• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część VI-ta
 

GINĄCA NATURA (część VI-ta i ostatnia)

Leszek Hrabski (autor wspomnień)

Jesteśmy od kilkunastu lat, na progu ginącego świata, i boję się, że jeszcze trochę, a w naszej pamięci zamaże się i nam seniorom, istnienie wielu wsi i przeuroczych zakątków Łemkowszczyny. Następne pokolenia nie wybaczą nam, że nie przekazaliśmy im przynajmniej skromnych opisowych obrazów, naszej małej ojczyzny. Wieś Wilśnia, bo o niej chcę kilkanaście stronic napisać, już nie istnieje tak jak i wiele dziesiątków innych wsi łemkowskich Beskidu Niskiego.
Początek tej smutnej historii, powziął się od pamiętnej bitwy stoczonej pomiędzy dwoma wielkimi armiami świata w 1944 roku to jest, wyzwoleńczą Armią Radziecką i pokonaną Armią Hitlerowską. Następną zasadniczą przyczyną zamierania wielu wsi, stał się proces wysiedlania ludności do byłego Związku Radzieckiego i na Zachodnie Ziemie Polski. Szczegóły opiszę w zasadniczym temacie. Byłem tego naocznym świadkiem. Wtedy miałem 12 lat i byłem mieszkańcem Smerecznego


Zabrali mi Mamę

Specjalny rozdział wspomnień, poświęcam dla Marysi i jej mamy Warwary Chabik z Wiśni. Przeżycia ich są bogate, pełne dramatów i smutku. Zapamiętałem je obydwie od 1939 r. jako jasnowłose blondynki, z długimi, grubymi warkoczami. Obydwie zgrabne, urodziwe i z natury wesołe, sympatyczne a nade wszystko towarzyskie.
Marysia w młodych latach, była moją koleżanką. Razem w tych trudnych obarczonych okupacją latach, chodziliśmy do szkoły w Smerecznym. Najpierw przez 8-em miesięcy do prywatnego domu, w którym uczył nas mężczyzna po ukończonym gimnazjum. W drugim etapie w roku 1943/44 przez jedenaście miesięcy do szkoły z nauczycielem już wykwalifikowanym. Marysia w czasie okupacji, mieszkała 4-ry lata w Smerecznym u znajomych. Spotykaliśmy się tylko w szkole.
Poza zajęciami szkolnymi, każde z nas miało obowiązki na gospodarstwie. Trzeba było pomagać rodzicom.
Obydwie, Warwara i Marysia urodziły się w Wilśni. Marysia była jedynaczką, perłą w oku mamy. Kochały się z mamą bardzo. Związane tak wielką miłością, jakby miały jedno serce i jedną duszę. Jej mama Warwara, była w kolejności drugim dzieckiem, a wszystkich dzieci w domu było sześcioro.
Według starych tradycji, pracowaliśmy w gospodarstwie rodziców wszyscy do jednego garnka mówiła Warwara. Jak to dawniej przed wojną mawiano, w domu się nie przelewało, na ubranie, buty, trzeba było sobie zarobić samodzielnie.
Warwara często chodziła na służbę do miasta. Obdarzona ładną urodą, umiejętnością kulinarną i jako szczupła niebieskooka kobietka, miała miastową prezencję. Mając takie atuty, potrafiła zahaczyć się na służbę u lekarza, bądź u ważnego dobrze sytuowanego urzędnika.
Do domu przyjeżdżała jeden raz na miesiąc w niedzielę. W tym dniu, czekałam na nią tak mocno, że nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Czasami na spotkanie z nią, wychodziłam aż pod Smereczne. Wtedy wpadałyśmy sobie w objęcia, długo obejmowałyśmy się i całowały. Tych spotkań i matczynych uścisków, nigdy nie zapomnę, mówiła Marysia.
Za każdym razem, przywoziła mi z miasta słodkie bułeczki, cukierki, a najczęściej landrynki, które uwielbiałam. Inne dziewczynki bardzo mi zazdrościły, dzieliłam się z nimi, ale zawsze do torebki zaglądałam ile mi jeszcze zostaje.
Przed wojną przed 1939 rokiem, jako małą dziewczynkę, dziadek zabierał mnie na pastwisko, daleko za wieś, on pasł inwentarz. Opowiadał mi dawne dzieje ze swojego dzieciństwa. Były w tym opowiadania i o zbójnikach z czasów jego pradziadka, którzy jednym zabierali a drugim rozdawali. Przedstawiał ich tak korzystnie, że zapytałam dziadka, dlaczego nazywano ich zbójnikami, skoro swój zdobyty łup rozdawali. Opierając się o filmowy serial polski, łączyła ich wspólna idea z "Janosikiem".
Uczył mnie śpiewać piosenek; weselnych, religijnych, towarzyskich. Jednym słowem poznałam przy nim wiele pięknych obyczajów i kultury łemkowskiej. Był on bardzo dobrym i wrażliwym człowiekiem. Kiedy wracaliśmy wieczorem do domu, wsadzał mnie na konia i prowadził go za uzdę, żeby koń ze mną nie uciekł, żebym bezpiecznie dojechała do domu.
Kiedy miałam 10 lat, mama zabierała mnie na wieczorki do sąsiadów, tam dziewczyny przędły len albo wełnę. A tak po prawdzie, były to towarzyskie spotkania młodych dziewcząt i chłopców. Cały wieczór śpiewali, tańczyli, grali w karty, a nawet romansowali. Czasami zapraszali starsze osoby zwanych gawędziarzami, aby ubawili towarzystwo bajkami i opowiadaniami ze starych czasów. Przypominam sobie czasami tamte piękne chwile i bardzo za nimi tęsknę.
Były to urocze czasy, miłości, skromności, dobroci i wzajemnego wspomagania się. Nikt nie miał prawa poza domem zmarznąć, nikt nie miał prawa być głodnym. Taka była dewi-za życia naszych przodków.
Młode dziewczyny prosiły moją mamę, aby uczyła ich przy tej okazji gotowania i pieczenia. Moja mama mówiła Marysia, nauczyła się u państwa na służbie dobrej, sztuki kulinarnej. Z tej przyczyny , często zapraszano ją na weselną kucharkę. Ze łzami w oczach, ten fragment opowiadania zamknęła Marysia słowami: "To wszystko, co było najpiękniejsze w kulturze, w obyczajach i krajobrazie Łemków, zostało zniszczone wojną, okupacją hitleroską i dobite ofensywą Karpacko–Dukielską w 1944 roku".
Zadaję sobie też często pytanie, dlaczego do tego okrutnego zniszczenia doszło. Powiedzmy spowodowanego losem historii. Ale dlaczego dołożyło się jeszcze do tego i własne państwo, wysiedlając nas już pokrzywdzonych na obczyznę?
Do najsmutniejszych dni w swoim życiu zalicza Marysia czasy, kiedy dwa razy zabrano jej mamę. Pozostała więc sama, w wielkiej rozpaczy, bez materialnego zabezpieczenia.
Pierwszy raz, na początku 1940 roku, otrzymała papier, że ma się stawić na określony czas do Dukli z zapasowym ubraniem, bielizną, obuwiem, ponieważ zostanie skierowana na przymusowe roboty. Była to pierwsza dekada maja, dla mnie bardzo pamiętnego roku. Akurat rozwinęła się w pełni zieleń, zakwitły tysiącami kolorów łąki, drzewa owocowe, a słońce tak cudownie już przygrzewało jak w środku lata. W tym pejzażu wiosennych kwiatów, będąc już dziesięcioletnią dziewczynką, odprowadzałam mamę do granicy wsi między Wilśnią a Smerecznym. Wybrała się i tym razem pieszo przez góry z plecakiem na ramieniu. Idąc obok siebie z opuszczonym wzrokiem, trzymałyśmy się mocno za ręce i szlochałyśmy niesamowicie. Tylko mama co jakiś czas, zatrzymywała się, podnosiła głowę i spoglądała przez łzy na pozostający za nią uroczy krajobraz Wilśni. Napewno w jej głowie przelewało się dziesiątki myśli, że tu się urodziła, tu spędzała romantyczną miłość, tu snuła marzenia życiowe, że tutaj pragnęła sama wychować córkę. I na raz, trzeba było to wszystko przekreślić, porzucić nieznanemu losowi i wyjechać. Żal zaciskał gardło, a rozpaczliwie wylewane łzy, kulały się aż do uszu.
W tą dramatyczną chwilę i mama i ja, zdawałyśmy sobie sprawę, że może ostatni raz jesteśmy ze sobą razem. Szłam i drżałam, a serce momentami przestawało mi bić na myśl, że za chwilę musimy się rozstać. W głowie miałam tak okropny zamęt, że wolałam tej chwili nie dożyć. Większa część pokonanej drogi, było między nami milczeniem. Nie byłyśmy w stanie zamienić ze sobą ani jednego słowa. I choć nad naszymi głowami skowronki i inne ptaki tak pięknie ćwierkały jak dzwoneczki, to jednak nie mogły pow-strzymać naszych łez i rozwiać strapionych myśli. Takiej koszmarnej chwili, nie życzy się nawet najgorszemu.
Dochodząc do wyznaczonego miejsca, obejrzała się mama ostatni raz, a po jej twarzy przesunął się blady, zimny dreszcz. Widziałam, że nią zatrzęsło, oparła się o czereśnię, która okryła się biało-różowymi płatkami, zasłoniła chusteczką twarz i wylała morze łez. Potem mocno przytuliła mnie do swoich piersi i rzekła, "wracaj dziecko i niech Pan Bóg ciebie ma w swojej opiece".
W tym miejscu pierwszy raz, na dłuższy okres, rozeszły się nasze drogi. Idąc w przeciwnych kierunkach, machałyśmy sobie chustami dłuższą chwilę. I pomimo, że odległość pomiędzy nami powiększała się, to myśli nasze nadal pozostawały wspólne; Czy kiedykolwiek jeszcze się zobaczymy?
Powróciłam do dziadka i głośno szlochałam aż do nocy. Przytulał, głaskał i uspokajał mnie staruszek, starał się mnie pocieszać, że matka za niedługo powróci i znowuż będziecie razem, nie płacz kochana dziecino. Z echem w uszach powtarzających się dziadka słów, spałam z przerwami do rana. Przez kilkanaście dni, wyszukiwałam sobie zajęcie sama, byleby porzucić tamte koszmarne myśli.
Po trzech tygodniach otrzymałam od mamy, pierwszy list. To co on w sobie zawierał, nie było ani smutne ani wesołe. Był mniej więcej takiej treści; "Na zbiorczym punkcie w Dukli, było już około trzydzieści młodych osób. Załadowano nas na ciężarowy samochód i powieziono w kierunku Jasła. Tam dołączył jeszcze jeden samochód, pełen młodych ludzi i jechaliśmy do Bochni. Tutaj dostaliśmy po misce zupy i pojechaliśmy aż pod Kraków. Był tam mały obóz pilnowany przez policję i w baraku na deskach przespaliśmy do rana całą grupą. Przed południem, poddano nas badaniom lekarskim a potem wypytano nas kto co umie, gdzie pracował i podzielono nas na grupy. Mnie i jeszcze cztery dziewczyny zabrał samochód i przywieziono nas z powrotem do Jasła. Jestem obecnie na pogranicznej placówce pomocnicą kucharza, ale miejscowości podać mi w liście, nie wolno. Postaram się w przyszłości dać znać, jaka to miejscowość".
Na jakiś czas, spadł nam kamień z serca. Czekaliśmy na tą drugą właściwą wiadomość mówiła Marysia. U dziadka po wyjeździe mamy, miałam już inne obowiązki. Pomagałam babci i cioci w domu, pilnowałam gęsi, które popasały i kąpały się w potoku. Często z ciocią i kuzynami zbierałyśmy w lesie poziomki i nosiłyśmy na sprzedanie do Dukli. Nie był to wielki pieniądz, ale na wstążeczki do włosów i białe skarpetki starczało. Po kilkunastu tygodniach sąsiad, który woził drzewo do Krosna, przyszedł do nas z bardzo ciekawą i przyjemną nowiną. Uśmiechnął się do mnie i powiedział, twoja mama jest w Smerecznym na placówce u Niemców. Kiedy wracałem furmanką z Krosna, podeszła do płotu i prosiła mnie żebym tą wiadomość przekazał. Jednocześnie prosiła ciebie Marysiu, żebyś od strony Bilicy o godzinie 16-tej czekała przy płocie, ona do ciebie wyjdzie.
Na drugi dzień we skazanym miejscu spotkałyśmy się. Tym razem polały się łzy radości, łzy szczęścia, jeszcze większe niż przy rozstaniu. W niedługim czasie mama została kucharką. Niemcy oswoili się z cywilnymi ludźmi, nie szpiegowali nas wszystkich. Nareszcie wrośli w klimat wsi. Zrozumieli naszą biedę, że większego ciężaru niż go mamy nie powinni na nas nakładać. Przystopowali ze swoimi oskarżeniami przeciw nam. Był to już rok 1941.
Zajęli nam malutką szkołę na lokum dla siebie. Ale od połowy 1940 roku przygotowywali się do budowy kasarni. Z braku miejsca w placówce, Warwara mogła zamieszkać w prywatnym domu. I tak się stało, że zamieszkała blisko placówki razem z córką Marysią. Była to dla nich nowa jakość życia, które przed rokiem uważały za zniszczone na zawsze. Z tego, że ponownie mogą być razem, cieszyły się bardzo.
Kasarnia dla niemieckiej straży granicznej, w pierwszej połowie 1943 roku, została oddana do użytku. Natychmiast do niej się przeprowadzili, pozostawiając nam szkołę po czterech latach jej użytkowania. W związku z tym, odzyskaliśmy możność kontynuowania nauki. Tą możliwością uradowani zostali wszyscy a najbardziej, nasi rodzice. Rok szkolny 1943 / 44 rozpoczął się o jeden miesiąc wcześniej. Trzecią klasę szkoły powszechnej, rozpoczęliśmy Marysia i ja. Nauka trwała do końca czerwca 1944 r. Dalej potoczyły się straszliwe działania wojenne, pokazałem je powyżej. Marysia, była już dziewczyną dorosłą, poza wiekiem szkolnym, wyrażając się bardziej dowcipnie, podlotkiem. Podobała się już 16-sto i 17-sto letnim chłopakom. Odbierała ich młodzieńcze zaloty z dużą sympatią. Odczuwała z tego powodu nie tylko dużą satysfakcję, ale cieszyła się, że ma powodzenie. Jak sobie troszkę przypominam, Marysi podobał się Michał, z tego domu, w którym mieszkała razem z mamą.
Był on przystojnym brunetem o bujnej czuprynie Miał wtedy ukończone 16 lat. Ale bardzo skrytym w swoich zamiarach, a może więcej wstydliwym. Wart był miłosnych uczuć, bo był bardzo grzecznym i spokojnym młodzieńcem, dlatego ten miłosny skutek, pozostawał tylko obustronnym, wzajemnym marzeniem.
Gdyby nie tragiczne skutki wojny, które rozsiały nas po świecie, to kto wie....? Może byliby razem ?
Po dziesięciu latach i później, często marzeniami wracał do tamtych miłych chwil, Michał często wspominał Marysię, mówiąc, że miałem ładną dziewczynę pod swoim dachem, była dobrą kandydatką na żonę. Ale.., ale to wojna nas rozdzieliła, a może nie była dla mnie pisana? Zastanawiał się. Michał jeszcze do dziś jest kawalerem.
Warwara i Maryia w piękną, ciepłą czerwcową noc 1944 roku, przeżyły kolejny niesamowity koszmar. Koszmar ważący losy ich życia, albo śmierci.
Otóż w środku nocy w kasarni, która ulokowana była na końcu wsi w Smerecznym, rozgorzała wielka bitwa. I gdyby nie fakt, że były tam również dwie cywilne kobiety, można by to przenieść na ryzyko wojny. Ale strategią bitwy partyzantów było przede wszystkim podpalenie tej placówki. Niewielki oddział partyzantów AK z okolic Dukli, postanowił zniszczyć ten obiekt razem z żywą wojskową załogą. Zbieg okoliczności cywilnych kobiet, których los w tym momencie tam zastał, był przypadkowy i niecodzienny. Akurat w ten dzień, wyznaczone miały pranie, bielizny, pościeli, garderoby toaletowej dla wojskowych. Pracę tą wykonywały w piwnicy w specjalnych pomieszczeniach, w obiekcie zamkniętym. Do całkowitego zakończenia pracy, pozostało nam nie więcej mówi Warwara, niż 20-cia minut. Byłyśmy w trakcie końcowego wieszania bielizny. Nagle pod małym zakratowanym okienkiem mocno zaświeciło, a potem nastąpił wybuch. Odruchowo podbiegłyśmy popatrzeć co się dzieje, a za nim drugi, trzeci, czwarty i posypała się lawina. Zaraz zagrały karabiny maszynowe z obydwu stron. Pokładłyśmy się na posadzkę i zaczęłyśmy się modlić, bo tylko tyle nam pozostało. Kule karabinów i odłamki granatów wlatywały nad naszymi głowami do piwnicy i odbijały się od betonowej ściany. Uświadomiłyśmy sobie, że to napad partyzantów, który może zakończyć się podpaleniem kasarni. Nasza droga ucieczki jest zamknięta, chyba tutaj spłoniemy żywcem myślała. Krzyczałyśmy obydwie wniebogłosy. Huk pękających granatów i karabinów maszynowych był tak intensywny, że jedna drugiej nie słyszała. Tą tragedię i lęk przeżywała także cała wieś. Zapalające pociski odbijały się o betonowe ściany bunkrów i leciały w stronę wiejskich budynków. A przesuszone słomiane dachy, mogły się w każdej chwili zapalić. Gaszenie ich podczas bitwy było nie możliwe. A zatem, zagrożeni byliśmy wszyscy. Po godzinnej bitwie, partyzanci na 10 minut przerwali ogień, Akurat zaczęło się działanie na odwrót, w tym czasie strasznie pruli z bunkrów 4-ry niemieckie karabiny maszynowe, mówiła później Warwara.
Prawdopodobnie partyzanci w tym czasie przerzucali się na inne punkty. Ten moment wytworzył obawę Niemcom, że biorą ich w okrążenie. W tej kilkuminutowej przerwie, wpadł po nas dowódca placówki i pognał nas przed sobą do bunkra. Zamiarował posłużyć się nami jako żywą tarczą ochronną. Mówiła dalej Warwara. W garści trzymał pistolet, biegnąc zahaczył nogą o próg, upadając, pistolet wystrzelił i lekko ranił mnie w nogę. Taki heroiczny bój po obydwóch stronach, trwał przez cztery godziny, po czym partyzanci z jednym rannym wycofali się w stronę lasu.
Z tego co ja osobiście zapamiętałem, tej kasarni trudno było zdobyć w otwartym natarciu z kilku przyczyn. Dookoła niej było równe czyste pole, bez żadnych osłon. Kasarnia wyposażona była w dwa bunkry żelbetonowe na przeciwnych rogach i każdy z nich wmontowane miał na stałe po dwa maszynowe karabiny, z których można było prowadzić ogień dookoła budynku. Posiadali także automatyczne wyrzutnie rakiet oświetlających przedpole kasarni. Podejście do niej nie było możliwe.
Za niecały miesiąc, ich jednostka opuściła kasarnię i zabrali ze sobą ze wsi kilka furmanek, którymi pojechali aż do Niemiec. Ale zanim do tego doszło, Warwara podsłuchała ich rozmowę, przekazała to swojej koleżance i obydwie postanowiły popełnić dezercję. Uciekły obie do Wilśni i na wszelki wypadek ukryły się w miejsce znane tylko jej rodzinie. Niemcy znając gniazda partyzańskie, nie odważyli się je poszukiwać. A co podsłuchała, opowiedziała po ich wyjeździe. A podsłuchała to, "że za pół roku Rosjanie i Amerykanie mogą być już w Berlinie. Wojnę rozmawiali dalej, mamy już przegraną, to tylko głupcy myślą jeszcze inaczej. Że jeśli chcemy tą wojnę przeżyć, to trzeba stąd uciekać czym prędzej, bo nas partyzanci wybiją jak kaczki".
Planowali, że zabiorą ze wsi najlepsze konie i odjadą do domu i tak za trzy tygodnie uczynili. I w taki sposób, Warwara sama wyzwoliła się z niemieckiej pięcioletniej niewoli. Nie był to koniec kłopotów tych dwóch miłych Pań, Warwary Chabik i jej córki Marysi. Niecałe trzy miesiące, mówi Marysia, pomagałyśmy dziadkowi na gospodarstwie. Zbliżał się od wschodu front radziecki i razem z dziadkiem przygotowywaliśmy schron w potoku. Dziadek sobie zastrzegł, że od domu nie odejdzie, nie pozwoli mu się spalić.
Słoneczna i wciąż jeszcze ciepła pogoda, zachęcała nas do każdej roboty, mówiła Marysia. W lesie na otwartej polanie Byrdzjawy, jeszcze dojrzewały poziomki i czarne jeżyny. Zaplanowałyśmy sobie, że na drugi dzień wybierzemy się ze sąsiadkami Legasów uzbierać. Mama robiła wspaniałe konfitury. I choć cukru nie było, zastępowała go miodem, którego było pod dostatkiem. Zaraz po północy, nasze plany się zawaliły. Po dwóch godzinach naszego snu, pojawili się na podwórku Rosjanie. Było ich dużo przy każdej chałupie. Prosili o mleko, czaj, chleb. Niczym nie gardzili. Dowiedzieliśmy się od nich, że przerwali front i bić będą Germańca od tyłu. Jak na żołnierzy, byli lekko i licho ubrani. Daliśmy im jedzenia do woli. Ułożyli się do snu, na klepisku, w sieni, na sianie, w każdym wolnym miejscu. Niemcy byli W Smerecznym, tam każdego dnia brali ze wsi naszych ludzi do kopania okopów.
Przez cały dzień był spokój, oni nikomu nie przeszkadzali. W następnym dniu od samego rana, posypało się na naszą wieś tysiące pocisków ze wszystkich stron. Za parę minut, rozgorzała we wsi, niesamowita bitwa i panika. Na polu padał inwentarz, paliły się domy, wokół zabitych było dużo żołnierzy. Płacz ludzi, ryczenie okaleczonego bydła, mieszało się z hukiem pękających pocisków. To była gehenna, wydawało się, że do wieczora nikt z nas nie przeżyje. Około godziny 14-tej, może 15-tej, nastąpiła przerwa naporu artylerii niemieckiej i wtedy mama mnie zabrała ze sąsiadami uciekliśmy wszyscy do lasu. Tam był spokój, ale we wsi kotłowało się nadal. Nadziei na przerwanie ognia nie było. Rozgorzał bitwa z broni ręcznej. W tej sytuacji starsi postanowili, że uciekamy przez granicę na Słowację.
Było już późno, słońce zahaczało o wierzchołki drzew. Przed nami stary bukowy ciemny las. Grube konary drzew pokładały się aż na ziemię, trzeba było je obchodzić. Dzieci nie podążały za nami, trzeba było zwalniać kroku. Artyleria jeszcze biła ze Słowacji na Wilśnię, pociski na niewielkiej wysokości gwizdały, wciąż nad naszymi głowami. Dopiero późnym wieczorem schodziliśmy z góry po słowackiej stronie. Wieczór był ciemny, aby trafić do wsi, kierowaliśmy się w stronę szczekających psów. Niemców po drodze nie spotkaliśmy. Warwara szła przodem, prowadziła całą grupę do swojej koleżanki, która przed kilkunastoma laty wyszła tutaj za Słowaka za mąż.
Dotarliśmy na podwórko, ostatnimi siłami niosąc na plecach dzieci. Nie pukając do drzwi, usiedliśmy na podwórku gdzie kto mógł.
Po kilkunastu minutach mówi Marysia, mama zapukała do okna i wyszli do nas gospodarze. Poprosiliśmy tylko o picie, a potem zaprowadzono nas na klepisko na słomę spać. Było nas wszystkich około 20-cia osób. Pokładliśmy się w ubraniu, noc była ciepła, wypoczęliśmy znakomicie. Rano nakarmili nas chlebem, serem, masłem i mlekiem. Zaraz po południu, powędrowaliśmy o trzy wioski dalej też do naszej dziewczyny. Tam nastąpił podział na cztery rodziny i pozostaliśmy na dwa tygodnie. Kiedy front przekraczał słowacką granicę, ponownie przenieśliśmy się o 20 kilometrów dalej na południe. Tam pozostaliśmy aż do wyzwolenia Słowacji, do drugiej połowy lutego 1945 roku. Byliśmy na utrzymaniu naszych braci Słowaków, ponad 4 miesiące. Takich uciekinierów przed frontem jak my, kontynuuje dalej Marysia było na Słowacji bardzo dużo. Nie przesadzę jeśli powiem, że co dziesiąta osoba, pochodziła z naszej strony Karpat. Byli nam wyrozumiali do podziwu, szanowali nas, udzielili nam ciepłego schronienia i wyżywienia. Dzięki nim, przeżyliśmy najcięższe czasy w okresie wojny, za to jestem im bardzo, a bardzo wdzięczna. Na nasze nieszczęście, akurat w tym czasie, kiedy front przesuwał się na zachód, posypało grubo śniegiem. Zatrzymało to naszą drogę powrotu, bo wracać trzeba było tylko pieszo, innej możliwości przed nami nie było. Do Wilśni dotarliśmy, na sam koniec lutego 1945 roku.
W tym czasie w sam raz, dużo ludzi wyjeżdżało do Rosji, jednak my obie z mamą, zatrzymałyśmy się na kilka dni w Olchowcu u rodziny. Nie było co jeść, państwo nam pozostającym bez środków do życia, pomocy nie udzieliło.
Postanowiliśmy z dużą grupą Wilśnian pojechać na jakiś czas, do Rosji aby przeżyć okres głodu. Radziecka władza, bez jakichkolwiek konsultacji z nami, wywiozła nas aż w rejony Dniepropietrowska. Nie wyobrażaliśmy sobie, że tak daleko nas powiozą. Oczywiście, wieziono nas w pociągach towarowych. Jadąc podziwialiśmy ogromne przestrzenie, nie zagospodarowane tereny. Wyraźne zniszczenia wojenne. Nie byliśmy też przyzwyczajeni, do aż takich wielkich odległości pomiędzy poszczególnymi miejscowościami, które wynosiły do 40 km. Ani okiem zobaczyć lasu, z jodłami, z bukiem czy brzozą. Za wyjątkiem niskich liściastych chaszczy , ciągnących się wzdłuż kolejowych torów. Gliniany domek mówi Marysia, przydzielono nam w bardzo wielkim kołchozie. Wieś kołchozowa liczyła około dwa tysiące numerów. Popłakałyśmy się kiedy oznajmiono nam, że palenie w piecu i gotowanie będzie przy stepowej słomie. Nie wyobrażaliśmy sobie tutaj życia. Zrobię małe odniesienie do zwierzęcia. My nie jeden raz, próbowaliśmy wychować małego lisa w zamkniętej klatce. To małe leśne zwierze, nie jadło nie piło, ale tak długo miotało się po klatce, aż go ktoś wypuścił. Podobnie było tam z nami. To po pierwsze, a po drugie, my w kołchozie nie umieliśmy pracować. (a powiedziawszy to dokładnie ale w sekrecie kombinować.)
Mama poszła do pracy do kołchozu, ja byłam jeszcze za mała. Wynagrodzenie jakieś miało być, ale dopiero za pół roku. Poprosiliśmy o kawałek ziemi na ogródek i próbowaliśmy na tym uprawiać rośliny do jedzenia. To było moje zadanie, bo mama wychodziła do pracy wcześnie rano i wracała na wieczór bardzo zmęczona.
Po pięciomiesięcznej pracy, nie czekałyśmy na zapłatę, ale sprzedałyśmy drobne rzeczy osobiste i w porze nocnej wyruszyłyśmy w kierunku stacji kolejowej. Przez tydzień czasu, na otwartych wagonach towarowych, dojechałyśmy w okolice Tarnopola. Po kilku dniach, dokonałyśmy jeszcze jednego skoku i znalazłyśmy się w Przemyślu. Do Wilśni wracałyśmy, troszkę pociągiem, pieszo i okazjami. Tak często z wielkim żalem wspominała moja mama, że nawet i po tej stronie nie wszyscy byli nam życzliwi dowiadując się, że stamtąd wracamy. Próbowali nas nawet zawrócić z powrotem na wschód. Tego nie rozumiałyśmy, to przecież tutaj urodziłyśmy się. Na swojej ziemi w Wilśni, na placu po spalonym domu, uklękłyśmy i modliłyśmy się, przyrzekając sobie i tej ziemi, że nigdy już ją nie zostawimy. Był to koniec września 1945 roku, Wilśnia była pusta. Bałyśmy się same tutaj w zimie zamieszkać. Przyjęli nas do Tylawy nasi znajomi.
Nie długo byłyśmy tam szczęśliwe kontynuuje Marysia. Po około sześciu tygodniach wieczorem, przyszła milicja i kazała nam się spakować, że rano zostaniemy wywiezione tam skąd wróciłyśmy.
Rozważaliśmy tą sytuację ze znajomymi, czy wracać ? Jednak mama postanowiła, że przejdziemy na Słowację, aby te zwariowane czasy przeczekać. Ruszyłyśmy trzy kobiety w ciemną listopadową noc przez Smereczne i dalej przez las do wsi Szarbów. Rano słońce było już wysoko, jak dotarłyśmy do znajomych. Tam pozostałyśmy aż do wiosny. Kojarzę sobie mówi Marysia, że nasza obecność na Słowacji nikomu nie przeszkadzała. Mieszkałyśmy tam bez zameldowamia. We wsi było wojsko pograniczne i nikt nas stamtąd nie wyganiał. Żołnierze wieczorem przychodzili do gospodarza grać w karty, nikt nie ingerował w życie osobiste ludzi. Były to trudne czasy powojenne, gdzie brakowało nie tylko dachu nad głową, ale także jedzenia i odzieży. Oni to dobrze rozumieli. Na wiosnę 1946 roku, ponownie zamieszkałyśmy w Tylawie. Znajomi wynajęli nam stary dom i kawałek ziemi. Z tego kawałka gruntu miałyśmy utrzymanie aż do kwietnia 1947r.
W miesiącu kwietniu 1947 roku, zaczęło się dla nas nowe piekło. Niespodziewanie pewnej nocy, przyjechała z żołnierzami Służba Bzpieczeństwa. Zabrali mamę i wywieźli ją w nieznanym kierunku. Zabrali także moją kuzynkę Teresę, która z nami mieszkała a była ode mnie starsza o trzy lata. Była młodą panienką. Rozpaczałam, odchodziłam od zmysłów. Już drugi raz mi ją zabrali. Nieletnia, bez środków do życia pozostałam sama.
Żołnierze wychodząc z mamą, zabronili mi o tym zdarzeniu mówić sąsiadom, zabronili mi także wychodzić do sąsiadów. Nachodzono mnie w domu, sprawdzano, oraz stosowano wobec mnie przemoc fizyczną. Byłam przestraszona i ciągle patrzyłam w okno. Dręczyła mnie myśl, że i mnie zabiorą. Ale za co? Mamę też zabrano za nic. Chyba tylko za to, żeby zastraszyć innych. My we wsi byłyśmy najsłabsze, bezbronne, bezradne, chyba tylko to zadecydowało o naszej winie. Żadnej polityki nie uprawiałyśmy.
Mnie i kilkanaście rodzin z Tylawy, miesiąc po zabraniu mamy, a było to pod koniec maja 1947 roku, wywieziono na ziemie zachodnie w okolice Legnicy. Tam podjęłam pracę i w jednej fabryce przepracowałam 37 lat.
Mama po półtora roku zjawiła się u mnie, ale zanim co... ? To najpierw mnie poszukiwała. Miała wtedy 43 lata, a wyglądała tak strasznie jakby miała 80-siąt lat. To co zebrała na własną skórę, to co przeżyła wystarczyłoby na grubą książkę. Spotkała tam twojego dziadka który wrócił z Wrocławia do domu na tydzień, aby skosić i sprzedać żyto. Ktoś go podkablował z miejscowych i zabrało go UB. Za to, że kosił swoje zboże, też zawieziony został do obozu w Jaworznie, Jako więzień polityczny. No tak, skojarzenie niezłe, kosa, żyto, pole, 65 letni starzec, a polityka. Ten zestaw akurat tak do siebie pasuje, jak garbaty do ściany.
Dopiero po powrocie mamy, dowiedziałam się gdzie była. Bo nikt mi z władzy nie chciał powiedzieć gdzie się znajduje. W mojej pamięci została już pogrzebana. A więc wywieziono ją jako politycznego przeciwnika socjalizmu do obozu w Jaworznie. Przeszłam tam najgorsze tortury mówiła mama, jako polityczny wróg PRL. Zarzucano mi, że spotykałam się ze zbrojnym podziemiem wszelakiej powojennej maści, którzy walczyli z budowniczymi nowego ustroju socjalistycznego. Na tym opierali swoje oskarżenie. Tylko dowodów mi nie przedstawiono. Bo takich nie było i być nie mogło. Jednym słowem wmawiano mi straszne głupstwa i niedorzeczne głupstwa. Pytano mnie wielokrotnie, czy znałam osobiście dowódcę partyzantki AK, który kierował bitwą o kasarnię w Smerecznym. No więc pytanie dobre, sama prosiłam się o to, żeby mnie i koleżankę spalili w kasarni żywcem. Pozwolę sobie zakpić z byłych pseudo "Kodzaków" "Kodak" a więc, moja mama taki miała kontakt ze zbrojnym podziemiem, jak nie obrażając, Lenin z BinLadenem, zakończyła Marysia Chabik swoje wspomnienia.
Tak, te niedorzeczności oskarżycielskie ze strony ówczesnych władz miały miejsce, pamiętamy takie czasy jak wszyscy obśmiewali władzę za nielogiczność i niekompetencję służb śledczych, cytuję tamte dowcipy : "Dajcie nam człowieka a my paragraf na niego znajdziemy".

Lidasowie Mikołaj i Teresa

Mój pierwszy kontakt z rodziną Lidasów po 60-ciu latach niemiecko-radzieckiej wojny, to zwyczajny list, napisany za pośrednictwem Marysi Chabik. (obecnie Kleczkowska).
Ja nazywam się Hrabski Aleksander - Leszek, pochodzę ze Smerecznego. Z dużą przyjemnością przyjąłem wiadomość, że taka rodzina jest w okolicach Zielonej Góry. Uradowały mnie ich pozdrowienia przekazane przez Marysię, dla mnie i dla mojej rodziny. Przyznaję, że to duży powód do radości, iż osoby, które w życiu jeszcze nie widziałem, kierują do mnie tak przyjemne i życzliwe słowa. Ja serdecznie za nie dziękuję i z całego serca odwzajemniam się.
Miło mi przypomnieć Teresce i Mikołajowi, że ja jako już 12 letni chłopak, znałem w Wilśni wszystkie nazwiska i mężczyzn pod tymi nazwiskami, a przede wszystkim mężczyzn.
To przecież wszyscy mężczyźni - gospodarze, Wilśni przejeżdżali pod oknami naszego domu, do Dukli, Krosna dziesiątki razy w każdym roku i zatrzymywali się czasami z wiadomościami, koło moich rodziców. Wszyscy rozmawiali sobie na "ty" i ja też, szanując tradycję naszych ojców, proszę Was zwracajmy się do siebie z pominięciem słowa "pan". Po prostu tak pięknie jak kiedyś.
Z satysfakcją odniosę się do Waszego życzenia i spróbuję coś na temat Wilśni napisać, aby pozostał na papierze historyczny ślad, o istnieniu wsi i jej uroczym krajobrazie. Przypomniał mi też Mikołaj o ważnym wydarzeniu, o którym ja zapomniałem a mianowicie, byłem jako młodocian na przymusowych robotach z bratem pana Leszka. O tym będzie dalej.
Mocno moje uczucia pobudziły słowa Mikołaja, w których pragnął opisać mi; góry, wzniesienia, rzeczkę Wilśniankę i wpadające do niej strumyki. Najbardziej wychwalił górę Byrdzjawę. Za jej urodę, za bogactwo natury, za jej walory żyzności. I tak; od strony wsi na podnóżu, łany uprawnych pól, wyposażone w żyzną glinę, na której rodził się jęczmień, orkisz, len, tatarka. Dalej piękny bukowo-leszczynowy las, a na samym czubku gdzie przebiegała granica ze Smerecznym, piękny łan pastwisk porośnięty jałowcem. W środku lasu na małych polankach, pisze Mikołaj, dorodne poziomki, maliny, prawdziwki i nie przebrana ilość kurek. Byrdzjawa to prawdziwy cud natury. Rano kiedy się budziłem ją pierwszą w oknie widziałem. Ja tak myślę, że ona chyba śniła mu się co noc. A obecnie jest jego nieustannym marzeniem i tęsknotą.
Wymieniali mi Tereska z Mikołajem, Łaziska, Kyjarz i inne góry, na przykład: Czertiż, Skała Legasowa, Wierch, Pasika, Kaminnik, Kury Wierch, Dyrwyska 675 metrów n.p.m, a za mnm Studenyj Werch 706 metr. n.p.m. I tu się zatrzymali. No właśnie, to z tego kierunku wypływa rzeczka Wilśnianka. Swój początek bierze aż ze słowackich lasów. Płynąc w stronę Wilśni, po drodze zabiera wspaniałe mineralne wody z kilkunastu strumyków wybijających bezpośrednio ze skał. Przy opuszczaniu lasu, woda nadal była zimna i czysta jak kryształ. To ona trzymała ludzi przy zdrowiu. A kiedy jej zabrakło wzdycha Mikołaj, zaraz zabrakło nam zdrowia. Nie jest ona taka mała, dodaje Tereska, swoje groźne oblicze pokazywała co roku przy roztopach śniegu i burzliwych opadach deszczu. Porywała ze sobą nawet owce, bydło i gęsi z podwórka. To ta nasza rzeczka przepływająca przez Olchowiec, porwała w 2003 roku w Polanach samochód z rodziną, a także i w mieście Jasło, narobiła wiele szkód. W swoim zachowaniu bywała często bardzo groźna, niebezpieczna, a wręcz szalona. I mimo jej złośliwych i pazernych zakusów, jednak wspominają ją mile i z utęsknieniem.
Nie mało też trudu poświęcili oboje, przy rozpamiętywaniu i ustalaniu nazwisk mieszkańców i gospodarzy Wilśni, aby kogoś nie pominąć, aby wszyscy znaleźli się w tej książce. Jednak nie dali rady wszystkich nazwisk ustalić. Przy tych domach, czy jak kto woli nazywać, przy gospodarstwach, podali przyzwiska, co częściowo wyjaśnia o kogo chodzi. No i niema co się dziwić, po sześćdziesięciu latach rozłąki, musiało coś z pamięci zniknąć. Ale jeśli mamy takie przyzwiska jak: “ "Didowy", "Buraćkowy", "Jureńkowy" czy "Mudryczkowy", to już bez kłopotu, rozszyfrujemy kto pod tym pseudonimem siedział.
Tęskni Mikołaj za Wilśnią i jej przeuroczym krajobrazem, bo to wynika z jego listu, jaki do mnie napisał: "To ja, pisze Mikołaj, w 2002 roku, odnawiałem, malowałem krzyż w Wilśni, to ja, kupiłem nowy wizerunek Pana Jezusa i przybiłem go do krzyża. Od szeregu lat pisze dalej, dręczyła nas myśl, aby sprawdzić w jakim on jest stanie. Na dzisiaj tylko on jeden tam pozostał i czeka cierpliwie na nasz powrót. Zabrałem też ze sobą wnuka i zięcia, żeby im pokazać i objaśnić gdzie się urodziłem, gdzie się wychowywałem do dwudziestego roku życia. Bo nasze pokolenie już odchodzi i nikt inny im tego nie przekaże, mówią Lidasowie. Byłbym bardzo szczęśliwy gdyby tam, odnowa odrodziło się życie z takim obrządkiem jak kiedyś. Marzy się Mikołajowi i Teresce. Pragnę aby w tej książeczce utrwalić, że tamten krzyż dla Wilśni, zafundował na własnym polu na Zawoi pradziadek Skorodyński, po powrocie z Ameryki.
Marysia Chabik - obecnie Kleczkowska koleżanka Hani i Teresy Lidas obecnie - Dukan z Wilśni, tak o nich wspomina z czasów jeszcze przed 1947 roku.
Byli naszymi najbliższymi sąsiadami, nie tylko dlatego, że nasze domy prawie się stykały, ale z zażyłych serdecznych stosunków jakie istniały między tymi dwoma rodzinami od najdawniejszych lat. Ich rodzice Michał i Anastazja, zaliczali się we wsi do ludzi bogatszych. Mieli ładny duży dom, dużo sprzętu oraz powyżej 10-sięć sztuk bydła i dwa konie. Często mój wujek Michał, pożyczał od nich sprzętu, rzeczy jakich nie mieliśmy. My zaś pomagaliśmy dla nich sezonowo w polu. I tak wyrównywaliśmy między sobą serdeczne, sąsiedzkie zaprzyjaźnione stosunki. W takiej atmosferze dobrze nam się z nimi żyło. Michał i Nastka mieli pięcioro dzieci, urodzonych w kolejności: Jan, Marysia, Mikołaj, Hania i Teresa. Jako rodzice byli wspaniali, dobrze troszczyli się o ich wychowanie. Nastka, żona Michała, pochodziła rodem z Olchowca, z bar-dzo zacnej rodziny o nazwisku Sołyńków. Chodziliśmy tam do nich na gościnę i to często. Michał był mężczyzną wysokimi przystojnym. Podczas pierwszej wojny światowej, był wcielony razem z moim wujkiem też Michałem, do Armii ausrio-węgierskiej. Walczyli na terenach południowej Europy i stamtąd powrócili do Wilśni po czterech latach wojennej służby. Do domu Wracali pieszo przez kilka tygodni. Spanie był o w kopkach siana lub w lesie, a chleba trzeba było prosić lub odpracować za niego w polu. Ciężkie to były czasy. Michał z rodziną dobrze, wzorowo w Wilśni gospodarował. Mieli się na tyle dobrze, ze pomagali i sąsiadom jeśli zachodziła taka potrzeba. Michał w Wilśni był dobrze wychowany, dobrze się odżywiał, rósł i pracował w zdrowym klimacie. O tym świadczy, że przeżył równe 100 lat. Umarł za ziemiach zachodnich koło Zielonej Góry.
Jedna z jego córek Hania pojechała do Kanady do swoich, do córki i syna. Z przyjemnością mówi Marysia wspominam ich jako sympatycznych sąsiadów. Razem z Hanią i Tereską chodziłyśmy do szkoły aż do Smerecznego. Mikołaj nie omieszkał też napisać mi, że jakiś człowiek z okolic Dukli po ich wysiedleniu w 1947 roku, rozebrał cerkiew w Wilśni i ich dom. Postawił sobie z tego materiału chałupę. Za ten nie chrześcijański czyn, pogniewał się ten co nad nami i przygroził palcem winnemu. Chyba nie godzi się wyciągać rękę po to, co jest Boskie. Warto o tym zapamiętać.
Informuje mnie w liście także, że podobnie jak i na wielu innych wioskach Łemkowszczyny, we wsi byli ludzie bogatsi i biedniejsi. I zaraz wymienia ich po nazwiskach. Należeli do nich : Sywulycz Piotr, Lidas Michał, Chabik Aleksander, Chawik Wasyl, Mudryćkowy. Oznaczało to, że mieli lepiej doposażone gospodarstwa w sprzęt oraz w większą obsadę inwentarza. Akurat w przypadku naszej wsi, ten zauważalny fakt w stronę namacalnej zamożności, wziął się z tego, że albo, ojcowie, albo jeszcze dziadkowie byli na zarobkach w Ameryce.
Dorobić się bezpośrednio z morgów w naszej wsi, było zjawiskiem nieosiągalnym, ponieważ nie było zbytu na nasze wypracowane produkty. Nie było gdzie zarobić pieniądza, a wszystko co potrzebne było do gospodarstwa oraz odzież, kupić trzeba było za pieniądze. I koło niemożności zamykało się samo.
Rodzina Lidasów wiodła spokojne życie przed wojną do 1939 roku i w czasie okupacji hitlerowskiej tak samo, jak i pozostali Wilśnianie. W czasie okupacji, około 50 procent naszego dorobku, zabierał nam Niemiec, z żalem podkreślał Mikołaj. Poza tym, najsilniejszą i najdorodniejszą młodzież, okupant wywoził do swojego kraju na przymusowe roboty. Z naszej wsi, wywieziono: Jana Lidasa, Marię Lidas, Buriak ..?, Teresę Sywułycz, Jana Skorodyńskiego, Marię Śliwka, Jana Sliwkę, Chabik Warwarę, Hawrylak Teresę i Chawik Anastazję.
Kilkoro z nich, wyjechało za pisemnym wezwaniem. Ci mieli możliwość zabrania ze sobą zapasowe ubranie i jedzenie na podróż, inni zostali schwytani w tak zwanych łapankach, które często nawiedzały wszystkie łemkowskie wioski. Z mojego domu zabrano wcześnie rano podczas snu, brata Janka i najstarszą siostrę Marysię. Schwytanym związywano ręce za pośladkami i zabierano ich tylko w tej odzieży jaką mieli na sobie, bez jedzenia.
Wart jest szczególnego podkreślenia fakt jaki dotknął Warwarę, na którą kłopoty waliły się ze wszystkich stron. W drugim miesiącu, po wkroczeniu Niemców do Polski, w Dukli miała miejsce obława zorganizowana przez wojsko niemieckie. Warwara w tym dniu akurat była na zakupach w Dukli i została zatrzymana. Przy sobie nie miała żadnego dokumentu potwierdzającego tożsamość osobistą. Ten fakt był dla nich wystarczającą przyczyną aby ją wywieźć do Niemiec na roboty. Na szczęście trafiła na wieś do po tej stronie rzeki Odra. Dzięki życzliwym Ślązakom, udało się jej po dziewięciu miesiącach uciec i powrócić do domu.
Mnie po ukończeniu 15-stu lat, zabrali przymusowo do "Junaków". Do ciężkich ziemnych prac. Pracowałem taczką i szuflą, przy przewożeniu ziemi. Był to rok 1942/43. Nazwą "Junak" Niemcy posłużyli się po to, aby mogli zatrudnić, do ciężkich robót młodzież poniżej 15-stu lat. Nazwa "Junak" była to tylko przykrywką. Pracowałem tam razem z "Hrabskim" ze Smerecznego.
Potwierdzam to Mikołaju, to był mój najstarszy brat Janek. Nie był tam długo, udało mu się po kilku miesiącach stamtąd uciec. Ukrywał się przez trzy lata w różnych warunkach, w domu w lesie, na kolonii w Hyrowie itd.
Po zakończonych robotach mówi Mikołaj, dostałem kilka dni urlopu i już nie powróciłem do "Junaków". Popełniłem klasyczną dezercję jak dziesiątki innych moich znajomych. Pozostałem w domu, przez dwa lata, do czasu nadejścia frontu, ukrywałem się w polu i w lesie. Wolność była mi milsza niż niewola i ciężka praca. Dlatego tak wybrałem. Czekaliśmy na wyzwolenie spod okupacji hitlerowskiej z niecierpliwością. Okupacja był to stracony dla nas czas. Wszystko co na gospodarstwie wypracowaliśmy, zabierał Niemiec w ramach kontyngentów za darmo. Nam za ciężką robotę nie pozostawało nic.
Po zebranych żniwach w 1944 roku, nadszedł front. Rosjanie dwukrotnie nas wyzwolili, mówi Teresa i Mikołaj. Ale co z tego. Wilśnia poszła z dymem, a my musieliśmy uciekać przed frontem żeby nie zginąć, aż na Słowację. Tam byliśmy aż cztery miesiące na ich utrzymaniu. Do domu powróciliśmy w lutym 1945 r. Na nasze szczęście chałupa nasza pozostała. Ale cały inwentarz został wybity. W domu nie było już nic - nawet połamanych grabi. Cały nasz majątek został doszczętnie zniszczony. Dom był pusty bez okien i drzwi.
Zaraz całą gromadą wyjechaliśmy do Rosji. Obiecano nam, że zostaniemy osiedleni blisko Lwowa, Tarnopola, a tymczasem wywieziono nas aż do Dniepropietroska do kołchozów. Kiedy nas agitowano do wyjazdu, obiecano nam gospodarstwa, ziemię i pomoc na zagospodarowanie się. Propaganda ta okazała się wielkim oszustwem. W zamian otrzymaliśmy słomiane lepianki i robotę w kołchozie. To wszystko było nie dla nas. Te pustynie, stepy nie zagospodarowane, przerażały nas. Czuliśmy się tak zagubieni i bez radni, jakby pozostawiono nas na kiepskich tratwach na środku Wielkiego Oceanu.
Po kilku miesiącach, wracaliśmy z powrotem bliżej granicy z Polską W tym wielkim powojennym bałaganie, mówi Mikołaj, udało nam się przedostać do Przemyśla. Problemu nie było bo, byliśmy polskojęzyczni i urodzeni w Polsce. Wracaliśmy z jakimiś ludźmi pociągiem. Po kilku dniach pieszej wędrówki, dotarliśmy do Wilśni, tak szczęśliwi, jak byśmy się jeszcze raz narodzili. Z nami powróciła także rodzina Śliwków. Jednak oni pozostali w Tylawie i za kilkanaście tygodni podkablowano ich i zostali wywiezieni z powrotem na wschód.
My zaraz zabraliśmy się ostro do roboty. Było nas trzech mężczyn i trzy sprawne do pracy kobiety. Odremontowaliśmy dom, szpadlami przekopaliśmy kilkanaście arów ziemi i posialiśmy na początek trochę zboża i ziemniaków. Resztę czasu przeznaczyliśmy na roboty przy drzewie i przy sianie. To nam zagwarantowało pozyskanie pieniędzy i żywności. Start do rozwinięcia gospodarstwa był duży i korzystny. Zimę z 1945 na 1946 rok mieliśmy zabezpieczoną. Pod koniec lata 1946 roku, mieliśmy już krowy, owce, kozy i konia. Przez zimę stać nas było już na wyhodowanie tucznika, którego ubiliśmy na święta wielkanocne.
W Wilśni mieszkaliśmy tylko jedną rodziną. Wszystkie najlepsze kawałki ziemi, mogliśmy uprawiać sami. Zboże i ziemniaki rodziły się jak las, plony zbieraliśmy wysokie, powodziło nam się już bardzo dobrze. W naszych kochanych górach mówi Tereska, chleb rodzi się i na kamieniu. Tyle runa leśnego, grzybów, poziomek, malin to wielki pieniądz, tylko go pozbierać.
Żadna ziemia, żadna kraina, nie ma tyle bogactwa, co nasze Karpaty, nasze życiodajne lasy, nasze mineralne źródełka. Gdyby nas stamtąd pod przymusem nie wyrzucono w 1947 roku, przywrócilibyśmy Wilśnię do nowej świetności, cywilizacyjnej mówi Mikołaj. Było nas na to stać, bo byliśmy młodzi i zdrowi. Może na dzisiaj udałoby się zahodować koniki pod siodło, założyć agroturystykę w czystym klimacie, wypoczynek zimowy. Są tam dziesiątki możliwości, które służyłyby zdrowiu tysiącom ludzi.

W dzisiejszej rzeczywistości, to wszystko, jest pustą dyskusją albo marzeniem indyka ( Przytaczam to przysłowie; marzył indyk o niedzieli .........) Nas wywieziono w 1947 roku, z myślą, że wejdą tam nowi osadnicy. Że wprowadzą nowy ład. I zapytajmy teraz tych najmądrzejszych, gdzie oni są? Czemu nie zbierają tam siana? Czemu nie zbierają tam poziomek, grzybów? Czemu w końcu pozwalają rosnąć dzikim porostom jak przed tysiącem lat? Czemu nikt nie myśli? To przecież nasi przodkowie wydarli z buszu te piękne doliny i łagodne urodzajne garby . To oni pierwsi wprowadzili tam do powszechnej uprawy kultury zbożowo-okopowe. Obawiam się, mówi Mikołaj, że za sto lat powróci tam ponownie dzika roślinność.
Kiedy rozmawiam z Tereską, jak się ma rodzina, ona drżącym głosem odpowiada, pomarli. Gorzej, bo pomarli w młodym wieku. Nam ten klimat, woda, te murowane zawilgocone domy zdrowie odebrały. To nie dla nas Górali te bagniste jeziora, deszczowa aura zimą i wciąż wilgotne powietrze.

Zakończenie

Wspominała długo Warwara po powrocie z obozu w Jaworznie, że znalazła się tam z powodu, nikczemnej, ludzkiej złośliwości. Ktoś mi źle życzył i doniósł na mnie, że ja powróciłam z Rosji. Bo jeszcze w 1945 roku, chciano mnie z powrotem wywieźć. I dano mi do zrozumienia, że mam się na to przygotować. Ale znalazłam sama dobre wyjście i sprawa na dwa lata przygasła. Widać nie było to silnie prawnym argumentem, żeby mnie pod przymusem deportować. A więc argument tych nieżyczliwych był tak nie istotny, że upadł, bo nikt mnie po tym nie poszukiwał. Ja przecież urodziłam się w Polsce i byłam w swoim kraju. To jakim prawem trzeba mnie było deportować. Ktoś jednak nadal drążył przeciwko mnie u władzy. Aż wreszcie nadarzyła się okazja z powodu wielkich planów wysiedlenia Łemków na zachód. Stałam się więc kozłem ofiarnym. Dlatego, że aby dać dowody opinii publicznej, że oto są winni, bo współpracują z organizacjami podziemnymi i szkodzącymi ustrojowi socjalistycznemu. Był to jedynie pretekst, bo dowodów na to nie mieli. I takie dowody nigdy nie istniały. Ja nigdy na oczy takiego człowieka ze zbrojnego podziemia nie widziałam. To był jeden marny dowód, a po drugie chodziło o to aby ludzi zastraszyć, by nie stawiali oporu, bo może być inne wyjście, przed którym każdy się załamie.
Na swojej skórze mówi Warwara, przytoczę przykład, że w innych domach było trzech i czterech mężczyzn w wieku od 19-tu do 45-tu lat i tam nie padało podejrzenie, a ja byłam z nieletnią córką i 19-sto letnią siostrzenicą, akurat my tworzyłyśmy zbrojne podziemie. Jeszcze drugi absurd.
Będąc w obozie, znaliśmy się wszyscy od strony naszej niewinności i wiedzieliśmy co komu zarzucano i nie potrzeba było wielkiego ideologa, bo w naszym przypadku nie chodziło o winnego, ale musiała być ofiara sprawy. Zwrócę również uwagę na to, że mieliśmy i takich ludzi w Karpatach, którzy nie mieli nas za winnych i bronili nas. Zacytuję pismo. Oto jego treść:
"Zważywszy okoliczności przytoczonych w petycjach oraz biorąc pod uwagę, że w razie wysiedlenia Łemków, z górzystych terenów przez nich zamieszkałych, na których ewentualni nowi przesiedleńcy nie potrafią się zaaklimatyzować, można dojść do wniosku przemawiającego za ich pozostawieniem"
Wreszcie interwencję podjął Władysław Gomułka, który wystosował do wiceministra administracji terenowej - W. Wolskiego, w kwietniu 1946 roku, pismo następującej treści:
"Otrzymałem znowu wiadomość, że nieliczna garstka pozostałych Łemków nadal jest wysiedlana w spośób przymusowy. Ponieważ element ten jest pozytywnie usposobiony do Polski, jak też trudny do zastąpienia na swoich gospodarstwach na podkarpaciu, proszę wydać natychmiast polecenie przedstawiciela PUR-u na tamtych terenach, zabraniające surowo stosowania jakiegokolwiek przymusu przy wysiedlaniu Łemków; porozumieć się w tej sprawie z przedstawicielami rządu ukraińskiego dla spraw repatryjacji w Polsce, aby takie same instrukcje wydały swoim organom działającym w Polsce zawiadomić o powyższym generała Korczyca i poprosić, aby wydał odpowiednie instrukcje oddziałom Wojska Polskiego, działającym na terenach zamieszkałych przez Łemków, przy akcji wysiedleńczej. Zawiadomić zainteresowane władze administracyjne, tj. Urząd Wojewódzki w Rzeszowie i strarostwa, polecając im zastosowanie się do powyższego oraz polecić im zawiadomić o stanowisku w sprawie Łemków wszystkich wójtów i sołtysów na terenach, gdzie Łemkowie jeszcze się znajdują..." Koniec cytatu powyższego pisma.
Byli i tacy, którzy montowali oskarżenia przeciwko nam oraz plany na wysiedlenie Łemków z Karpat. O tym też szeroko opisuje gazeta "Nasze Słowo" w numerze 17 (2334 ) z 28 kwietnia 2002 roku. Jest w niej wymiana pism urzędowych, wojskowe rozkazy, terminarze akcji "W."
Na koniec swoich wspomnień, Warwara Chabik z Wilśni, powiedziała. Był tam wśród nas różny element, wszelakiej narodowości i wszelakiej maści, oskarżani o różne sprawy, nie tylko o polityczne. Ale ja od tych absolutnie się odcinam.
Kończąc opowiadanie ze swojej często ciernistej drogi życia wraca jeszcze Marysia Kleczkowska, z panieńska Chabik, do chwil i przyjemnych.
Ze szczególną sympatią wracam do tamtych czasów, ponieważ znałam wszystkich Smereczan osobiście, bo mieszkałam tam przez cztery lata. Szczególnie miałam okazję dobrze poznać rodzinę Hreabskich, autora niniejszej książki, Aleksandra - Leszka, z tej racji, że kolegowałam się z jego siostrą Marysią nawet i tutaj na zachodzie Polski. Są to nadal dla mnie miłe wspomnienia i niezapomniane chwile.

Wilśnianie to ludzie pracowici wspomina Teresa Dukan dawniej - Lidas. Przez całe lato pracowali od 14 do 16 godzin na dobę. Uprawiali własną ziemię, hodowali inwentarz żywy, którego przy każdym gospodarstwie była duża gromada, poczynając od koni, krów, owiec, kóz aż po drób jak: gęsi, kaczki, kury itd.
Jeszcze znajdywali czas na wyjazd zarobkowy do żniw, na Słowację, na Węgry oraz w okolice Krosna. Potrzebne były pieniądze w gospodarstwie, a na pozyskanie ich w naszym przypadku była tylko jedna możliwość, wywóz i sprzedaż drzewa opałowego. Ale to nie zaspakajało naszych potrzebnych wydatków.
Dawniej to jest przed 1930 rokiem, nasi ojcowie, dziadkowie wyjeżdżali aż za Ocean, w większości do Ameryki. Niemal z każdego domu ktoś w Ameryce był, niektórzy nawet po dwa razy. Jednak wracali z powrotem, ciągnęła ich do domu, do rodziny, do swojej wsi tęsknota, tęsknota do swojego obrządku, do swoich obyczajów i spokojnego romantycznego życia. Tam im tego brakowało. I prawda brakowało im zimowych wieczorków, towarzyskich spotkań, niczym nie zakłócanego odpoczynku. Tak, to była prawdziwa oaza spokoju. I wszyscy, żeśmy to zapamiętali w młodych latach, wszyscy za tamtym jednakowo tęsknimy. Gdybym mogła jeszcze raz się urodzić, to swoje życie chciałabym rozpocząć nigdzie indziej tylko w naszym przepięknym Beskidzie.

Jak wynika z całej fabuły książki i ja znałem wielu Wilśnian, z nazwisk, niektórych bliżej, z charakteru, zachowania, osobowości, zamożności i ciekawych opowiadań.
Miałem dla nich wiele sympatii, którą zachowuję aż do dzisiaj. Może zdarzyło się w moich młodych chłopięcych latach, że czasami któremuś dokuczyłem, ale to nie z jakiegoś sadystycznego stosunku do nich, ale po prostu dla młodzieńczej zabawy. Myślę, że to wszystko odbywało się w granicach wybaczalności i mam nadzieję, że do dzisiaj zostało wybaczone. Ja osobiście kieruję się zasadą, że codzienne życie, trzeba zawsze ubarwiać, umilać; szczyptą humoru, zabawy, szczyptą dreszczyku, aby nie pozostawało ono pasmem opłakanej nudy.
I w tym temacie polecam, starajmy się go upiększać tak kolorowo, aby żyć z innymi otwarcie, na wesoło a nie tylko w określonych ramkach, skazując się na wegetację.
Jest jeszcze i taka maksyma życiowa a brzmi ona: "Spieszmy się kochać ludzi, oni tak szybko od nas odchodzą"
Jako 12-sto letni chłopak w 1944 roku, a potem 15-sto letni w 1947, byłem dobrym obserwatorem codziennego życia i zapamiętałem Wilśnian jako ludzi mało aktywnych, nie wybijających się, ani nie wychylających się zbytnio, z racji wrodzonych skromności. Dlatego troszeczkę pozostawali w cieniu w stosunku do innych ośrodków bardziej cywilizowanych. Oceniając z perspektywy czasu, określę to zjawisko, że sami się odizolowali od reszty tych bardziej wybijających się.
W dowód niezapomnianej sympatii, dla wszystkich Wilśnian, dedykuję im niniejsze wspomnienia osnute na przeżytych zdarzeniach i niekrempowanej fantazji autorskiej.

       Aleksander - Leszek "Hrabski" 2004 rok.


Dodatek do książki, opracowany na podstawie listu od Mikołaja Lidasa

I chociaż książkę już zamknąłem i przygotowałem do okładania, ale jednak nie mogę pominąć ostatnich kilku słów, z jego listu, które przypomniały się Mikołajowi.
Za mocno stawia sobie jako wydarzenie historyczne, wędrówkę po Rosji Radzieckiej w odnalezieniu swoich byłych współmieszkańców z Wilśni. Kiedy wiosną 1945 roku wieziono nas w głąb rosyjskiego kraju, jechaliśmy wszyscy Wilśnianie w jednym pociągu, tak sobie postanowiliśmy, że będziemy się trzymać wszyscy razem. Ale za nas myślał ktoś inny inaczej czego my nie wiedzieliśmy. W czasie odbywającego się transportu Rosjanie rozdzielili wagony. Część z nich skierowanych zostało w rejony Dniepropietrowska, a część w rejony Chersonii.
My wylądowaliśmy w Chersonii. Byliśmy zrozpaczeni bo najbliższej rodziny i sąsiadów z nami nie było.
Wszystko w tej przeklętej wojnie 1939-45 utraciliśmy, łącznie z dużą ilością zabitych naszych sąsiadów, ale tego żeby nas na obcej ziemi rozdzielono, podarować nie mogliśmy. Od pierwszego dnia postawiliśmy sobie za cel, podjąć poszukiwanie gdzie wreszcie zostali zawiezieni inni, z którymi razem jechaliśmy z Wilśni z własnego podwórka. Nie było to łatwe, mówi Mikołaj Lidas, ponieważ tam są do pokonania ogromne przestrzenie. Ten kraj był jeszcze w stanie wojennym z Niemcami i Japonią. Ryzyko oderwania się od miejsca zamieszkania było tak wielkie, że za taki czyn można było zarobić zesłanie na Sybir. Nie należeliśmy do ludzi odważnych, ale zaryzykowaliśmy własną wolnością. Zresztą nie wyobrażaliśmy sobie tutaj życia, bez swoich krewnych, bez siąsiadów, z którymi wiązały nas silne uczucia rodzinne, zażyła przyjaźń, serdeczne stosunki sąsiedzkie itd.
Nareszcie po trzech miesiącach udało się ustalić ich adresy. Nie czekając ani dnia dłużej. Cały nasz trzy miesięczny zarobek, przeznaczyliśmy na łapówkę dla kolejarzy. Akurat natrafiliśmy na miękki grunt i udało nam się do nich przedostać w w okolice Dniepropietrowska. Kiedy spotkaliśmy się z rodziną i sąsiadami, okazało się, że oni byli jeszcze w większej rozpaczy niż my. W tym miejscu warto posłużyć się przysłowiem, które będzie w sam raz pasowało a mianowicie: "Wymienił stryjek siekierkię na kijek".
Po rozmowach wspólnych ustaliliśmy sobie, że będziemy pojedynczo uciekać bliżej granicy polskiej. I te ustalenia ziściły się szybko dla wszystkich Wilśnian, z tą jednak różnicą, że my dotarliśmy za jednym zamachem aż do Wilśni. Wszyscy pozostali zatrzymali się koło Lwowa.
Przypomniał mi się taki mały epizod z naszego powrotu do Polski, a mianowicie, że z Krosna do Dukli wracaliśmy pieszo. Moja najmłodsza siostra miała wtedy 12 lat. Do Dukli dotarliśmy już było po północy, dalej ona iść już nie mogła.
Wstąpiliśmy do Hrabskiego co miał w Dukli młyn, a on był ze Smerecznego, że nas przenocuje znaliśmy go. Pukaliśmy ze wszystkich stron do drzwi, ale nikt nam nie otworzył. Obok była maszynownia i weszliśmy do środka i tam przespaliśmy się. Rano przyśli robotnicy i dowiedzieliśmy się, że młyn jest już własnością państwa, a p. Hrabski mieszka w Hyrowie.
I wtedy uświadomiliśmy sobie, że w Polsce już taki sam porządek ustrojowy panuje jak i w Rosji.
Kiedy wracam pamięcią do roku 1944, do słynnej ofensywy Dukielsko-Preszowskiej, wtedy tak samo, cała wieś podjęła decyzję ucieczki przed frontem z wilśniańskich lasów na Słowację. Wkładaliśmy swoje losy życiowe do jednej czapki, albo do jednej mogiły. "Wszyscy za jednego a jeden za wszystkich", takie było nasze życiowe kredo we wsi Wilśnia.
Tułaliśmy się na Słowacji przez pięć miesięcy od domu do domu. Było nas tam kilkaset rodzin z kilkunastu przygranicznych wsi z Polski. Pragnęliśmy zakończenia wojny jak kania deszczu. Po powrocie do Polski po zakończonej wojnie, nasz los jeszcze się pogorszył. Mam takie przeczucie, że nasza tułaczka jeszcze się nie zakończyła. Takimi słowami kończy list Mikołaj.

K O N I E C


beskid-niski.pl na Facebooku


 
341

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 2 i 2: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 6 osób
Logowanie