• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część II-ga
 

GINĄCA NATURA (część II-ga)

Leszek Hrabski (autor wspomnień)

Jesteśmy od kilkunastu lat, na progu ginącego świata, i boję się, że jeszcze trochę, a w naszej pamięci zamaże się i nam seniorom, istnienie wielu wsi i przeuroczych zakątków Łemkowszczyny. Następne pokolenia nie wybaczą nam, że nie przekazaliśmy im przynajmniej skromnych opisowych obrazów, naszej małej ojczyzny. Wieś Wilśnia, bo o niej chcę kilkanaście stronic napisać, już nie istnieje tak jak i wiele dziesiątków innych wsi łemkowskich Beskidu Niskiego.
Początek tej smutnej historii, powziął się od pamiętnej bitwy stoczonej pomiędzy dwoma wielkimi armiami świata w 1944 roku to jest, wyzwoleńczą Armią Radziecką i pokonaną Armią Hitlerowską. Następną zasadniczą przyczyną zamierania wielu wsi, stał się proces wysiedlania ludności do byłego Związku Radzieckiego i na Zachodnie Ziemie Polski. Szczegóły opiszę w zasadniczym temacie. Byłem tego naocznym świadkiem. Wtedy miałem 12 lat i byłem mieszkańcem Smerecznego


Człowiek lasu

Mój następny kontakt w poznawaniu Wilśni od najmłodszych lat, trwał przez kilka lat, za pośrednictwem obserwowania, człowieka nieszczęśliwego, mającego pseudonim "Byndas". A właściwie to na imię miał Michał, nadano mu go na chrzcie w cerkwi zaraz po urodzeniu około 1900 roku.
Jak tylko zapamiętałem go, przychodził do nas niemal każdego dnia rano przed śniadaniem. Wiosną, latem - siadał na ławce przy drzwiach wejściowych, natomiast jesienią i zimą na przypiecku, przytulając plecy i ręce do tak zwanej "baby".
Często był bardzo przemarznięty. Przylatywał prosto z lasu. W czasie chłodnych dni, najczęściej biegł tą samą ścieżką z Kamiennika prosto na nasz dom.
My w tym czasie byliśmy przed, albo już po śniadaniu. Za każdym razem otrzymywał od mamy, albo od babci, dużą pajdę chleba z masłem albo ze serem i duży garnuszek mleka. To była porcja śniadania letniego.
Natomiast zimą, tylko pajdę chleba i garnuszek ciepłego barszczu, albo kisyłyci. Zjadał to w kilku sekundach. Po śniadaniu wstawał, szedł prosto do obory i usuwał spod inwentarza obornik, a potem z tatą wynosili to na noszach na pryzmę, obok domu.
Wiosną i latem tato lub mama, zatrudniali go do końca dnia przy robieniu powroseł do wiązania snopów, kiczek na pokrywanie dachu, lub do rąbania drzewa na opał. Te prace "Byndas" umiał robić bez poprawek. W porze zimowej, kiedy na dworze pogoda na to pozwalała, Michał rąbał drzewo. Jeżeli pracy nie było, to po ogrzaniu się, przechodził do innego bogatszego gospodarza i chętnie podejmował każdą pracę. Bywało i tak, że sąsiedzi prosili mojego tate aby "Byndasa" od samego rana kierował do nich. Wtedy śniadanie otrzymywał tam.
Czasami nie przychodził do nas, nawet przez trzy tygodnie, wtedy, tej roboty dla niego naodkładało się dużo. Był robotnikiem tanim, bo pracował tylko za jedzenie i odzież.
Pożytek z pracy Michała był we wsi dobry, ponieważ był on mężczyzną wysokim i silnie zbudowanym. Potrafił wykonać najcięższą pracę. We wsi na oczach ludzi nie był niebezpieczny i zachowywał się całkiem poprawnie. A raczej był posłuszny, nigdy nie odmawiał wykonania jakiejkolwiek pracy. Nigdy nie demonstrował swojej siły wobec słabszych od siebie. Nie chorował, i o dziwo, nie kaszlał i nigdy nie był przeziębiony. Smakowało mu wszystko co tylko od ludzi otrzymał. Organizm miał bardzo odporny na wszystko. Jedyną jego słabą stroną od 15-go roku życia, była psychiczna choroba. Jego codziennym domem i sypialnią był las. Tam przebywał samotnie, bo tam według jego rozumowania czuł się bezpieczny. Miejscem tego nowego przebywania stał się las na górze "Byrdzjawa" pomiędzy Wilśnią a Smerecznym.
Pewnego ranka, tutaj pod grubym bukiem obudził się i zakodował sobie już w chorej wyobraźni, że tutaj mu nic nie zagraża i tutaj pozostanie na zawsze. I od tej tragicznej chwili, właśnie pozostał człowiekiem lasu. Tego miejsca bronił, tutaj nikomu nie pozwalał do siebie podchodzić. Mówiono, że w tym miejscu był agresywny i niebezpieczny. W tym lesie czuł się odważny i każdemu mógł wyrządzić niewyobrażalną krzywdę. W niedzielę rzadko opuszczał las i schodził z "Byrdzjawy" do wsi. Wiedział że w tym dniu pracować nie będzie, bo jest święto i nikt nie pracuje. Zdarzało się, że dni mu się pomyliły zjawiał się w i niedzielę na naszym podwórku, wtedy podchodziła do niego młodzież w różnym wieku. Aby go nie wypłoszyć i wciągnąć w rozmowę, częstowali go papierosami, co bardzo uwielbiał palić. Wtedy chłopcy chcieli go żenić, proponowali mu najładniejsze dziewczyny do wyboru i wielki majątek. Zachęcali go do tańca, do żartów. Dziewczyny zaś, podejmowały próby umawiania się z nim na randkę, na spotkanie nawet i w lesie. Obiecywały mu kupno garnituru, koszuli, butów i kapelusza. Na niektóre propozycje reagował uśmiechem, a niektóre z nich zbywał rozmówców niechęcią. Z chwilą kiedy przestano częstować go papierosami, zrywał się i swoją utartą trasą wracał do lasu. Nie wykazywał gniewu ani zniechęcenia w kierunku młodzieży, nawet często wpatrywał się dziewczynom w twarz, ale uważał siebie za starszego od nich i dlatego rezygnował z narzucanego mu siłą towarzystwa. Idąc pod górę Kamiennik, odwracał się i spoglądał w stronę siedzącej gromadki młodzieży. Wtedy napewno w jego głowie roiło się tysiące myśli, które rozbudzały w nim nie znane nam reakcje. A że takie mogły mieć miejsce, potwierdzało to jego zachowanie, bo przy następnych kontaktach z młodzieżą przypominał im poprzednie składane mu obietnice. Wyrażał nawet żal, że go dziewczyny oszukiwały, że zapomniały o garniturze, butach, wyszywanej koszuli i td... Ja przecież dzisiaj specjalnie po to do was przyszedłem, mówił z pretensją Michał. A jednak, budziła się w nim nie wyżyta energia, może i instynkt posiadania tego, co mają inni. A może też i zazdrość.
Na przełomie wiosny i lata, tego pamiętnego roku, przez sześć tygodni nikt w Beskidzie Niskim, na niebie nie widział choćby najmniejszej chmurki. Z nieba spadał tak nie miłosierny żar, że wystarczyło na kamieniu postawić patelnie z rozbitymi jajkami, a po paru minutach, można było zdjąć jako usmażoną jajecznicę. Codzienny skwar, nie tylko, że był nie do wytrzymania, to na dodatek, w studniach, strumykach i górskich potokach, wody ubyło o co najmniej pięćdziesiąt procent. Siano gospodarze zbierali i upychali pod strzechy, już po drugim dniu koszenia. Zachodziła obawa, że w kopach na łąkach mógłby powstawać samozapłon. Takiego gorącego lata nie pamiętał nikt, od pięciu pokoleń. Dla złagodzenie gorączki, na podwórku, pod grubą rozłożystą wierzbą, stało wiadro zimnej wody do popijania i napełniony szaflik wodą do schładzania twarzy i głowy.
Pomimo tak gorącego wokół nas klimatu, "Byndas" zachowywał się i pracował tak jak w dniach normalnych. Rozszczypywał klocki z bukowego drzewa i tylko od czasu do czasu, wypijał dwa lub trzy garnuszki wody, nie stosując przerwy. On od wielu lat, był zahartowany, nie tylko na gorączki ale i mrozy sięgające do 20-stu stopni. W psychice miał zakodowany obowiązek, że poleconą mu pracę należało wykonać do końca. Jeśli nie zdążył wykonać jej dzisiaj, z samego rana podejmował ją w dniu następnym bez upominania. Drugą jego żelazną zasadą było, powracanie do swojego leśnego gniazda, o tym samym czasie. Był to jego życiowy biologiczny zegar, którego mocno przestrzegał. Zegarem tym było słońce. Jeżeli jego tarcza stykała się z czubkami drzew na górze "Kaninnik", on najbardziej gorącą pracę porzucał i truchcikiem biegł stronę "Bygdzjawy". Tam na swoim wybranym miejscu, przed nocą, rozpalał wielkie ognisko, które musiało się palić aż do rana. On sam układał się obok niego, do nocnego snu. Żadne drapieżne zwierzę, do wysoko płonącego ognia, nie miało odwagi podchodzić. Dlatego czuł się bezpieczny. Rano dokładał do ogniska grube drzewo i nie miało prawa nigdy zgasnąć.
Podobnie, jak w każdym poprzednim dniu "Byndas", około godziny ósmej rano, wszedł do naszego mieszkania i czekał na swoim miejscu na śniadanie. Po zjedzeniu dużej miski pierogów, ziemniaków i wypiciu kubka siadłego mleka, zajmował swoje stanowisko pracy, przy wysokim pieńku w rogu obszernego podwórka. Tato tymczasem na wóz nałożył kolorowe półkoszki, umocował do drabinek siedzenie i pojechał do miasta. Mama pozostała z nami w domu, bo w południe czekało ją dojenie krów. Michał silnym zamachem wbijał siekierę w pieniek, unosił go do góry i zamaszyście uderzał nim o pień. I mimo poobiedniej gorączki, jaka w dalszym ciągu obejmowała naszą południową krainę, na jego twarzy kropli potu widać nie było. On swoim niezmiennym rytmem, powiększał przed sobą hałdę porąbanego drzewa. Tylko czasami opierał siekierę o pieniek i coś do siebie półgłosem niezadowolony pomrukiwał.
Nie zwracaliśmy na niego uwagę, bo on nie lubił, żeby dzieci podchodziły blisko rozpadających się klocków. Wiedział, że taki odprysk dużego kawałka, mógłby mocno zranić. Kiedy zbliżała się pora na zakończenie jego pracy, mama przygotowała mu dużą pajdę chleba z bryndzą, przyniosła mu i próbowała położyć tuż za nim. Michał podniósł głowę, odwrócił się i jakby drżącym głosem zagadał do mojej mamy. "Ja też pamiętam swoją mamę, ona też była ładna. Ale umarła, już dawno umarła, nie żyje" - powtarzał.
Moja mama zatrzymała się przy nim i zapytała, Michale a pamiętasz jak ona umarła. "Nie, ja nic nie pamiętam." Mama zrobiła jeden krok, po czym Michał dodał, "ja bym też chciał mieć ładną żonę". Wlepił w nią oczy i odprowadzał ją wzrokiem. Mama odeszła kilka kroków, odwróciła się i przytaknęła mu, "ożenisz się Michale za niedługo i też będziesz miał swoją żonę. Ty będziesz miał najładniejszą żonę"
Michał stał nadal przy pieńku i nie brał się za robotę. Mama trochę przestraszyła się, bo nigdy on bez prowokowania go do rozmowy do nikogo nic nie mówił. Jego zachowanie w tym przypadku, uważała za bardzo dziwne. Weszła do mieszkania i obserwowała go przez okno. Na podwórko sama do wieczora już nie wychodziła. Patrzyła, że słońce chowało się za drzewa, a "Byndas" nadal stał przy pieńku i nie zamiarował uciekać do lasu. Z pochyloną głową, głęboko nad czymś rozmyślał. Ze zniecierpliwieniem mama oczekiwała na powrót taty, ale bezskutecznie. Zawołała nas do siebie, mnie i moją młodszą siostrę i razem poszliśmy na podwórko do sąsiada i stamtąd obserwowaliśmy jego zachowanie.
Po długiej chwili, Michał obejrzał się na górę "Kamiennik" ale słońca na horyzoncie już nie było, złapał do ręki swoją kolację i biegiem pognał za "Byrdzjawę".
Mama wszystko to opowiedziała wieczorem dla taty i razem zastanawiali się, jakie to myśli zaczęły się odradzać w głowie Michała? Był to pierwszy przypadek takiego zachowania (Czemu ten 15-sto letni zdrowy chłopak z porządnej rodziny, stał się “ człowiekiem lasu” o tym w następnym rozdziale).

Furmanką do miasta

No, jeśli nie koniem i wozem, to czym ?
Przed rokiem 1939, rowerów na wioskach nie było. Samochód osobowy na trasie Krosno - Barwinek przejeżdżał czasami dwa razy do roku. Innej osobowej komunikacji nie było. Dlatego też, na wszystkich drogach, a nawet i o znaczeniu wojewódzkim i krajowym, królowały furmanki różnej maści.
Z naszych miejscowości łemkowskich, wykorzystywane były w większości do celów zarobkowych. Wywożono nimi do miasta na targi, różne produkty żywnościowe, a nawet cielęta i owce, na sprzedanie. Niektóre wioski położone w oddali przy pasie granicznym ze Słowacją, sprzedawały dużo drzewa dłużycowego i opałowego. Na dużą skalę, drzewo opałowe wywozili Wilśnianie, z konieczności zasilając zarobionymi pieniędzmi budżety domowe. Widziałem przejeżdżające furmanki z drzewem pociętym na metry, dwa a czasami i trzy razy w tygodniu. Jechało ich razem trzy, cztery, nawet i sześć furmanek. Zapamiętałem ich mając pięć lat, było to jeszcze przed drugą wojną światową.
Jak wspominałem na wstępie, niemal każdy gospodarz w Wilśni miał ponad 5 hektarów bukowego lasu. Były to lasy o starych grubych drzewach. Ich wiek mógł sięgać nawet parę set lat. Grubość pnia, u niektórych pojedyńczych egzemplarzy przekraczała 300 centymetrów, a konary do 100-u cm. Jedyną korzyścią z jego posiadania, był całkowity wyrąb drzew starych oraz wyrąbywanie grubych konarów. Taką selekcyjną i zarazem pożyteczną gospodarkę prowadzili oni każdego roku. Była to ciężka praca wymagająca wielkiego wysiłku i dużej kombinacji. Bo podcięcie pnia ręczną piłą, który miał 3 m. objętości, wymagało nie małej filozofii. A jednak ci drobni mężczyźni, znakomicie sobie w górskim terenie z tym problemem radzili. Całą zimę podcinali pnie i usuwali boczne konary, a potem cięli to na krótsze części i konikami po śniegu ściągali bliżej domu. Niegruba warstwa śniegu, sprzyjała robotnikom, ponieważ długi pień, lekko ślizgał się za konikami, dzięki temu miały lżej. W kolejnym etapie, przecinali to piłą na metry. Zaś grube oziomki szczypali na dwie lub cztery części. W ułożonych pryzmach, dosuszało się to do lżejszej wagi. W tej fazie pracy brały udział także, kobiety i dorosłe dzieci. Taka praca trwała od pierwszych śniegów aż do wiosny. Warto zaznaczyć, że z jednego grubego buka, pozyskiwało się od 10 do 12 furmanek metrowych szczap. Ścięcie czterech grubych buków wystarczało jednemu woźnicy na sześć miesięcy wywozu, co zamykało całoroczny cykl pracy. Za wywiezienie i sprzedanie tego urobku, jeden furman otrzymywał, około 500 złotych przedwojennych za cały rok.
Sprowadzając ten rodzinny wysiłek do dniówki, a potem na godziny pracy, uzbierało by się tego około 1600 godzin. W przybliżeniu za jedną godzinę ludzkiej pracy wynosiło to 35 groszy. Natomiast wartość pracy koni i wartość drzewa, nie powiekszały zarobku, to już był prezent dla kupującego. I tak, przedstawiała się ta handlowa transakcja, która przynosiła korzyść tylko stronie kupującej.
Warto też pokazać, w jaki sposób furmani organizowali sobie wywóz drzewa na rynek. Była to trasa od Wilśni do Krosna i stanowiła ona około 47 kilometrów w jedną stronę. Do przejazdu w obydwie strony, potrzebny był czas co najmniej 27 godzin. Organizowali się w cztery lub sześć furmanek i wyjeżdżali z Wilśni około godziny 17-ej i dojeżdżali w okolice Dukli. Ale po drodze, nie pod każdą górę jedna para koni dała rady wyciągnąć załadowany wóz. Wtedy doprzęgano do jednego wozu dwie pary koni i w ten sposób pokonywano góry. Na całej trasie takich górek było trzy, jeśli był to dzień pogodny, a jeśli deszczowy to cztery i pięć. A zatem jazda do Krosna z przerwą na nocleg w Dukli trwała 17-cie godzin.
A spanie było pod wozem na poboczu drogi blisko lasu. Jeden furman pełnił wartę a reszta spała, z podmianą co dwie godziny. Wczesnym rankiem na rowach lub na skraju lasu należało popaść na zielonej trawce koniki co najmniej jedną godzinę i po popasie ruszali w dalszą drogę. Przy dobrej pogodzie, do Krosna docierali na godzinę 9-tą. Jeżeli kupcy czekali na towar, wtedy wracali szybko. Jeżeli chętnych na drzewo nie było, furmani czekali aż do skutku, albo wyjeżdżali za Krosno w poszukiwaniu nabywców.
W drodze powrotnej, mężczyźni posiłek konsumowali na wozach nie przerywając jazdy. Był to z reguły posiłek suchy w postaci razowego chleba z dodatkiem kaszanki, pasztetu lub niedużego kawałka kiełbasy. Wracając do domu, również robili odpoczynek dla zmęczonych koników zawsze w tym samym miejscu w lesie pomiędzy wsią Cergowa i Trzcianą. Na przyleśnych polanach, konie się popasły, napiły wody, nabrały sił do dalszej jazdy, która z tego miejsca do Wilśni trwała jeszcze ponad trzy godziny.
Dziewiętnastoletni Mikołaj jeszcze kawaler, tą przerwę wy-korzystywał na spotkanie z narzeczoną Hanią. Zakochali się w sobie na dobre już ponad dwa lata. Ona 18-to letnia niebieskooka blondynka, smukłej figury o czarującym spojrzeniu, pasła na przydrożnym pastwisku, niewielkie stadko domowego inwentarza. Widywali się prawie po dwa razy w każdym tygodniu. Hani często z tego powodu zdarzało się, przypędzać do domu krowy, późno po zachodzie słońca. Była z tego powodu upominana przez rodziców, że w nie oświetlonej stajni, dojenie krów jest bardzo niewygodne. Tłumaczyła się Hania, podając różne przyczyny, a najczęściej, takie, że tak zawzięcie po zachodzie słońce krowy się pasą, że nie można ich zegnać z pastwiska.
Tak Mikołaj jak i Hania, długo nie zdradzali swoich miłosnych kontaktów przed rodzicami. Choć Hania nie miała tak wielkiej motywacji do zatajania, bo Mikołaj był bardzo przystojnym kandydatem na męża. A ona zaś, nie mogła po wyjściu za mąż pozostać przy rodzicach, ponieważ starszy jej brat zgodnie z obyczajem miał objąć gospodarstwo. Napewno rodzice w tym wypadku nie stawialiby żadnych przeszkód, może tylko w jednym, że jest on aż z czwartej wsi.
Inaczej sprawa miała się po stronie Mikołaja. On już miał rodzinny obowiązek ożenku z sąsiadką postanowiony przez rodziców, ponieważ jego starsza siostra wyszła za mąż za sąsiada, bez tak zwanego materialnego posagu. Te zmówiny między obydwiema rodzinami polegały na tym, że Mikołaj miał poślubić za posag córkę sąsiadów, aby nie dzielić gospodarstwa.
Takie praktyki w tamtych czasach, stosowane były, niemal powszechnie w szczególności przez biedniejszych gospodarzy. Te zasady pomijały absolutnie sprawy miłosne między nowożeńcami. Dochodziło często do buntów, do ucieczki od małżonka, bądź od małżonki, ale nie na wiele to się zdało, bo zasady połączenia dwoje ludzi węzłem cerkiewnym, były silnie przestrzegane przez całe środowisko. Taka rozłąka mocno obniżała morale i autorytet jednej a czasami odydwu stron. Nie było innego wyjścia jak tylko poddać się woli ślepego losu. Ten nieszczęśliwy marazm, pogrzebał w niewoli miłosnej dziesiątki tysięcy par na przestrzeni kilku wieków biorąc pod uwagę całą Łemkowszczynę. Jak długo by jeszcze ten obyczaj trwał, gdyby nie przerwa ła go druga wojna światowa, nie wiadomo. Problem nie bardzo znajdował rozwiązanie, ponieważ na Łemkowszczynie nie było miejsc pracy, nie było też żadnego innego źródła utrzymania.
Rozmyślał Mikołaj nad tą sprawą godzinami i nocami. Po każdym spotkaniu z Hanią zadręczał się do bólu. Tym bardziej, że zdawał sobie sprawę z tego, że na sprowadzenie Hani do domu, zgody od rodziców nie uzyska. Nie mógł się też w żadnym wypadku pogodzić z tym, że Hanię może porzucić. Taka myśl, jeszcze mocnej potęgowała w nim miłość i nie obliczalną zaciętość do walki o nią. Nie wyobrażał sobie zakładania rodziny bez Hani, ani dalszego życia, nie mając jej u swojego boku. Los jaki Mikołaja wiązał z własnym domem, też był trudny do rozwiązania. Jego ojciec przed pięcioma laty przy, leśnych pracach utracił jedną nogę. Kuśtykał tylko po mieszkaniu i na podwórku opierając się o drewniane kule. W domu poza nim było jeszcze trzech młodszych braci i matka. Bez Mikołaja nie daliby sobie rady. Tego problemu postanowił Mikołaj narazie nie ujawniać ani przed rodzicami, których również kochał, ani przed Hanią, bez której nie wyobrażał sobie przyszłości.
Mijały dni, tygodnie, mijały miesiące, Mikołaj nieustannie medytował jakie znaleźć wyjście, aby nie doprowadzić do zmniejszenia wielkości gospodarstwa jak również by nie zniszczyć stosunków rodzinnych dla siostry. Umowa między rodzinami nadal była aktualna. Czekali na Mikołaja aż dojrzeje do męskości. On sam też nie chciał być wyrzutkiem w rodzinie, aby przez niego zawaliły się budowane przez dwie rodziny plany i marzenia. Chwilami był bliski pogodzenia się i poddania, woli rodziców. Jednak takie myśli towarzyszyły mu nie dłużej, niż do czasu następnego spotkania z Hanią, która swoją urodą oddziaływała na niego tak mocno niczym magnes, po czym ponownie, buntował się wewnętrznie, że trzeba nareszcie tym starym praktyką położyć kres. Że nie można budować rodziny, bez marzeń, wzajemnej miłości, osobistego szczęścia, na kamienistych morgach. Że ktoś musi być pierwszy, kto przetnie ten niedorzeczny obyczaj. A może niech to będę ja, usiłował podnosić się na duchu.
Z takim twardym postanowieniem, zarzucił kosę na ramię, osełkę przywiesił do paska u spodni i ostrym krokiem ruszył w kierunku łąki. Tam miał przemyśleć resztę. Kosił Mikołaj i myślał, chwilami zapominał, że macha wokół siebie kosą i trafiał na wystający z trawy kamień. Dopiero snop sypiących się z pod kosy iskier, przypominał mu, że niestety trzeba myśleć o tym co się robi.
A niech licho, zaklął pocichutku i podjął Mikołaj decyzję, że po powrocie do domu, zaraz przy obiedzie, przekaże swoje plany rodzicom. I rzekł pomrukując do siebie, niech się dzieje wola Boga. Raz kozie śmierć.

Cerkiew prawosławna

Z ustnych przekazów z pokolenia na pokolenie, Wilśnianie wiedzieli, że ich przodkowie wyznawali wiarę prawosławną i taką samą w swoich sercach zachowali i oni.
Niemniej jednak, przez długi okres czasu, Cerkwi w najbliższych okolicach nie było. To miejsce przed dziesiątkami lat, zajęły Cerkwie grekokatolickie. Starsi ludzie twierdzili, że osobiście nikt się dobrowolnie wiary prawosławnej nie wyrzekał aby po niej przyjąć wiarę grekokatolicką.
Prawdopodobnie takie przeniesienie ludzi z jednej do drugiej wiary nastąpiło urzędowo, bez ich woli. Przede wszystkim, władze kościelne podlegające Rzymowi, dążyły do wyrugowania z terenów polskich wiary prawosławnej, a ludzi tych usiłowali podporządkować pod kościół rzymskokatolicki. Załatwiono to w 1596 roku aktem podpisania Unii brzeskiej, na szczytach władz kościelno-cerkiewnych, postanawiając, przepisać prawosławnych zamieszkujących na ziemiach polskich na katolicyzm, z zachowaniem obrządku wschodniego. Jednak ludność swoje dusze pozostawiła nadal opiece wie-rze prawosławnej. Do końca swoich dni przebywania na tej ziemi, nie czuła się unitami. Nie czuli również i takiej podległości oddania się nowej wierze. Jak tylko, nadarzyła się odpowiednia okazja, zaraz powrócili do obrządku prawosławnego. Źródło pisane podaje, że taki powrót wszystkich rodzin w Wilśni, nastąpił w 1927 roku.
Z takiej sztuki globalnego manipulowania religią nad głowami wiernych, ludzie nie byli zadowoleni. Ten jakże nie humanitarny manewr, jaki bardzo krytykowali starsi ludzie, jeszcze mocnej przywiązał ich do prawosławia. Wilśnianie podówczas, przydzieleni byli do parafii greckokatolickiej w Olchowcu. We wsi Mszana była tak zwana cerkiew unicka. Z przekazów ustnych mieszkańców Wilśni, wynikało, że część z nich na mszę niedzielną, uczęszczało pieszo do Olchowca, a jakiś odsetek do Mszany, do której mieli aż 5 kilometrów, w tym dwie góry i las.
Wilśnianie swobodą powrotu do kontynuowania wiary prawosławnej, nabrali wiatru w żagiel i postanowili w 1935 roku pobudować Cerkiew na swoim polu. Problemu z tym nie mieli, jako że mieli własny materiał budowlany. Z własnych lasów, nacięli najpiękniejszych jodeł, wywieźli do tartaku i w ciągu jednego roku cerkiewka została otwarta. Swoją pomoc także zaoferowali mieszkańcy Smerecznego. Była ona tylko symboliczna, ponieważ Wilśnianie zawarli układ ze wsią Smereczne, aby ci też samodzielnie po budowali szkołę, dla dzieci obydwu wsi.
Takim samym wysiłkiem w 1936 roku, powstała szkoła w w Smerecznym, która przygarnęła wszystkie dzieci z Wilśni. Jedna jak i druga budowla, przykryta została honorowo, białą blachą. Widniały blaskiem na daleką odległość.
Jak przez mgłę pamiętam, poświęcenie cerkwi i pierwszą mszę. W pamięci pozostaje mi aż do dzisiaj, wysoki srebrzysty dach, dużo księży ubranych w długie mieniące się szaty oraz stragany z zabawkami, trąbkami itp.
Miałem wtedy trzy i pół roku. Trzymałem się maminego szerokiego kabata. Takie wielkie zgromadzenie ludzi, zobaczyłem po raz pierwszy w swoim życiu. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie i pobudziło lęk, że się pogubimy w tłumie.
Uroczystość w tym dniu w Wilśni, trwała od rana aż do zachodu słońca. Wilśnianie doznali wielkiego radosnego przeżycia i otrzymali mnóstwo gratulacji. Od tej pamiętnej niedzieli, ludzie z Wilśni, Smerecznego, Ropianki i dosyć spora ilość z Olchowca, uczęszczali na mszę co drugą niedzielę. W słoneczne letnie dni, nie wszyscy mieścili się w środku. Czasami więcej ludzi stało na łące przed otwartymi drzwiami cerkiewki, niż było ich w środku.
Wilśnia swojego księdza nie miała, ze względu na małą ilość rodzin. Nie byliby w stanie dać mu, godziwego utrzymania. Tą cerkiewkę obsługiwał ksiądz parafialny ze Mszany.
Dla udogodnienia parafianom, dużego uczestnictwa w mszach, kalendarz, ustalony był na godzinę 11-stą do 13-ej.
Wierni z tych miejscowości, które wymieniłem przychodzili przeważnie pieszo, ze względu na złą drogę. Bywały też i wyjątki, że osoby kalekie, stare, schorowane, przywożono na furmankach. Natomiast z odległych wsi jak: Polany, Tylawa, Hyrowa, Mszana, Zawadka itd. przychodzili kawalerowie, na tak zwane pereziry. A pereziry to, upatrzenie sobie ładnej dziewczyny i dobrej kandydatki na żonę. Taka praktyka stosowana, we wioskach usadowionych między lasami, zdala od miejscowości gdzie młodzież miała warunki do zbiorowych spotkań, przynosiła korzyść dla obydwu stron. Każda dziewczyna miała większą szansę wyjść za mąż a kawaler miał możność dużego wyboru. Młode panny, dziewczęta, ładnie ubrane, wychodziły z cerkwi z uniesioną głową, rumianym policzkiem i długim warkoczem zakończonym wplecioną wstążką, przeważnie koloru czerwonego, różowego i niebieskiego. Ładny strój czasami miał przewagę nawet nad posagiem.
Jeszcze jeden obyczaj jaki warto podkreślić, mianowicie taki, że po skończonej mszy, nie wszyscy od razu się rozchodzili. Wiele ludzi, uczestniczących w nabożeństwie , korzystało z obecności znajomych, rodziny, kolegów, przy okazji załatwiali różne sprawy itd. Niektórym biesiadowanie przeciągało się do kilku godzin, a nawet zamieniało się w gościnę.
Warto dodać, że ta nowo wzniesiona cerkiewka prawosławna, po tak długiej próbie wyobcowania wiary, mocno zaktywizowała ludność Smerecznego, Wilśni i Olchowca do liczniejszego uczestniczenia w nabożeństwach. Do cerkwi zaczęli przychodzić i ci, którzy w poprzednich układach narzuconej wiary, takich praktyk nie czynili. Pasuje tutaj do przyrównania takie ludowe powiedzenie, mianowicie, że "przymuszana modlitwa do nieba nie idzie". Konsekwencją tamtej nie moralnej polityki, stało się to, że pomimo kilkusetletniego oderwania od wyznawanej wiary, Łemkowie bardzo szybko powrócili do korzeni wiary prawosławnej dziedziczonej po swoich przodkach.
Co warto zauważyć, że godności osobistej i woli człowieka w społeczeństwie, należy zawsze należycie uszanować. I zarazem zapamiętajmy, że "z niewolnika nigdy nie będzie dobrego robotnika", bo w każdym zdrowym ciele, głęboko zakodowany jest, osobisty honor i tożsamość narodowa.
Nawet sięgnijmy do biologicznego instynktu zwierzęcia, to i ono wychowywane w warunkach zniewolonych, po wypuszczeniu go, natychmiast ucieka do lasu. Moja osobista refleksja na powyższy temat jest taka mianowicie, że Bóg jest jeden dla nas wszystkich, a religia jest niczym innym, jak tylko wybraną przez nas drogą, do jego uwielbiania. I nie powinno się ingerować w praktyki człowieka wznoszącego ręce do Boga, ile razy on powinien się żegnać, jeden raz czy trzy. Nie potępiajmy go także za to, że pochyla głowę aż do samej ziemi oddając hołd naszemu stwórcy. Niech pozostanie to jego wyborem i nie przymuszoną wolą. Myślę także, że próby przygrażania palcem wiernemu za tak gorliwą modlitwę, były grubo przesadzone, żeby nie powiedzieć inaczej.
I po tych wywodach chce się postawić pytanie; To dlaczego swojemu bliźniemu czynimy to, co jest i nam niemiłe ?
Warto przypomnieć, że z łemkowskich wiosek na Dukielszczyźnie, pierwsza Tylawa podjęła bunt i próbę powrotu do wiary prawosławnej w 1926 roku.
Zaczęło się to od nieporozumień między parafianami, a księdzem grekokatolickim. Ksiądz zmienił słowa Liturgii. Słowa modlitwy w czasie Wielkiego Wejścia brzmią: "i wsich was, prawosławnych christijan, da pomjanet Hospod Boh wo Carstwiji Swojem", a zmienił je na: "i wsich was prawowirnych christijan".
Zmianą Liturgii parafianie czuli się obrażeni, zwracali uwagę parochowi , (księdzu) że nie godzi się zmieniać słów Świętej Ewangelii. Jednak tych uwag i niezadowolenia parafian, ksiądz nie brał pod uwagę. Czynił uporczywie po swojemu nadal, jakby manifestował swoją pogardę do prawosławnych.
Zwierzchnicy Kościoła grekokatolickiego, mimo że zapoznali się z sygnałami niezadowolenia, płynącymi od parafian, zajęli stanowisko urzędowo, co jeszcze bardzie pobudziło parafian Tylawy i Trzciany do powrotu wiary prawosławnej, wiary swoich przodków.
To też decyzją zebrania wiernych obu miejscowości, już od 1927 roku, sprowadzili do Tylawy księdza prawosławnego i zaraz przystąpili do budowy cerkwi. W ślad za nimi w błyskawicznym tempie poszły i inne wioski jak: Smereczne, Wilśnia, Mszana itd.
Zanim została pobudowana cerkiew w Wilśni i w Mszanie, wierni prawosławni, dreptali pieszo do Tylawy. Cerkiew w Tylawie nie była w stanie wszystkich pomieścić, co nie przeszkadzało to przybyszom, stali przed drzwiami i słuchali nabożeństwa, od początku aż do końca, przez 2 godziny.
Wilśnianie jako mała wioska, za pobudowanie cerkwi nie mniejszej niż w Tylawie, zasłużyli na wielkie uznanie wśród miejscowej społeczności. Podkreśliło to ich wielką odwagę i determinację w drodze powrotu do starych korzeni.
Przez kilka lat, mieszkańcy Wilsni i Smerecznego, tworzyli własne fundusze na wzbogacanie wewnętrznych wystrojów. Choć zbudowana była z ciosanych bali i desek, jej wygląd zasługiwał na wyróżnienie. Dbali o to mieszkańcy.
Dzisiaj po 67-miu latach odprawionej pierwszej Bożej Służby, niewiele po byłej cerkwi można znaleźć, za wyjątkiem kilku kamieni z nadziemnego fundamentu.
Całą winą trzeba obarczyć drugą wojnę światową, po której pozostało tylko parę chałup oraz jej powojenne konsekwencje, w wyniku, których nastąpiły przesiedlenia tubylczej ludności. W pierwszej fazie do byłego Związku Radzieckiego, a następnie w 1947 roku na zachodnie ziemie Polski.
Na czas obecny, po tej małej uroczej wsi, przywiązanej mocno do prawosławia, pozostał tylko cmentarz i kamienny krzyż. Żal rozdziera piersi, że taki piękny krajobraz, nieskażona perła, ze zdrowym powietrzem, czystymi mineralnymi źródłami przeobraża się w nieużyteczną dzicz. Przez wieki latem, kąpali się tam mieszkańcy w promieniach gorącego słońca, a zimą śnieżnym puchu. Dzisiaj powinno być wstydem dla XX i XXI wieku, że władza nie pozwala powrócić i mieszkać tym, którzy tam się urodzili i wychowywali. Wprost kapią łzy na widok ginącej natury. Może nawet ginącej już na zawsze ?

Ciąg dalszy już wkrótce
Tytuły następnych rozdziałów:
- Hitlerowska okupacja
- Pozostał w lesie
- Mikołaj i Hania
- Schyłek okupacji
- Ginąca natura
- Próba lądowania
- Bój o Wilśnię 1944 r.
- Nazwiska rodzin z Wilśni
- Zabrali mi mamę
- Ligasowie
- Zakończenie

beskid-niski.pl na Facebooku


 
414

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 8 i 9: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 13 osób
Logowanie