowienia Komisji Okręgowego Urzędu Ziemskiego w Krakowie z dnia 27 kwietnia tegoż roku, które prawie w całości zatwierdzały projekt podziału, oprócz Stefana Swirżka, któremu zmieniono jedną parcelę. Powiadomiono wszystkich tutejszych mieszkańców, a głównie odwołujących się, że postanowienia KOUZ w Krakowie w świetle najnowszego prawa są ostateczne, czas na odwołanie do Najwyższego Trybunału Administracyjnego w Warszawie to 2 miesiące. Przeciwko temu stanowi sprawy przygotowują się wszyscy z odwołujących się, chcąc wnieść skargę do Najwyższego Trybunału w Warszawie, licząc się z wysokimi kosztami oraz małą szansą na wygranie sprawy. Parę dni temu przyjechał z Krakowa do Krempnej pan Marian Szczerski - pomocnik inżyniera Zembali, aby powbijać ewentualne kamienie graniczne, pokazać granicę nowych podziałów dla tych, którzy ich dobrze nie znają. Przy tej okazji musi zebrać podpisy pod oświadczeniami uczestników komasacji, że zapoznali się dobrze z nowymi granicami działek. Zapewnia także, że około 20 maja br. przyjedzie komisarz inż. Wanic z Powiatowego Urzędu Ziemskiego w celu formalnego nadania podziałów nowym właścicielom.
Dnia 15 maja 1933 roku odbyła się wizytacja nauki religii. Przeprowadził ją dziekan ks. Stefan Szalasz w szkołach tutejszej i kotańskiej. W nocy 27 na 28 maja nieznany złodziej ukradł parę koni, świnię, uprząż z domu tutejszych gospodarzy. Koniokradztwa nie było tu bardzo dawno, ale teraz powraca. Policja odnalazła ślady biegnące polami ponad Kotanią, Świątkową i Świerzową, jednak dalszy ślad zaginął i jak do tej pory koniokradów nie odnaleziono.
Dnia 2 czerwca 1933 roku br. zakończyła się komasacja gruntów w tutejszej gromadzie, na zebraniach rada przegłosowała, że z dniem 2 czerwca 1933 roku każdy z uczestników stanie się prawnym właścicielem nadanego mu gruntu. Gospodarze pokrzywdzeni w efekcie komasacji, za wyjątkiem probostwa, za pośrednictwem adwokata dra Nalysnyka z Dukli odwołali się do Najwyższego Trybunału w Warszawie.
Miejscowa kooperatywa "Zhoda" całkowicie zbankrutowała przez nieudolne zarządzanie, tak że na licytacji komornik sprzedał jej towary i jej budynek, który kupiła za 1,3000 zł Anastazja Sardyra. Od niej odkupiła budynek gromada Żydowskie, żeby postawić ten budynek jako szkołę w Żydowskiem. W niedługim czasie budynek rozebrano i przewieziono do Żydowskiego. Po rozebraniu i przewiezieniu budynku kooperatywy nie ma czytelni "Proswity", i z powodu braku lokalu nie można wystawiać sztuk oraz organizować zabaw tanecznych, bo nie ma już lokalu, który czytelnia na wyżej wymienione cele wynajmowała. W związku z tym życie proświtańskie nie płynie takim tempem jak dawniej. Oddział czytelni ma zamiar kupić gotowy dom albo postawić z nowego materiału nową czytelnię, niestety przeszkodą jest brak miejsca. Liczą na to, że może gromada im podaruje albo gdzieś kupią. Najlepiej byłoby, aby odkupić tę parcelę, na której kiedyś stał dom kooperatywy, jednak będzie to bardzo trudne, ponieważ wspólnicy, którzy posiadają tę parcelę, żądają za nią 100 $.
Niedawno w Kotani również niektórzy z katolickiej i prawosławnej młodzieży chcieli założyć czytelnię także i u siebie, zdołali nawet zebrać odpowiednią liczbę podpisów na podaniu, jednak przez porady czy też swoiste groźby, ludzie, którym nie było to na rękę, im to odradzili, a nawet zaproponowali pomoc finansową, jeżeli założą czytelnię imienia Kaczkowskiego albo polsko-ruską. Ze względu na te dobre rady młodzież kotańska zrezygnowała z zakładania czytelni "Proswity", a nie chcąc korzystać ze wspomnianej pomocy finansowej, nie będą zakładać żadnej czytelni; wygląda więc na to, że w Kotani w najbliższym czasie nie powstanie żadna czytelnia.
W szkołach ludowych w Krempnej i Kotani z początkiem 1933/34 nastąpiły wielkie zmiany. Na miejsce nauczycielki w Kotani Stanisławy Wrony (Wronaczka), późniejszej żony przodownika Straży Granicznej Leona Madaja, która poszła do Warszawy na kurs rysunku i malunku, posadę nauczycielki przyznano Polce Stefanii Morawskiej rodem ze Żmigrodu. Na miejsce Edwarda Soczka, nauczyciela z Krempnej, którego przeniesiono siłą do drugorzędnej szkoły pod Jasłem, przyszedł nauczyciel Jan Kowalski, przeniesiony do Krempnej z Grabia. Dzięki staraniom tego nauczyciela oraz kółka młodzieżowego z Jasła pod przewodnictwem Wasyla Chomiaka, ówczesnego agenta pocztowego z Krempnej, oraz dzięki staraniom Hrycia Sardyli 14 osób z tutejszej młodzieży - w tym dwie dziewczyny: Maryja Denasowycz i Rozalia Chomiak - wybrało się na tzw. dołynki w Jaśle w dniu 3 września bieżącego roku. Miejscowy nauczyciel Kowalski zorganizował na początku października wycieczkę do Krakowa w celu obejrzenia miasta i Wawelu. Podczas wycieczki uczestnicy mieli wziąć udział w uroczystościach z okazji 250-lecia zwycięstwa nad Turkami pod Wiedniem. Zgłosiło się wielu chętnych (kilkanaście osób), jednak Kowalski nie dostał instrukcji ani żadnych zniżek, z tego powodu wycieczka się nie odbyła.
Komendanta Straży Granicznej komisarza Ludwika Wojrlę przeniesiono do Jaślisk na takie samo stanowisko, a do tutejszego komisariatu przyznano tymczasowo jednego przodownika. Sklep Mychała Chomiaka, który prowadzi teraz jego syn Wasyl, słabo rozwija się ze względu na brak gotówki, ale żeby ten sklep lepiej prosperował, postarał się on o sprzedaż spirytusu we flaszkach i różnorodnych wódek. Kiedy lud zaczyna po trochu kupować alkohol, to zaczyna pić, chociaż ciężkie czasy; no ale jest okazja i wygoda dostania tego nektaru na miejscu.
Z początkiem października bieżącego roku przyjechał ze Lwowa z ramienia sądu targowego w Jaśle w charakterze likwidatora miejscowej kooperatywy rewizor Ruskiego Stowarzyszenia Rewizyjnego nazwiskiem Kogut, jednak likwidacji nie przeprowadził z tej prostej przyczyny, że Petro Popowczak, działacz kooperatywy, nie wydał ani książki dłużników, ani pieczęci, ani innych poświadczeń. Likwidator oburzony takim postępowaniem upartego Petra P. odjechał z niczym, grożąc, że sprawę tę odda w ręce tych organów, które mogą zmusić go do oddania ksiąg i dokumentów, a wtedy nic już nie będzie stało na przeszkodzie w ostatecznej likwidacji kooperatywy. W Kotani niektórzy gospodarze prowadzą starania, aby oddać grunty pod komasację. Kropką nad i było to, że niektórzy kotanianie są kłótliwi i dochodzi tam nawet do takich incydentów, że jeden sąsiad drugiego nie chce przepuścić z nawozem nawet w zimie po zamarzniętej ziemi i śniegu. Było nawet kilka takich przypadków, że wzajemnie przewracali sobie wozy z nawozem, kłócili się przeklinając, a nawet mogło dojść do bójki. Aby uniknąć takich przykrości w przyszłości, kilku postanowiło postarać się w urzędzie ziemskim, żeby wiosną rozpoczęły się działania komasacyjne. Większość - i to zdecydowana - stała w opozycji, wnosiła protesty do kompetentnych organów, jednak nie ma nadziei na to, żeby mogły coś zdziałać. Pośród schizmatyków kotańskich byli tacy, którzy zobowiązali swoimi gadaninami inżynierów komasacyjnych do podziału gruntów kotańskich w taki sposób - gdyby rzecz jasna tak mogli, żeby dla probostwa przeznaczyć pole aż za Kolaninem, od strony granicy dusznickiej.

Na miejsce przeniesionego do Jaślisk komisarza Straży Granicznej Wojrla przybył z początkiem grudnia do Krempnej aspirant Straży Granicznej Stanisław Dragan, do którego zarówno młodzież, jak i starsi, odnosili się z większym zaufaniem niż do poprzednika.
Tegoroczne święto zwane tutaj Kermeszem wypadło w niezłą [...] porę; tak że wszyscy okoliczni księża sąsiedzi na czele z ojcem dziekanem przyjechali do Krempnej z posługą duchowną. Wielu parafian przystąpiło do Sakramentów Świętych.
Zauważono, że jakiś złodziej ma podrobiony klucze do cerkwi i dwa klucze do cerkiewnej skarbonki, bo przepadła z cerkiewnej kasy w Krempnej suma 187,20 złotych. Złodziej nie kradł wszystkich pieniędzy, a zostawiał część, aby nikt spostrzegł, co robi. Zauważono to na początku października. Zawiadomiono policję, aby śledziła złodzieja, jednak minęło od tego czasu ponad trzy miesiące i nie wyśledzono, kto mógłby się dopuścić takiego czynu. Końcem grudnia ustalono, że pieniądze przepadają w małych sumach i to z tacy [pomiędzy liturgią a wieczernią]. Aby temu przeciwdziałać, postawiono w cerkwi w niedzielę przed Bożym Narodzeniem od liturgii do wieczerni dwóch wtajemniczonych parobków, żeby złowić złodzieja — jednak wtedy złodziej nie przyszedł, bo ktoś był koło cerkwi.

Rok 1934

Na Boże Narodzenie po liturgii wysłano na straż Wasyla Kobielaka, syna Łukasza, który sam chciał koniecznie przyłapać złodzieja na gorącym uczynku. Po niedługim czasie pełnienia warty w cerkwi zorientował się, że Fedak Iwan, dzwonnik w tutejszej cerkwi, zachowywał się bardzo podejrzanie, kilkakrotnie podchodził do cerkwi, wracał później na plebanię i rozpytywał, gdzie jest ksiądz. Prowizor wartował pod dzwonnicą, a później otworzył cerkiew i wyszedł, aby w ten sposób zwabić złodzieja. Drzwi w środku cerkwi nie zamykają się na klucz, były więc tylko przymknięte. Po chwili usłyszał, że ktoś zbliża się do cerkwi i podrobionym kluczem albo wytrychem kombinuje przy zamku. Zobaczywszy, że zamek się nie poddaje, a drzwi się tylko ledwo uchyliły, w pośpiechu wyciągnął "swój klucz" i zaczął uciekać. Prowizor zmiarkował, że to pewnie nikt inny jak złodziej i wybiegł za nim z cerkwi; wtedy dowiedział się od przechodzącej Ewki Kuszwary, że I. Fedak ukrył się za [...] koło cerkwi i jeszcze dał jej znak ręką, żeby go nie zdradziła. O tym występku I. F. od prowizora dowiedziała się policja i chociaż zrobili u niego rewizję, nie znaleźli podrobionych kluczy, bo gdyby miał je przy sobie, i tak by w międzyczasie gdzieś je wyrzucił. Po rewizji I. F. zaaresztowano, a na drugi dzień po przesłuchaniu na posterunku odstawiono do sądu w Żmigrodzie. Rozprawę wyznaczono na początek lutego, a w kilka tygodni później termin drugiej rozprawy, na której skazano I. Fedaka na pół roku więzienia w zawieszeniu na próbę kradzieży cerkiewnych pieniędzy, jednak nie kazano mu zwrócić tych 187,20 złotych, ponieważ nie został złapany na gorącym uczynku.
Kotanianie starają się, aby nie dopuścić do komasacji gruntów w Kotani; chociaż oponentów komasacji jest wielu, nie ma żadnych nadziei na to, aby komasacja tego roku się nie odbyła, a ze względu na podstawy prawne zgłosiła prośbę o komasację taka liczba gospodarzy kotańskich, których powierzchnia gruntów ilość jest wystarczająca wedle wymogów prawa.
Dnia 21 maja tutejszy proboszcz parafii poprzez urząd dekanalny dostał zawiadomienie, że wyznaczono go na samodzielnego administratora parafii w Kostarowcach w dekanacie sanockim, a na proboszcza tutejszej parafii wyznaczono ks. Anatola Klisza, dotychczasowego księdza w Rzepniku.
Na dzień 3 kwietnia wyznaczył inż. Wanic, komisarz ziemskiego urzędu swój przyjazd do Kotani, aby zwołać zebranie mieszkańców i wybrać radę uczestników, co jest pierwszym krokiem do rozpoczęcia prac komasacyjnych na gruntach kotańskich.
W dniu 4 kwietnia 1934 roku w obecności ks. dziekana sanockiego Szalasza, członków komitetu parafialnego i rewizorów cerkiewnych przekazał urzędowanie, akta parafialne, metryki cerkiewne oraz cerkiewną własność parafialną księdzu Anatolowi Kliszowi dotychczasowy ksiądz.
W Krempnej, dzięki staraniom komisarza Straży Graniczej, buduje się strzelnicę. Wiele starań włożył w to także naczelnik gromady I. Reszetar. Ludzi od razu zagnano do roboty, a płacono im zbożem i pieniędzmi, i po długiej pracy ukończono budowę. Dnia 20 maja odbyło się poświęcenie owej strzelnicy. Zjechało się wielu gości ze Żmigrodu, z Jasła - był nawet zastępca jasielskiego starosty i okoliczni nauczyciele. Po poświęceniu oddano honorowe strzały, później odbyły się zawody strzeleckie, a uroczystość zakończyła się zabawą taneczną, trwającą aż do rana.
We wsi prenumerowanych jest 40 egzemplarzy krynickiego "Łemka". Gazeta ta przepełniona jest obelgami wobec wszystkiego, co ukraińskie, głównie przeciwko ukraińskiemu duchowieństwu. Młodzież tutejsza ich nie czyta i odsyła, ale to nie pomaga, bo przychodzą dalej. Starsi znowuż zapatrują się na to negatywnie, ponieważ ciągle jeszcze żyją duchem staroruskim.
11 czerwca nad Kotań nadeszła wielka burza z gromami. Piorun zabił Iwana Fesza, grekokatolika, w jego własnym domu. Dom spłonął. Uratowała się tylko krowa i koń, które były wtedy na pastwisku. Pozostawił czwórkę małych dzieci i żonę.
Staraniem członków czytelni odbyły się kilka razy na wolnym powietrzu zabawy taneczne - a dnia 24 czerwca amatorska grupa teatralna, działająca przy czytelni "Proswity", wystawiła sztukę teatralną Beztalanna Tobilewicza. Oto co pisze o Krempnej dwutygodnik "Nasz Łemko". W wydaniu z dnia 15 lipca 1934 roku w części 14:

Przebudzona Krempna na dobrej drodze

Dnia 24 czerwca tego roku amatorska grupa teatralna przy czytelni "Proswity" w Krempnej w powiecie jasielskim wystawiła sztukę teatralną Beztalanna Tobilewicza. Bardzo dobrze im poszło. Uczestników spektaklu w pierwszej kolejności oczarowali ukraińskimi ludowymi pieśniami, odśpiewanymi przez wspomnianą grupę amatorską z okazji przedstawienia. Pierwszy raz wystąpiła Krempna w przepięknych, różnokolorowych, ukraińskich strojach narodowych, chociaż przedstawienie wspomnianej grupy teatralnej wywołało jeszcze większe wrażenie. Przyglądając się wspomnianej sztuce, płynęło się myślami po Lwowie, Kijowie, Połtawie i innych ukraińskich miejscowościach. Odczuwało się, że Łemkowie i Ukraińcy ze wschodniej Galicji to jedna i ta sama nuta narodowa oraz że jedni i drudzy to jedna odnoga wielkiego narodu ukraińskiego. Nad przygotowaniami do wspomnianej sztuki czuwała pani E. Salukowa - żona ówczesnego księdza w Krempnej, jak również obecny ksiądz z Krempnej, ogólnie szanowany i lubiany - ks. Anatol Klisz. Pomagali mu: jego brat Wołodymyr Klisz, Iwan Dyczko i wielu innych działaczy z Krempnej. Chwała Wam krempnianie! Pracujcie tak dalej. Wypada w tym miejscu wspomnieć, że na 18 łemkowskich wsi w powiecie jasielskim tylko w jednej Krempnej działa czytelnia "Proswity", bo dwóch innych łemkowskich wsiach na obszarze powiatu jasielskiego, gdzie założono czytelnie "Proswity" - mianowicie w Grabiu i w Świerzowej Ruskiej, władza nie zgodziła się na ich działalność. Na koniec zaznaczę, że krempnianie powinni jak najszybciej postarać się o własny budynek czytelni, tym bardziej że, patrząc na okoliczności, nie jest to trudna rzecz.
Łemko



Pod koniec roku szkolnego odbyła się w szkołach w Krempnej i Kotani wizytacja nauki religii przez ks. wizytatora Iwana Kaczmarja [Kaczmara - diecezjalnego konsystorza] i ks. dziekana Stefana Szalasza.
W dniach 15 i 16 lipca parafie nawiedziły silne ulewy, poprzedzone dwumiesięczną suszą. Na pastwiskach i na łąkach trawa była całkowicie wysuszona i wyglądała jak na jesień przed zimą. Wody w potokach silnie zebrały, a woda w Wisłoce wystąpiła z brzegów i rozlała się po polach tak, że na przykład koło probostwa była na samej drodze. Woda poczyniła wiele szkód, na przykład Maryjankowi zabrała pole, które dostał przy komasacji — szkodę wyceniono na 900 złotych. Koło nowo wybudowanej strzelnicy woda przerwała wał i oblała ją dookoła - i ponad metr wody było w środku. Zarządzono zbiórki na poszkodowanych podczas powodzi, utworzono komitet niesienia pomocy, do którego musieli wejść — wójt, ksiądz i nauczyciel. Przeprowadzono zbiórkę wśród mieszkańców — zbierano zboże, a podczas zbiórki w cerkwi zebrano 7,70 złotych, które wysłano do przemyskiej konsystorii. Należy jeszcze dodać, że równocześnie opublikowano list pasterski, podpisany przez Episkopat Polski obu obrządków, w sprawie niesienia pomocy powodzianom.
Latem 1934 roku rozpoczęła się komasacja gruntów w Kotani. Komasację prowadzi inż. Wojtowycz z Muszyny. Schizmatycy znowu wznoszą larum, żeby pole erekcyjne [parafialne] wyznaczyć za Kolaninem, koło granicy wsi Desznica, albo koło cerkwi w Kotani — bo może kiedyś doczekają się, że Kotań odłączy się od Krempnej i dostanie własnego księdza. To chyba oszustwo, ponieważ prawosławni schizmatycy chcą własnego księdza i nie zamierzają powrócić do katolicyzmu. Tamtejszy wójt ma w tym interes, ponieważ sam chce dostać przydział na polu erekcyjnym, a żeby jego własne koło cerkwi przyznano parafii.
Z początkiem roku szkolnego w szkole w Kotani nastąpiła zmiana. Wróciła dawna nauczycielka Stanisława Madanowa, a dotychczasowa nauczycielka Stefania Morawska przeszła na takie samo stanowisko do Desznicy.
Dnia 8 września odbyła się Spowiedź święta szkolnej dzieciarni zarówno w Krempnej, jak i w Kotani. Dzieci z Kotani przyjechały do cerkwi w Krempnej furą, którą dał prawosławny wójt, i tu się wyspowiadały. Tylko jedno z dzieci obrządku greckokatolickiego, Stefan Nesterak, którego ojciec Iwan jest schizmatykiem, poszedł do spowiedzi do schizmatyckiego księdza. W następnym tygodniu, dnia 14 września, poszedł na naukę religii do Kotani ksiądz. W klasie zapytał się wyżej wspomnianego ucznia, dlaczego poszedł do spowiedzi do batiuszki — odpowiedział, że tak mu się chciało. Zdenerwowany ksiądz uderzył go lekko w policzek. Minął tydzień. Chłopiec ten, jak przyznał się wśród swoich kolegów, schował się po tym w chacie [prawosławnego diaka] i ze strachu sam się pobił. Korzystając okazji ojciec schizmatyk, za namową batiuszki, zaskarżył księdza na podstawie obdukcji lekarskiej. Jak się to zakończyło, nie wiadomo, bo rozprawa się jeszcze nie odbyła. Należy tutaj dodać, że skarga została złożona dopiero 9 dni po tym wydarzeniu, to jest 24 września.
Ten rok, a zwłaszcza jesień, jest pod znakiem wyborów do rad gromadzkich. Opiekę nad wyborami wzięli nauczyciele, a w Krempnej dodatkowo jeszcze Straż Graniczna. Wtedy dopiero okazało się, kim jest i czym jest komisarz Dragan, który dotychczas uchodził za bardzo dobrego człowieka, który nie chce nikomu wyrządzić szkody. Okazało się inaczej. Jak mówi powiedzenie - "cicha woda brzegi rwie". Sprawdziło się ono i tu. Nadeszły wybory. Aspirant Dragan układa pierwszą listę - wybiera samych Polaków i sobie wiernych. Chciał ze starej partii, z młodzieży z opcji ukraińskiej nie było ani jednego kandydata. Kiedy członkowie czytelni dowiedzieli się o tym, wystawili swoją listę, w której na radnego wysunęli kandydaturę księdza z parafii.
Wróg nie śpi, ma dobre uszy, a jeszcze lepszych donosicieli. Nawołuje się głowę czytelni "Proswity" do kompromisu i stworzenia wspólnej listy, którą po długich targach udało się ułożyć - jednych wyrzucono, między innymi z naszej strony cerkiewnika Wasyla Kobelaka, a z ich [strony] Skotnickiego, miejscowego leśniczego. Ksiądz, chociaż "as Ukrainy" - jak mówiono - został. Wydawało się, że będzie spokój, ale jak wiadomo - po ciszy następuje burza. Dopiero teraz komisarz zwołał "zebranie" i na nim jeżdżą po wszystkim, co ukraińskie. Przeszkadzają mu pieśni ukraińskie, wyszywanki, a za największe zło uważa "Proswitę". Mówi przy tym wszystkim, że wyśle ich do obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Chłopcy przestraszyli się i wtedy ukazała się podłość tutejszej młodzieży. Jedni na drugich skarżą za kilka papierosów lub parę złotych. Jak powiedział sam komisarz "ciężkie grzechy powie". Chłopcy boją się - głowa czytelni Iwan Dyczko (kiedyś tak osławiony) prawdopodobnie za 50 kilogramów cukru dla pszczół rozwiązuje czytelnię.
Dnia 5 listopada złożył na ręce komendanta policji rezygnację z wszelkiej działalności. Brak jedności, złość, faryzejstwo i wielka podłość zrobiły swoje. W listopadzie tego roku odbyły się wybory na sołtysów. Wcześniej zwołano przedwyborczą naradę. Zwołał ją na rozkaz starostwa komisarz Dragan. Wygłosił przemowę, ciskał na wszystko i wszystkich, a sednem przemowy było przekonanie uczestników narady, że pragnieniem starostwa jest, aby sołtysem został Wasyl Demianowycz - wielki pochlebca władzy. Nadszedł dzień wyborów. Z radnych mało kto przyszedł - bo i nie było potrzeby - no i sołtysem został Wasyl Demianowycz. Podobna historia wydarzyła się w Kotani. Kogo wyższa władza chciała, ten i został - sołtysem został wybrany Teodor Baran - dotychczasowy wójt, prawosławny. Choć ludzie nie byli zadowoleni z jego wyboru, nic to nie pomogło, bo takie były odgórne zarządzenia.
W tym też miesiącu na Krempną spadło nowe nieszczęście, a głównie na tę garstkę świadomej młodzieży ukraińskiej. Przyszedł ze starostwa nakaz rozwiązania czytelni "Proswity". Przyczyną jej rozwiązania ma być wrogie odnoszenie się członków czytelni do "ludności polskie i ruskiej", "działalność antypaństwowa" i rzekomy napad na posterunkowego, pana Kuliga. Wszystkim było przykro, tym bardziej że nakaz przyszedł w ten sam dzień, w którym odbywało się ogólne zebranie towarzystwa. Odwołano się do województwa w Krakowie poprzez starostwo w Jaśle i wysłano bezpośrednią prośbę do Pana Marszałka J. Piłsudskiego do Warszawy. Czy coś z tego będzie - nie wiadomo - zdaje się, że mała nadzieja. Po złożeniu odwołania powstała wielka nagonka ze strony komisarza Dragana - groźby wywiezienia do Berezy Kartuskiej. Niektórzy się im poddali, stracili nadzieje, a nabrawszy strachu jeszcze bardziej szkodzili swojej sprawie narodowej; tylko jednostki się nie poddały.
Dzień przed świętem świętego Mikołaja do miejscowego księdza przyszła jedna dziewczyna z Kotani obrządku greckokatolickiego, Rozalia Fudżak. Przyszła z prośbą od tamtejszej nauczycielki pani Szlaiszowni o wypożyczenie starego [felonu] na mikołajkowy wieczór i rozmawiała po polsku. Ksiądz był oburzony. W dzień święta podczas kazania zachęcał do trwania w wierze, obrzędzie i mowie. Napomknął też o wczorajszym wydarzeniu - jednak nie wymienił imienia i nazwiska. Wyżej wspomniana poczuła się obrażona i prosto z cerkwi pobiegła na skargę do komisarza Straży Graniczej, a później nie wiadomo, czy za czyjąś namową, czy z własnej inicjatywy złożyła pozew w sądzie w Żmigrodzie. Rozprawa została wyznaczona na dzień 18 stycznia 1935 roku, to jest w samą wigilię Objawienia [Jordanu], więc ksiądz nie mógł opuścić parafii w ten dzień, ponieważ musiał odprawiać nabożeństwo, i napisał prośbę o przełożenie rozprawy na nowy dzień. Co to się wyrabia pomiędzy "ruskimi Łemkami".

Rok 1935

W czasie Świętej Służby Bożej w dzień Nowego Roku podczas kazania w cerkwi pojawił się pan komisarz Dragan i komisarz posterunku Kobalik. Przyszli posłuchać kazania - jaki będzie temat - i czy nie będzie w nim coś takiego, co by im potrzebne było. Wprawdzie trzeba było coś powiedzieć, ale zaniechano, coby sobie nie robić więcej wrogów.
Z nadchodzącym świętem Jordanu pojawiła się plotka, że łacinnicy zbierają się na udział w tym święcie. Mieli wziąć udział "Strzelcy", policja i Straż Graniczna. W sam dzień Jordanu była wielka zamieć - i jak później się okazało - było to powodem odwołania tej "parady". W święcie udział wziął tylko komisarz Dragan i kilku pograniczników.
Dnia 25 stycznia przyszły z Przemyśla "Przemyskie Wiadomości Eparchialne", w których ogłoszono, że Łemkowszczyzna została wydzielona z diecezji przemyskiej, a administratorem apostolskim został mianowany ks. dr Wasyl Maściuch. Poinformowano o tym wiernych w najbliższą niedzielę. Nie wybuchła zbyt wielka radość z tego powodu. Wszyscy pytali, "co dalej będzie?". W związku z tą wiadomością krąży pogłoska, że w Kotani mówią, iż "pomimo że jest ruski biskup - my prawosławni do unii nie wrócimy. Pożyjemy, zobaczymy, co dalej będzie".
Po wyjaśnieniu sprawy, że do rozwiązania "Proswity" miał przyczynić się dawny przewodniczący czytelni Iwan Dyczko, trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że były to oczernienia i nieprawdziwe pogłoski. Przyczyną rozwiązania czytelni była nagonka władz wyższych. Tak jak to bywa - była to nagonka podłych ludzi.
Dnia 14 lutego bieżącego roku odbyły się w Krempnej wybory do rady gromadzkiej, tzw. ławników. Wybory były dobrze przygotowane, ażeby "się udały". No i tak jak planowali, tak zrobili. Z Krempnej wybrano dwóch, a dokładnie Leszka Czaklosza i Polaka z Huty Krempskiej o nazwisku Tichylik. Zastępców wybrano aż trzech - Dmytra Szkwira, Stefana Bowanka i Wołodymyra Fajksa - wybrano trzech, ponieważ inni nie przyjechali ze względu na duże śniegi. [...] było tak jak przy wyborach na radnych - szczególnie przy tworzeniu listy - decydujący głos miał miejscowy komendant posterunku - więc kogo "władza" poruczyła, ten został wciągnięty na listę. Na wyborach była tylko jedna lista, tzw. prourzędowa, bo nikt nie miał prawa przeciwko "władzy wyższej".
Kilka dni później dotychczasowy naczelnik gromady pan Iwan Reszetar został zawieszony w urzędowaniu rzekomo za sprzeniewierzenie, ale prawdopodobnie dlatego, że chciał kandydować jako wójt gromady zbiorczej [gminy], a całe nieszczęście tkwi w tym, że jest Ukraińcem. Nic nie pomogły jego starania przy budowie "strzelnicy" ani wyjazdy do Warszawy na "Święto Łemków" i trzeba było zrzec się urzędowania - tak odpłaciła się władza za jego lojalną pracę. Spełniło się powiedzenie, że "wrogowie najczęściej są wśród swoich". Urzędowanie przejął zastępca naczelnika gromady miejscowy diak Wasyl Kobelak.
Miejscowy aspirant Straży Granicznej zamierza wybudować obok strzelnicy baraki, w których mieściłoby się kilka mieszkań, sala teatralna i "świetlica", aby nasi krempnianie mieli gdzie się schodzić w wolnych chwilach. Zwołuje się w tym celu mieszkańców i prosi o pomoc - rozumie się oczywiście, że ludzie zobowiązali się pomóc.
W tym roku zima była dość krótka - zaczęła się przed naszymi świętami Bożego Narodzenia, a już końcem lutego śnieg zaczął znikać. Śniegu jednak było dość sporo. Z powodu nagłej zmiany pogody we wsi szalała epidemia grypy. Prawie całe rodziny leżały po chatach chore, ale przebieg grypy był zazwyczaj łagodny.
W szkole odczuwana jest intensywna polonizacja. Miejscowy ksiądz pożyczał dzieciom książki do czytania. Książeczki religijne - broń Boże ukraińskie - bo wszystko, co ukraińskie, to straszne, niestety nie były pisane po łemkowsku, dlatego miejscowy nauczyciel pan Jan Kowalski zabronił uczniakom pożyczania książek od księdza i wykrzykiwał przed dziećmi, że każdą książkę, którą przyniosą od "jegomościa" [księdza], on "spali". W związku z czym rozdaje dzieciom same polskie książki. W wyniku tego dzieci obrządku greckokatolickiego, narodowości ukraińskiej, a według miejscowej mody - narodowości łemkowskiej, odnoszą się do księdza i to nie w szkole, lecz także poza szkołą w języku polskim.
Po Świętach Wielkanocnych tego roku do Zgromadzenia Sióstr Misjonarek "Dzieci Maryi" w Zarzeczu w powiecie pińskim wstąpiły dwie dziewczyny z Krempnej, Ewa Kuszwara i Tereska Dyczko.
Podczas tegorocznych ferii w Krempnej odbył się obóz strzelecki "Obóz Straży Przedniej", odział Kraków. Przyjechało 220 młodzieży - dzieci z Polski i zagranicy. Odbyło się uroczyste otwarcie poprzedzone liturgią w miejscowej cerkwi, która odprawił w obrządku łacińskim ks. prof. Dutkiewicz z Jasła, przebywający tu na letnisku. Na święto przybyło wielu gości ze Żmigrodu i Jasła, z panem starostą Maraszanim [Mareszem?] na czele. Obóz w Krempnej trwał miesiąc. Podczas jego trwania zapraszano miejscowych na tzw. ogniska - skorzystało jednak niewielu. Lato tego roku było dość zimne, za to często występowały burze z piorunami. Pewnego razu podczas silnej burzy grom trafił w dom Leszka Czaklosza i poraził cztery osoby, na szczęście jednak na obozie był lekarz i uratowano nieszczęsnych od kalectwa, a nawet śmierci. Szczególnie syna Leszka - Wasyla, którego grom mocno poraził. W tym roku Krempną nawiedziło także wiele burz gradowych - wskutek jednej z nich pół Kotani bardzo ucierpiało. Żyto, owies i ziemniaki zostały prawie w całości zniszczone.
Przy cerkwi filialnej w Kotani skończyła się komasacja. Pomimo wielu starań i próśb probostwo zostało bardzo pokrzywdzone. Przydzielono mu grunt przy granicy dusznickiej, oddalony od Krempnej o ponad 6 kilometrów, a od kotańskiej cerkwi półtora kilometra. O taki przydział postarali się miejscowi schizmatycy, wprowadzając apostolskiego administratora Łemkowszczyzny w błąd. A było to tak:
Miejscowi protestują, wznosząc pisma do "Komisji" przeciwko takiemu podziałowi gruntów erekcyjnych. Odnieśli się pisemnie do Administracji Apostolskiej w Rymanowie-Zdroju. Zadziałano tam i przybyło zawiadomienie z Administracji, że kotanianie zamierzają powrócić ze schizmy na unię i że będą starać się o osobną, niezależną parafię - dlatego przydzielono im taki grunt i w takim położeniu. Był to oczywiście podstęp - przynoszący korzyść jedynie paru schizmatykom i jednemu unicie. Sami prawosławni schizmatycy śmiali się z tego, że nasze władze duchowne wprowadzili w błąd.
W ogóle komasacja w Kotani poszła słabo, czego dowodem jest to, że większość jest niezadowolona. Protestują, ale czy coś z tego będzie, teraz nie da powiedzieć, zobaczymy później; jednym słowem komasacja nie prowadzi do niczego dobrego, tylko do większej niezgody, zazdrości i gniewu. Dowodem tego jest to, że w Kotani jedni drugich znieważają, przestawiają kamienie graniczne, a nawet podpalają szopy - tak jak podpalono szopę sołtysowi Teodorowi Bachtianowi.
W sierpniu tego roku miało w Kotani miejsce smutne wydarzenie, które kotanian bardzo poruszyło. Nagle przy porodzie zmarła młoda kobieta Anna Puchir - żona Iwana. Po dwóch dniach odbyła się sekcja zwłok i udowodniono, że przyczyną tej niespodziewanej śmierci była niepowołana do tego "baba". Ta sama "baba" dostała za takie sprawy już wcześniej 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu, co i tak nie pomogło. Ta sprawa również zakończyła się w sądzie, za co pewnie będzie musiała odsiedzieć w "Iwanowej chacie" [w więzieniu]. Odczuwa się brak fachowej akuszerki.
W Krempnej buduje się wielkie baraki dzięki wsparciu finansowemu miejscowego komisariatu Straży Granicznej dowodzonym przez pana Stefana Dragana. Drewno na budowę ofiarowali miejscowi i okoliczni mieszkańcy.
W tym roku buduje się także trzyklasową szkołę, której budowę prowadzi naczelnik gromady Iwan Reszetar.
Z Krempnej do Kotani buduje się gościniec, tak zwaną szosę. Praca wykonywana jest za jedzenie i po części za pieniądze. W tym roku ogrodzono cmentarz, który także poświęcono. Starają się to zrobić na kermesz.
Piszący ten latopis został skazany na 20 złotych grzywny i koszta procesowe w sprawie chłopca, który chodził w Kotani do spowiedzi do prawosławnego batiuszki. Sprawa otarła się o Sąd Okręgowy w Jaśle, gdzie domniemany pokrzywdzony wycofał swój pozew, ale oskarżony musiał zapłacić koszta procesowe w wysokości 120 złotych. Ale schizmatyk dalej stawia na swoim, nie posyłając nadal swego syna do spowiedzi. Tak to schizmatycy wychowują swoje dzieci.
Dnia 26 października tego roku miejscowy kierownik Komisariatu Straży Granicznej ożenił się z nauczycielką z Kotani, panią Stefanią Morawską. Ślub odbył się w Żmigrodzie. Z miejscowej inteligencji, jak również z mieszkańców wsi, nikt w tym wydarzeniu nie uczestniczył - bo i nikt nie był proszony. Szkoda, bo zanosiło się na huczne wesele, a po to przecież budowano baraki. Znamiennym jest, że nawet nauczyciel pan Iwan Kowalski również nie był. Przyczyną było to, że pan komisarz Straży Dragan chciał wszystkimi rządzić i do wszystkich spraw się mieszał. Nie wystarczało mu samo pilnowanie granicy, ale we wszystkim musiał maczać swoje palce. Chciał się nawet mieszać w nawracanie schizmatyków z Kotani - tak jak obiecał to czynić na tegorocznym kermeszu w Polanach, ale sukcesów na tej płaszczyźnie jeszcze nie widać.
Z powodu słoty budowa nowej szkoły postępuje powoli. Według pogłosek od półrocza w Krempnej będzie już szkoła dwuklasowa. W Hucie Krempskiej szkoła T. S. L. ma być rozwiązana z braku pieniędzy, a miejscowe dzieci - oczywiście wszystkie obrządku łacińskiego - mają przejść do szkoły w Krempnej. W związku z tym, że skrót T. S. L. może nie być dobrze znany, wyjaśniam go: Towarzystwo Szkoły Ludowej.

Przedłożono do przeglądania
Krempna 14 listopada 1935
ks. Stefan Szalasz
dziekan

Dnia 14 listopada tego roku w dzień święta chramowego [patronów świątyni] Św. Kosmy i Damiana odbył się zjazd duchowieństwa dekanatu dukielskiego. W ten dzień zagościł w Krempnej Jego Ekscelencja Administrator Apostolski Łemkowszczyzny dr Wasyl Maściuch. Przed wejściem do cerkwi witał na ganku plebanii Administratora Apostolskiego sołtys gromady Wasyl Demianowycz. Po przemowie sołtysa, w imieniu dzieci szkolnych przywitała Administratora Anna Kohut i wręczyła bukiet kwiatów. Jego Ekscelencja przeszedł potem w procesji przez ustrojoną żółto-niebieskimi wstążkami bramę do cerkwi. Odprawił tam Liturgię w asyście ks. dziekana Szalasza, proboszcza z Mysowej, i księdza Stupaka z parafii w Zyndranowej i wygłosił kazanie. Po uroczystym objedzie odbył się soborczyk, po którym Administrator Apostolski odjechał samochodem do Rymanowa-Zdroju.
Podczas jednej z lekcji nauki religii w krempskiej szkole do swojego księdza zwrócili się ci najmłodsi z pierwszej klasy: "Jegomościu, dlaczego jak Wy jesteście w szkole, mówimy po rusku, a jak nauczyciel - to po polsku". Nie wiedziałem, co odpowiedzieć tym dzieciom. Widać, że one bardziej zrozumiały ten problem, niż ci, którzy wprowadzają jakąś łemkowską mowę i postarali się o to, żeby w miejsce swoich nauczycieli byli obcy i w całkiem ukraińskich wsiach wprowadzić naukę w szkołach w języku wykładowym łemkowsko-polskim. Trzeba tu zaznaczyć, że w pierwszej i drugiej klasie na 40 dzieci jest wszystkiego 4 Polaków - dokładnie dzieci obrządku łacińskiego. Dla takiej małej garstki nasze dzieci muszą się modlić "po polsku".
W tym roku trzecia już dziewczyna z rzędu wstąpiła do zakonu - jest nią Anna Czaklosz.
Tegoroczna zima był lekka, śnieg utrzymywał się tylko przez dwa tygodnie, tak że końcem lutego nastała wiosna, pojawiły się szpaki, a w górze było słychać śpiew skowronka.
Tego roku przeniesiono naukę do nowej szkoły, a stara została przekazana urzędowi gminnemu z przeznaczeniem na dom ludowy. Z początkiem maja na radzie gromadzkiej jeden z radnych, Iwan Sardyna, wystąpił przeciwko chodzeniu księdza z kolędą oraz przeciwko przynoszeniu przez ludzi chleba do cerkwi w dni zaduszne. Wystąpił również przeciwko opłacaniu diaka, a skutek tego był taki, że kiedy następnego dnia zbierano pieniądza dla diaka — ludzie datków odmówili. Należy tu podkreślić, że ten, który tak protestował, nigdy sam chleba do cerkwi nie nosił, ani nie opłacał diaka. W lutym tego roku dotychczasowy naczelnik miejscowej agencji pocztowej Jan Petryćkyj został przeniesiony, a na jego miejsce przyszedł nowy - Józef Filipek.
Dnia 12 marca 1936 roku w Rymanowie-Zdroju zmarł Administrator Apostolski ks. Wasyl Maściuch.
Wieść o śmierci ks. Wasyla Maściucha nadeszła do Krempnej przez radio i tego samego dnia tę informacje podano w "Nowym Czasie". Na zarządzenie starosty jasielskiego dnia 15 marca z Krempnej pojechała na pogrzeb delegacja. W jej skład weszli Wasyl Demianowycz - sołtys gromady, Wasyl Kobelak - miejscowy diak i Aleksy Czaklosz - radny gminy. Jako delegat dekanatu pojechał na pogrzeb miejscowy ksiądz Anatol Klisz.
Pogrzeb rozpoczął się o godzinie 14. Obecny był Jego Ekscelencja biskup przemyski Jozafat Kocyłowski, który prowadził uroczystości pogrzebowe. Obecni byli także, biorąc udział w uroczystościach, dwaj biskupi łacińscy: biskup Barda z Przemyśla i biskup Lisowski z Tarnowa. Było około 30 księży, oprócz tego kilku obrządku łacińskiego.
Byli przedstawiciele władz administracyjnych, a dokładnie starostowie sanocki, krośnieński i jasielski, przedstawiciele policji, Straży Granicznej; obecni byli także łemkowscy seminarzyści z Krakowa wraz ze swoim rektorem.
Po odprawieniu panachidy przez Najprzewielebniejszego Jozafata wyniesiono trumnę z komnaty na podwórze i tu żegnał zmarłego Administratora ks. kanonik Jadłowski, a ze świeckich przemawiał pan Chylak — przewodniczący Ruskiej Organizacji Wiejskiej ze Lwowa. Pogrzeb ruszył do najbliższej cerkwi w Desznie. Początkowo trumnę nieśli księża, a następnie straż pożarna. Po drodze śpiewały chóry - rzecz jasna ruskie [?????i] z Sanoka i Wróblika. Ludzi było około kilkuset.
Po przybyciu do Deszna wniesiono trumnę z ciałem Administratora do cerkwi. Po odprawieniu nabożeństwa pogrzebowego przez biskupa obrządku łacińskiego Najprzewielebniejszy Jozafat odprawił panachidę i namaścił ciało olejami świętymi - trumnę zamknięto, a miejscowy proboszcz ks. Wołodymyr Wachnianin wygłosił kazanie, w którym nazwał zmarłego księdza Administratora męczennikiem dla Łemków.
Po kazaniu biskupi z duchowieństwem wyszli z cerkwi i rozjechali się w swoje strony. Trumnę z ciałem zapieczętował lekarz-fizyk i nocą wywieziono ją wojskową ciężarówką do Nowej Wsi - miejsca narodzin zmarłego ks. dra Wasyla Maściucha, gdzie dnia 15 marca odbył się pogrzeb.
W Rymanowie-Zdroju w komnacie Potockiego odbyła się skromna stypa dla duchowieństwa i przybyłych gości, a w jednym z pensjonatów podano kolację dla delegacji Łemków i furmanów.
Tymczasowy urząd Administratora Apostolskiego nuncjusz apostolski z Warszawy powierzył księdzu kanclerzowi Iwanowi Polańskiemu - proboszczowi z Wróblika.
Po śmierci Administratora Apostolskiego zostają pytania, "co dalej będzie", czy będzie gorzej, czy lepiej, kto będzie następcą, czy w ogóle będzie Administracja, czy jej nie będzie. To wszystko ukaże najbliższa przyszłość.
Co do parafian w Krempnej - wieść o śmierci Administratora Apostolskiego, a trzeba to zaznaczyć, przyjęli oni to całkiem obojętnie. Kiedy jednego z nich, a imiennie Piotra Popowczaka ciętego ruskiego patriotę, zapytano, dlaczego nie pojechał na pogrzeb, chociaż ma dobre konie, odpowiedział, że przecie jak ja umrę, to on na mój pogrzeb nie przyjedzie. Za to kierownik komisariatu Straży Granicznej pan Dragan bardzo żałował, że nie pojechał na pogrzeb do Rymanowa. Obcy bardziej przywiązani są niż swoi. Tak to się między ludźmi dzieje.
Tego roku w Krempnej zauważono, że miejscowi zaczęli zakładać obok swoich domostw sady. Przysłużyło się temu Jasielskie Towarzystwo Rolne, które ofiarowało szczepionki sadownicze na korzystnych warunkach kredytowych. Wieś zakupiła do szkoły 20 drzewek, z czego wspomniane Towarzystwo podarowało 10. Parafia nie miała szczęścia.
Również w tym roku masarz ze Żmigrodu założył swoją filię z wyrobami mięsnymi w domu Nasty Sardyry. Praca przy baraku dla młodzieży postępuje dalej, ponieważ w czerwcu ma przyjechać około 800 młodzieży na ferie letnie.
Dnia 22 marca tego roku odprawiono Liturgię w trzecią niedzielę miesiąca w Kotani. Wieczernia odbyła się jak zawsze w Krempnej. Kiedy cerkiewnik Wasyl Kobelak poszedł otworzyć cerkiew, zauważył, że drzwi wejściowe zamknięte były tylko na jeden zamek, chociaż zawsze były zamknięte na trzy. Kiedy wszedł do cerkwi, zobaczył rozbitą i opróżnioną skarbonkę. Idzie dalej, kywot [tu: tabernakulum] rozbity i Najświętszy Sakrament rozsypany koło ołtarza, a puszka zabrana. Widać, że byli złodzieje. Tej samej nocy z soboty na niedzielę (z 21 na 22 marca) złodzieje byli u Marii Popowczak, gdzie zrabowano 150 złotych, ale nikt się nie spodziewał, że złodzieje zagoszczą także w cerkwi — bo przecież Krempna od dawna nie ma złodziejskiej marki, a tymczasem stało się inaczej. W cerkwi, oprócz wspomnianej puszki, zrabowano także czaszę, a gwiazdę, ponieważ jej nie zauważyli, zostawili. Zabrali też [???????], kopie i z tacy 2 złote.
Złodziejami byli obcy. Policja wpadła na ich ślad – ale do tego czasu ich nie wykryto, ponieważ uciekli zagranicę.
Podczas orania pola Marii Popowczak konie wygrzebały podstawkę od puszki i czaszy - niestety już pogięte.
Kradzież ta bardzo negatywnie wpłynęła na posterunek Policji Państwowej oraz na straż graniczną, ponieważ stało się to na ich terenie.
W nocy na 2-go kwietnia o trzeciej godzinie policja złapała podejrzanych ludzi w domu w Kotani, ale po całodziennym przesłuchaniu zmuszona była ich wypuścić nie mając żadnych dowodów. Znalezione przy nich rewolwery zostały im skonfiskowane.
Naród był oburzony kradzieżą, a już najbardziej znieważeniem Najświętszych Sakramentów, dlatego dobrowolnie w całości przyjęto post przebłagalny do Eucharystycznego Chrystusa w Niedzielę Palmową do południa. Rozpoczęto zbiórkę na zakup skradzionych rzeczy. Puszkę do przechowywania Najświętszego Sakramentu pożyczono na jakiś czas z Myscowej u tutejszego dziekana księdza Stefana Szalasza. Jak na razie o wykryciu sprawcy tej kradzieży nie można niczego pewnego powiedzieć. Prawdopodobnie jeden z nich był zawodowym złodziejem z Polan - nazwiskiem Kopcza. Prawdopodobnie po wielu rabunkach uciekł on do Czechosłowacji, jedni mówili, że został złapany, a drudzy, że gdzieś na granicy miał zostać zabity. Nic pewnego w tej sprawie nie można powiedzieć.
Odnośnie kradzieży w Krempnej można tu zaznaczyć, że podobne wydarzenia miały miejsce w Pielgrzymce i Bednarce. W Nowym Żmigrodzie było także włamanie do kościoła, ale większej szkody nie poczyniono, tylko z tabernakulum spożyto Najświętszy Sakrament. Ciekawe jest to, że nie zabrano puszki, świadczyć to może tylko o tym, że była to czerwona, bolszewicka ręka.
W lipcu tego roku zwolniono z obowiązków obecnego dziekana księdza Stefana Szalasza, a dekanat oddano w administrację proboszczowi z Pielgrzymki Marianowi Myszkowskiemu. Nic dziwnego [...].
Również tego miesiąca Święta Stolica Apostolska mianowała nowego Administratora Apostolskiego dla Łemkowszczyzny w osobie księdza dra Jakuba Medwieckiego - dotychczasowego archidiakona przy greckokatolickiej Kapitule w Stanisławowie.
Dnia 31 sierpnia tego roku odbyły się w Krempnej spotkania śpiewaków cerkiewnych. Wszyscy uczestnicy, w tym wszyscy diacy dekanatu dukielskiego, po Liturgii zebrali się w domu Wasyla Kobylaka, syna Hryhorija, aby tam poruszyć jakieś "bolączki" diakońskie i wybrać delegację na ogólny zjazd diaków, który ma odbyć się dnia 14 września w Rymanowie-Zdroju.
Dzięki staraniom tutejszego naczelnika Straży Granicznej pana Stefana Dragana ukończono wielki budynek "przysposobienia fizycznego". Jest także w planie zwrócenie się z prośbą do Jego Ekscelencji doktora Jakuba Medwieckiego o przybycie do Krempnej w celu poświęcenia tego domu.
Tego roku nie obrodził tatarak, co zasmuciło miejscowych, ponieważ będzie mniej chleba. W ogóle tego roku zboża będzie mało. Ludzie co prawda posiali dużo, ale bardzo mało obrodziło. Przyczyna tego, zdaje się, tkwi w tym, że w czasie dojrzewania zboża był wielki upał i zboże za szybko dojrzało.
Również i ziemniaki tego roku nie dojrzały, bo jak mówią, mało jest ich w dolinie, a dużo robaków, które je jedzą. Jest źle, a wygląda na to, że będzie jeszcze gorzej.
Tego roku na święto Podwyższenia Krzyża Świętego spadł pierwszy śnieg, ale długo nie leżał.
Jesienią tego roku dwie krempskie dziewczyny, a dokładnie Anna Kobelak córka Wasyla, tzw. Baranka, a druga Maria Kohut, tzw. Pryndajwa, przeszły na schizmę, tzn. prawosławie: wyszły za mąż za parobków ze Świątkowej. Tutejsza młodzież, która jest wierna greckokatolickiej Cerkwi, zbojkotowała te wesela i za wyjątkiem paru - nikt nie brał udziału w weselu.
Ciekawa rzecz, że Anna Kobelak wzięła ślub bez metryki, bo piszący tę smutną opowieść nie wydał świadectwa chrztu, a ślub...



Wszystkie uwagi kierować proszę na adres bartek@beskid-niski.pl


beskid-niski.pl na Facebooku


 
834

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 1 i 4: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 11 osób
Logowanie