• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część IV-ta
 

"Życie Łemka" - Fedor Gocz

Od dawna nosiłem się z myślą napisania, chociażby w skrócie, czegoś w rodzaju autobiografii, która byłaby podobna do życiowych dróg innych Łemków mojego pokolenia, mieszkańców Karpat. Los Łemków, tych żyjących w Karpatach i tych porozrzucanych po całym świecie, był i jest smutny i tragiczny. Największa tragedia dokonała się w Polsce po drugiej wojnie światowej.
Od tamtego strasznego roku, kiedy rozpoczęto dzieło zniszczenia nas samych i naszej kultury, upłynęło już ponad 50 lat - to smutny jubileusz początku końca naszego istnienia w Karpatach na Łemkowszczyźnie. Rok 1947 był bowiem rokiem, w którym miało tutaj przestać istnieć wszystko co nie polskie. Było to dla Łemków poniekąd uwieńczenie dzieła rozpoczętego przez Niemcy hitlerowskie w momencie agresji na Polskę w 1939 r.
Lata hitlerowskiej okupacji nie wróżyły jeszcze naszej tragedii tuż po "zwycięstwie" i rozbiciu niemieckiej potęgi militarnej.
Porozumienie o dobrowolnym przesiedleniu na wschód zostało podpisane między Związkiem Radzieckim a Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego już w 1944 r. Jednak Łemkowie do końca nie wierzyli, że będą ich wyganiać z ojczystej ziemi, z rodzinnych domów na wschód i na zachód pod eskortą wojska. Jednakże taka była wola i rozkazy ówczesnych stalinowskich władz, Polska z kolei, niezależnie od ustroju, bez protestów tę wolę wypełniała z przyczyn znanych nie tylko historykom. Światu natomiast podano preteksty i zafałszowaną historię.
Pisząc te wspomnienia korzystam z notatek, które powstały w różnych okresach mego życia, widzę jednak teraz, że jest ich stanowczo za mało, a wiele faktów umknęło z pamięci. Przepraszam Czytelników, którzy odniosą wrażenie, że w niektórych miejscach czegoś brakuje.
Wielu moich przyjaciół, kolegów i działaczy nie zna faktów z mojego życia, nikomu nie wspominałem o swoich cierpieniach z okresu młodości. Nie mogłem, - opuszczając więzienne mury zostałem poinstruowany, że w przypadku zdradzenia komukolwiek zakazanych informacji, wydam na siebie wyrok.
Przyszedł jednak czas, żeby wszystkie życiowe tajemnice odkryć i powiedzieć prawdę o tym, jakie niedole, zgryzoty i cierpienia przeżywałem ja sam, moja rodzina i ziomkowie.
Dedykuję te wspomnienia członkom mojej rodziny: tym najstarszym, synom, wnukom oraz mieszkańcom Zyndranowej i wszystkim Łemkom żyjącym tu w Polsce i poza jej granicami.

Fedor Gocz



CZĘŚĆ IV



Rozstanie z rodziną

Mama i brat wyjeżdżali w połowie sierpnia 1948 r. Było to dla nas, a osobiście dla mnie, dodatkowe cierniste przeżycie. Paszport był gotowy i dla mnie. Mama przyszła do mnie wcześniej w lipcu zapytać, czy oni mają oboje czekać na mnie, kiedy ja wyjdę z więzienia, czy mają mnie zostawić i jechać sami. Z wielkim bólem powiedziałem mamie, że obowiązkowo mają jechać oboje, bo tego wymaga życie, żeby rodzinę łączyć, a ja nie wiadomo czy wyjdę i kiedy, a jak wyjdę to za nimi przyjadę, jak mnie puszczą. Stało się potem jednak inaczej.
Mama i brat posłuchali moich rad i nigdy nie zapomnę, jak brat chciał całować moje ręce, które ja zatrzymałem. Nasze żale i płacze nic nie pomogły. Było mi bardzo ciężko zostawać, ale świadomość połączenia rodziny była wyższa. W kraju pozostała jeszcze rodzina - pradziadek Kukieła i babka po mamie, ciotka Ewa z rodziną, która potem przyjeżdżała do mnie w odwiedziny i posyłała mi paczki żywnościowe. Pomagali w tym moi rodzice z Kanady, bo rodzina w kraju po tych przeżyciach była biedna, materialnie zniszczona.
Na wygnaniu na ziemiach zachodnich w pow. Świebodzin we wsi Lubrza żył z rodziną stryjek Grzegorz, brat ojca, z żoną i synem. Odradzałem im przyjeżdżać do mnie w odwiedziny do Wiśnicza, bo było daleko i wiązało się to z dużymi kosztami.
Jesień i zima 1947 r. była dla mnie bolesnym przeżyciem po odjeździe mamy i brata. Był to pierwszy rok więziennego życia, o jakim nie miałem żadnego pojęcia, ani też nadziei na życie. Miałem jedną wielką świadomość, że jestem niewolnikiem nikomu nic niewinnym i 8 lat mam żyć z tą świadomością. Coraz bardziej myślałem, że nie przeżyję tego. Przyszła jednak druga wiosna, znowu lato, jesień, zima i tak mijał już czwarty rok, a w moim życiu nie widać zmian, w życiu młodym w którym nie mogło być myśli o dziewczynie, o miłości. I tak minęły cztery lata niewoli, które nie płynęły prędko, jak górska woda na Łemkowszczyźnie.
28.08.1949 r wychodził z więzienia Roman Stepanyk rodem ze wsi Jabłonica Ruska, którym podałem gryps do rodziców. Ten gryps znalazłem u mamy w Kanadzie po prawie 50 latach już dość pożółkły i trudny do odczytania.

Dnia 25.07.1949 r.
Kochani Rodzice i Bracie
List ten przekazuję do Was przez 60-letniego staruszka, który 4 lata przecierpiał w więzieniu, z tego 2 lata razem pracowaliśmy w warsztacie krawieckim. Zostaliśmy przyjaciółmi z tym dziadkiem i jak go poprosiłem, żeby posłał do was list to ochoczo się zgodził. List ukrył, aby nie doznać przez to żadnych przykrości. Nieraz opowiadał i rozżalał się, że w czasie aresztowania został ograbiony, obiecał jednak, że znajdzie pieniądze na opłatę poczty wysłania tego listu w którym po kolei w skrócie opiszę Wam moją niedolę za kratkami.
Drodzy Rodzice, przez trzy i pół miesięcy nie dawaliście znaku życia o sobie aż ostatnio dostałem od Was list 16. 07. nad którym sobie popłakałem z radości, że odezwaliście się do mnie po tak długim czasie. Za list serdecznie Wam dziękuję, a osobiście Wam Tatu, że napisaliście do mnie własną ręką kilka smutnych słów ale też podtrzymaliście mnie na duchu.
Drogi Tatu, czuję że macie ochotę przyjechać do kraju z czego ja nie bardzo jestem zadowolony i pragnąłbym, żebyście zrezygnowali ze swoich planów i odłożyli ten przyjazd na przyszłość, bo tutaj przyjechać będzie wam wolno i za parę lat, ale wrócić tam z powrotem może się okazać trudnością. Jeżeli macie zamiar przyjechać do kraju w odwiedziny to róbcie jak uważacie, ale myślę że i ten plan na razie byłoby lepiej odłożyć, chociaż Waszej woli Tatu nie próbuję przeciwstawiać się. Tylko ja teraz Wasz nieszczęsny syn i błagający od Was cały czas tylko pomocy, chciałbym dla Was jak najlepiej.
Mamo kochana, wiem że trudno Wam na razie przywyknąć do życia miastowego chociaż myślę, że w krótkim czasie przestaniecie tęsknić za naszym domem pod strzechą, w którym nie brakowało biedy i przelanych Waszych łez. Myślę też, że nie będziecie tęsknić za tym polem kamienistym i za zniszczoną wsią. Proszę Was Mamo nie płaczcie za mną i nie tęsknijcie, bo to dla mnie nic nie pomoże.
Bracie drogi, myślę że Ty nie tęsknisz za domem i już nie chciałbyś wracać do kraju. Wierzę, że tam życie w mieście podoba Ci się i że jesteś szczęśliwy przy Rodzicach. Jedno mnie trochę niepokoi. Jak jeszcze byłeś w domu to Mama przy odwiedzinach u mnie dość żaliła się na Ciebie, a teraz z listu Tata także wyczuwam niezadowolenie. Otóż Bracie radzę Ci po bratersku, abyś szanował i słuchał Rodziców. Bądź wdzięczny Tatowi, że dał Ci możliwość pojechać w świat, zwiedzić go i że możesz lepiej i szczęśliwiej żyć, a nie tak jak tutaj w domu, czy na wygnaniu. Daję Ci Bracie mały przykład, chociaż nie życzę tego najgorszemu wrogowi, jakbyś posiedział w kryminale tylko 6 miesięcy, a nie parę lat tak jak ja. Wtedy doceniłbyś co znaczą Mama i Tato.
Teraz w skrócie opiszę Wam moje przeżycia. Zaraz po aresztowaniu mnie w Tylawie na milicji bardzo mnie bito bez żadnej przyczyny i pytań. Na drugi dzień zawieźli nas na Cergową, a stamtąd do Jasła. W drodze znęcali się nade mną stosując różne tortury, które są nie do opisania. W Jaśle brali nas na śledztwo. Broniłem się jak tylko było możliwe i zaprzeczałem wszystkiemu o co mnie oskarżali. Ale to nie pomagało, bo w czasie śledztwa bili, katowali mnie do utraty przytomności. Ciało moje było całe czarne, pokryte pęcherzami. Wojcio bronił się też jak mógł. Gdzieś podrzucili mu stary automat, a Turkowskiemu karabin i zapisali na nich. Bili ich i oni powiedzieli, że i ja o tym wiedziałem. Gdzieś znaleźli ruską amunicję i zapisali na mnie. I chociaż wyparłem się wszystkiego, bo nic nie miałem i nic ode mnie nie zabrali to w śledztwie pisali tak, jak im pasowało. Do podpisania protokołu śledczego zmusili mnie biciem i torturami i nic nie wiedziałem co podpisuję, a potem protokołu nie odczytano. Jak przywieźli nas po paru dniach do Rzeszowa to prokurator odczytał akt oskarżenia, że miałem karabin niemiecki i 200 naboi ruskich i że wiedziałem o karabinie Turkowskiego i Wojcia, a nie zgłosiłem na milicję. Wszystkiemu zaprzeczyłem i wyjaśniłem, że w śledztwie zapisano wszystko bez mojej zgody, a do podpisania zmuszono mnie biciem. Prokurator odpowiedział, że on oskarża na podstawie śledztwa, a w sądzie będę mógł to wyjaśnić. W wyznaczonym czasie zawołano nas na rozprawę sądową, na której dużo się nas nie pytano. Sprawa sądowa była bardzo krótka i sąd wydał karę na podstawie oskarżenia. Adwokat - obrońca był z urzędu, powiedział parę słów i sąd - Wojskowy Tryb Doraźny - ogłosił wyrok 8 lat więzienia.
Czekałem Mamo cały czas Waszej pomocy ale za późno mnie znaleźliście. Wiem, że Wasze Matczyne serce płakało z bólu, jak dowiedzieliście się o tak wysokim wyroku dla mnie i chcieliście pomóc, jak było to możliwe, tylko adwokat wziął sprawę w swoje ręce z zamiarem wyciągnięcia pieniędzy, bo jak przyjechał do mnie do Wiśnicza to nie pytał mnie o moją sprawę i karę, tylko co chcę Wam przez niego przekazać.
Pocieszacie mnie Tatu, że nie będę długo siedział w więzieniu, to i ja sam tak się pocieszam i żyję nadzieją, że będzie kiedyś amnestia, która mnie zwolni. A jak tam będziecie słyszeć, że w Polsce będzie amnestia to w liście śmiało napiszcie do mnie. Mam nadzieję, że prośba jaką napisaliście do prezydenta, jak była dobrze ułożona i prosiliście chociaż o skrócenie mojego wyroku, będzie przychylna. A jak pisaliście o zwolnienie od razu to nadziei nie ma.
Otóż moi drodzy, jak odpowiedź będzie odmowna to piszcie zaraz drugą o darowanie mi chociaż połowy kary. Prośbę trzeba jak najlepiej zredagować, żeby prezydent wziął pod uwagę moje młode lata, niską świadomość polityczną, że byłem pierwszy raz w życiu przed sądem nie mając jeszcze 18 lat życia. Możecie opisać moje życie i wychowanie w wiejskim odludziu. Mam tylko 4 klasy szkoły podstawowej, wychowywany byłem bez opieki rodziców, bo Wy Ojcze, jak biedny wieśniak - robotnik musieliście jechać w świat szukać chleba, bo w domu była bieda, a w kraju bezrobocie. A teraz z ochotą byście wrócili do kraju, ale tam w różnych fabrykach straciliście zdrowie i tam mają Wam dać jakąś opiekę do śmierci. Od małego dziecka żyłem biednie tylko przy Mamie, która nie miała żadnego majątku ani gruntu. Pracowała ciężko na roli, a ja w tym czasie pasłem u ludzi owce i bydło. Aż w 1946 r. Mama oddała mnie na naukę krawiectwa skąd mnie aresztowano w drodze do warsztatu. Ja nigdy nie myślałem, że za karabin czy amunicję będę karany, bo tego po froncie leżało pełno na polach i w okopach, bo na tych ziemiach w Karpatach były wielkie boje. Proście także, żeby prezydent państwa ludowego, za którym Wy Mamo głosowaliście, a Wy Tatu pragnęlibyście, choć na obczyźnie, dla mnie - syna biednego robotnika dać tę łaskę o skrócenie mojej kary, bo Wy Mamo ukrywaliście jeńców wojennych i pomagali partyzantom, którzy walczyli z niemieckim okupantem, a my im pomagaliśmy i nie byliśmy wrogami obecnej władzy i ja nie byłem nigdy przeciwnikiem nowej Polski. Myślę, że taką prośbę dobrze by napisał jakiś adwokat znający polski język.
Ja sam mogę napisać prośbę do prezydenta aż po odbyciu połowy kary o skrócenie i do sądu o darowanie reszty wyroku. Tylko ja na moje prośby wcale nie liczę, bo nie wiem, czy tyle lat będę mógł przeżyć w więzieniu, chociaż myślę, że opinię miałbym dobrą, bo karany dyscyplinarnie do tego czasu nie byłem. Jak bym miał 4 lata podarowane to by mnie wzięli do obozu, bo więźniów, którzy mają do odsiedzenia mniej jak 3 lata zabierają do pracy do obozów - lżejszych zakładów karnych. Stąd wywieźli 2 transporty do Warszawy. Piszą, że jest im sto procent lepiej, jak w więzieniu, bo chociaż roboty mają dużo, ale powietrza i słońca nie brakuje i jeść dają dużo lepiej. Listy mogą pisać co tydzień i odwiedzać ich można w każdą niedzielę, no i mogą otrzymywać paczki ile kto pośle.
Jeżeli chodzi o mnie to dzięki Bogu czuję się zdrowy. Sam się dziwię, że po przeżyciu takich męczarni czuję się nie najgorzej. Czuję się Mamo całkiem zdrowy, bo nie byłem jeszcze ani razu w szpitalu. Zdrowie moje w dużej mierze zależy od tego, czy dalej będę mógł dostawać paczki z żywnością. Od kwietnia dostaję paczki co dwa tygodnie od stryjka i od ciotki. Przysyłają mi też pieniądze. Od dziadka i ciotki nie ma listu już blisko trzy miesiące. Od stryjka dostałem list tydzień temu, w którym trochę się żali na Was, że do niego długo nie piszecie. Od kwietnia do nich też nie pisałem to żali się też i na mnie. W maju pisałem do Was i w tym miesiącu, a w czerwcu do dziadka i ciotki do domu. I aż w sierpniu napiszę do stryjka.
Tatu, Mamo i Bracie serdecznie dziękuję Wam za paczkę już naprzód, bo spodziewam się otrzymać z końcem sierpnia. Myślę, że w następnym liście napiszecie mi, jaki towar wysyłacie. Na opłatę trzymam 2000 zł., bo pieniędzy posyłają nam dosyć, a kupić za nich mogę tylko raz w miesiącu 15 jajek, 2 kg chleba, 25 dag cukru, znaczki, koperty na list i kto pali to 80 szt. Papierosów. Na to wszystko wystarczy 500 zł. Możliwe, że ciotka i stryjek za to przysyłają więcej pieniędzy, bo myślą, że ja mogę sobie kupić co chcę. Za to w paczkach wysyłają mi dość mało tłuszczu, albo też w domu nie mają i kupić więcej dla siebie nie mogą. Tutaj więźniom piszą z domu, że omasty - tłuszczu nie można kupić.
Pragnąłbym moi drodzy dostawać od as paczki co 3 miesiące, bo zdaje się, że to co Wy mi poślecie to dla mnie najdroższe. Tutaj jeden więzień dostał też paczki z Toronta przez kanadyjską firmę K. A. Ł. A., gdzie pracują jego krewni. Ta firma wysyła do Warszawy, skąd przysyłają do niego oświadczenie do podpisania i w krótkim czasie dostaje paczki zapakowane i bez opłaty. Otóż jedną taką paczkę na próbę możecie wysłać, jak Wam to nie sprawi trudności. W pierwszej paczce od Was brakowało półtora kg cukru. Na opłatę brakowało mi 470 zł., które pożyczyłem od kolegi. Za te pieniądze dałem mu krem i pędzel do golenia. Listu, który był w paczce nie dali mi i jednego listu z poczty też nie otrzymałem. W pierwszym liście od Was połowa była zamazana. Co tam było napisane to nie wiem, bo przez te wszystkie listy miałem trochę nieprzyjemności. Oj tak ciężko mi siedzieć w tych murach przeklętych, łzami oblewanych przez matki, żony, dzieci więźniów, którzy tutaj siedzą i którzy już poumierali. Człowiek, który nie był w kryminale nie ma pojęcia co to znaczy siedzieć parę lat w tych murach, które znaczone są krwią niewinnych więźniów takich jak ja. Nie wyobraża sobie nikt tego monotonnego życia, w którym człowiek dobija się myślami co z nim będzie. Obroną przed śmiercią jest odżywianie, tym bardziej w takim młodym wieku jak ja, że jeszcze rosnę.
Bo ten więzień, który nie ma pomocy z domu wygląda biednie i widać na nim przygnębienie. Cieszę się, że już mieszkacie w swoim domu, w którym pragnąłbym Was przywitać szczęśliwych i zdrowych, jak przyjadę. Tęsknię za Wami i myślę, kiedy przyjdzie ten czas, że się z Wami zobaczę. Ale trudno, taka moja dola i chociaż jestem nieszczęśliwy w tej niedoli, to cieszy mnie, że Wy żyjecie nieźle i proszę Was nie wspominajcie mnie złym słowem. Myślę, że nie macie do mnie żadnego żalu, za to, że mnie tu wsadzili, bo tysiące ludzi siedzi i nie za złodziejstwo, ani morderstwo, czym ja bym się wstydził. Nikomu w życiu nie zrobiłem najmniejszej krzywdy i mam czyste sumienie. Nieraz sam na siebie narzekam za co ja cierpię w tej niedoli i marnuję swoje młode lata. Wiem, że siedzę przez podłych ludzi i nic by się nie stało, jakbym miał siedzieć jeden rok. To byłaby dla mnie nauka życia na dalej, ale wyrok 8 lat, na jaki mnie zasądzono, to straszne. Za to też na nikogo nie narzekam tylko uświadamiam sobie, że to dola wojny zaprowadziła mnie do kryminału, albo inaczej - stałem się ofiarą losu.
Tatu, jak dostaniecie ten list to dajcie zaraz odpowiedź temu staruszkowi, a myślę, że zechcecie się dowiedzieć coś więcej o moim więziennym życiu, to coś mu wyślijcie co możecie za jego dobry uczynek dla mnie i za opłatę listu, a on opisze Wam więcej. Do mnie napiszcie, czy dostaliście list od "ojca chrzestnego". Piszcie do mnie częściej. Nie zapominajcie o mnie kochani Rodzice i Bracie.
Zasyłam Wam serdeczne pozdrowienia. Żegnam się z Wami Tatu, Mamo i Bracie może na jakiś czas, może na parę lat, a może na wieki. Posyłajcie mi Wasze zdjęcia.
Tatu, 17.07.49 r. dostałem Wasz ostatni list, za który dziękuję. Piszcie do mnie sami i częściej.
Życzliwy Wam Wasz syn Teodor.
Wziął list Roman Stepanyk 28. 08. 1949 r.


I nadszedł piąty rok więziennego życia podobny do poprzednich. Ale nadszedł niespodziewanie słoneczny, radosny, jesienny dzień, który wycisnął łzy z oczu. 12.10.1951 r. - to było święto nowej polskiej armii zwane "Ludowe Wojsko Polskie". Przed południem zawołali nas do jednego dużego biura i powiedzieli, że ci, którzy mają lata podlegające do służby wojskowej dzisiaj będą zwolnieni do domu. Nie pamiętam ilu nas było, ale był ze mną i Teodor Turkowski. Wypisali nam dokumenty. Adresy rodzin, bilety na drogę i każdego z nas oficer poprosił o podpisanie dokumentu, że o wszystkim co się w śledztwie i więzieniu przeżyło do tego czasu nie wolno nikomu mówić, bo inaczej grozi kara i powrót do więzienia. Takie oświadczenie, jak przysięgę, podpisałem i ja, i potem przez długie lata za PRL nie mogłem z nikim o tym rozmawiać, ani nigdzie pisać. Wśród bliskich przyjaciół i rodziny opowiadałem o niektórych wydarzeniach ale po cichu i w sekrecie.
Gdzieś przed południem obaj z Turkowskim wyszliśmy za bramę i nie mogliśmy uwierzyć, że wracamy do rodziny. Tylko gdzie jechać. Już było dosyć chłodno i zamiast kurtki dali mi w magazynie wojskową bluzę. Chyba pieszo szliśmy do stacji kolejowej w Bochni, bo o autobusach wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy. Tutaj z Turkowskim rozdzieliliśmy się na długie lata, bo on siadł do pociągu na Poznań, potem Świebodzin i jakoś się dostał do Rusinowa koło Lubrzy, gdzie żyło najwięcej wygnańców z Zyndranowej. Część rodzin zawieźli do Podłej Góry, do roboty w PGR, a część w Kijach Sulechowskich.
Ja siadłem do pociągu na Krosno, a stąd już jeździły autobusy do Tylawy. Tutaj wysiadłem, bo stąd wzięli mnie wojskowi, patrzę na szkołę przy której mnie bili i na rodzinne góry. Nie czułem się słaby i szedłem sobie pieszo z Tylawy Do Zyndranowej ścieżkami, potoczkami. Blisko Tylawy na ścieżce, jako pierwszego z Zyndranowej, spotkałem szkolnego chłopca Michała Gubika, który mnie nie znał, bo to cztery i pół roku czasu żyliśmy oddzielnie. Powiedział mi "dzień dobry" i wtedy zaczęliśmy rozmowę. Spytałem go skąd pochodzi i czyim jest synem. Powiedziałem mu, że ja od "Pysaria" - tak do nas nazywano - wracam z więzienia i on już wiedział kto ja jestem.
W domu zastałem stareńkiego pradziadka leżącego na piecu, a reszta rodziny pracowała - ciotka Ewa, jej mąż Gojdycz Wanio, ich córka Marysia, już dojrzewająca dziewczyna, bratankowie Michał i Teodor byli w szkole, mały Janek w domu i najmłodsza Hania jeszcze dziecko. Nikogo z dzieci nie mogłem poznać. Pradziadek Kukieła dał mi nowe spodnie i sweter żebym się przebrał. W rodzinie znaleźli mi też inną odzież, bo już byłem pełnym mężczyzną, miałem 22 lata. Zaczęło się dla mnie nowe rodzinne życie. Pomagałem w pracy na gospodarce, a w zimie trochę szyłem dla siebie i rodziny. Uszyłem sobie ubranie, kurtkę i rajtki.
Moimi najbliższymi kolegami byli synowie mojego chrzestnego Mikołaja Holuty z Tylawy - Wanio i Wasyl. Prędko też nawiązałem dalsze koleżeństwo z Michałem Pielą z Tylawy, Wilkiem Zawadą z Barwinka i innymi. W Zyndranowej w sąsiedztwie w domu Bajka Wania żyli już Sabaty - osadnicy. Ich syn Władek był w tym czasie w wojsku, a młodszy Fredek w domu. Janek Dudzik był kierownikiem szkoły i często do niego zachodziłem. Po przyjacielsku zachodziliśmy się z Michałem Holutą. Ale tego dobra i szczęścia długo nie było. Na milicję w Tylawie zgłaszałem się co tydzień, a później co dwa tygodnie. No bo ja prócz 8 lat więzienia byłem pozbawiony przez 4 lata praw obywatelskich.
Nie mogę zapomnieć po tylu latach świąt naszego obrządku i parafialnego odpustu na Mikołaja - imiennika cerkwi - 19. 12. 1951 r. chociaż Mszy św. Dawno już nie było. Wierni chodzili do cerkwi w Tylawie zamienionej już na kościół rzymsko-katolicki, gdzie dojeżdżał ksiądz z Dukli. Świętą Wieczerzę Wigilijną przygotowywali rodzinnie tak jak dawniej babka Anastazja i ciotka Ewa. Czekały na to święto dzieci. Mieszkał z nimi w tym czasie Szyjka Wanio zwany "Semańczyk". Został tutaj jak sierota, niby przy siostrze, która wyszła za mąż za Polaka na Cergowej.
W Wigilię Bożego Narodzenia 6. 01. 1952 r. (według daty obrządku wschodniego) Wanio Szyjka starym zwyczajem wniósł do domu trochę żelaznych narzędzi, pod stół słomy i siana. Poszliśmy razem do stajni poczęstować zwierzęta chlebem z solą i czosnkiem, a potem po ukazaniu się pierwszej gwiazdy umyć się do rzeki. Boże, jaka to była dla mnie radość znów spędzać święta z bliskimi, wspominać nasze tradycje. Tylko ten człowiek może tego nie rozumieć, który tego nie przeżył. Podobnie świętowało we wsi jeszcze parę naszych rodzin. Większość osadników polskich, miała już wcześniej swoje święta, które i nasze rodziny szanowały i świętowały.
Myślami cały czas byłem z rodzicami w Kanadzie, chciałem jak najprędzej być z nimi. Tam 10.09.1949 r. urodziła się siostra Luba. Rodzice i brat pisali i próbowali starać się o mój przyjazd, ale w tym czasie było to niemożliwe. Byłem pod kontrolą milicji. Pamiętam, jak raz przyszedł późną jesienią 1951 r. do domu pracownik UB z Krosna sprawdzić, czy jestem i co robię. Wysoki blondyn, dobrze zbudowany. Był krótko, bo widział, że siedzę przy maszynie i coś szyję. Myśląc o wyjeździe do Kanady nie szukałem żadnej dziewczyny, chociaż podobała mi się Hania L. W Tylawie. Ale moja dalsza dola była nieznana, a Hania wymagała ode mnie zapewnienia, że się z nią ożenię. A gdzie mi było do żeniaczki i do tworzenia rodziny, jak nie miałem ani domu, ani pracy. Byłem pełnym kawalerem i patrzyłem na dziewczęta, ale czas najpiękniejszych moich młodych lat i romansów już przeszedł w więziennych murach.
Teraz, kiedy mnie zwolnili zastanawiałem się co będzie dalej, bo tam w więzieniu nigdy nie myślałem, że w przyszłości będę miał swoją rodzinę, żonę, dzieci. Życie jednak wszystko zmieniło chociaż nie lekko i nie prędko.

Służba wojskowa w 13 batalionie górniczym

Nadeszła wiosna 1952 r. Na początku kwietnia otrzymałem zawiadomienie z Wojskowej Komendy Rejonowej w Krośnie, aby zgłosić się 17 kwietnia 1952 r. w sztabie komendy w sprawie służby wojskowej. Tu poinformowano mnie, że jestem zdolny do służby wojskowej - liniowej na podstawie oceny z 22.10.1951 r., ale ponieważ mój rocznik służył już w wojsku, zaliczono mnie do tzw. ponadkontygentu (wojskowej służby zastępczej).
Na Komendzie w Krośnie było wielu młodych mężczyzn, z Łemków tylko Wasyl Holuta z Tylawy, pozostali to nieznani Polacy przeważnie z okolic Brzozowa, Sanoka, Jasła. Z moich stron od Dukli było tylko dwóch chłopaków: Edward Rysz z Dukli i Adam Suski z Iwli. W sztabie oczekiwali na nas oficerowie i podoficerowie ubrani w mundury stalowego koloru podobne do mundurów lotniczych. Każdemu przydzielono grupę poborowych i ze stacji kolejowej W Krośnie powieziono nas w nieznane. Jechaliśmy, już dobrze nie pamiętam, chyba całą noc i dwa dni. W końcu pociąg zatrzymał się w Kamiennej Górze za Wałbrzychem. Tutaj zakwaterowano nas w poniemieckich koszarach w których przed nami stacjonowały wojska radzieckie. Niektórzy oficerowie ubrani byli w mundury koloru khaki, inni w siwo stalowe podobne do lotniczych. Tego nie mogłem zrozumieć. Byłem przekonany, że sierżant pod dowództwo którego przydzielono mnie w Krośnie zawiezie nas do wojsk lotniczych, gdzie będziemy ochraniać lotnisko lub wykonywać inne prace.
Już 19.04.1952 r. podstrzyżono nas i dano nam letnie drelichowe mundury koloru khaki, furażerki. Rozpoczęły się szkolenia, najpierw ustne. Po kilku dniach musztra, a po tygodniu dostaliśmy rosyjskie karabiny z bagnetami KBK i rozpoczęły się szkolenia na poligonie. Było chłodno, ale gnali nas jak rekrutów i jak karnych żołnierzy więc nie czuliśmy zimna.
Trudno dokładnie opisać tą ciężką i niemoralną "służbę wojskową". Pamiętam było to 2 maja, czwartek. Kilka kompani, około 1000 żołnierzy, pogoniono na poligon. Rozkazano nam okopać się i przygotować do strzelania. Padał śnieg z deszczem, było zimno. Mój kolega Edek Rysz pochodził z małego miasteczka i nie był przyzwyczajony do takich trudów życia. W pewnym momencie załamał się psychicznie i zaczął mówić, że zastrzeli się. Amunicję na ćwiczenia mieliśmy ostrą. Nie wierzyłem jego słowom i starałem się podtrzymać go na duchu. Do rozmowy włączył się Adam Suski i jakoś udało się nam uspokoić Edka. W okopach byliśmy przemoczeni i zmarznięci. W końcu dowódca wydał rozkaz "Powstań" i zaczęliśmy biegać po poligonie, a potem skierowaliśmy się do koszar. Nad rozgrzanymi i spoconymi żołnierzami unosiły się kłęby pary. Po obiedzie prawie połowa żołnierzy była już chora. Chorzy żołnierze zgłaszali się do lekarza i dostawali jakieś leki na przeziębienie. Niektórym groziło zapalenie płuc. Następnego dnia wielu żołnierzy chorowało dalej i musieli pozostać w łóżkach. Mój kolega Edek czuł się lepiej, a ja przyzwyczajony do mrozów i zimna od dziecka w górach nie chorowałem w ogóle. Tak nas "szkolono" prawie każdego dnia przed obiadem, a po obiedzie odbywały się pogadanki polityczne i prace porządkowe.
Dowódca mojej kompani podporucznik Bogdan Łapiński, pochodzący z okolic Sanoka, dowiedział się od kogoś, że jestem krawcem. Poprosił mnie na rozmowę i zapytał, czy mógłbym mu coś uszyć lub poprawić przy mundurze. Chętnie zgodziłem się, ale gdzie i jak to zrobić. Niedaleko poligonu mieszkało kilka rodzin. Dowódca poszedł do jednej z nich dowiedzieć się, czy mają maszynę do szycia i czy pozwolą skorzystać z niej. Dobrzy ludzie nie odmówili. Następnego dnia podporucznik Łapiński powiedział mi, żebym maszerował w ostatnim szeregu i utykał na nogę, a on da mi znak kiedy mam pozostać w tyle, wejść do mieszkania i zająć się szyciem. Wykonałem rozkaz, a moi koledzy w tym czasie maszerowali i biegali po poligonie. Kiedy wracali z poligonu do koszar ja, utykając na nogę, dołączałem do ostatniego szeregu. Trwało to kilkanaście dni. Dowódca kompani tłumaczył swoim podoficerom, że moją nogę trzeba leczyć, ponieważ buty mam za ciasne i trzeba je wymienić.
Po 5 tygodniach rekruckich szkoleń zbliżał się dzień przysięgi - niedziela 31.05.1952 r. Kazano nam zawiadomić rodziny, ale mój Boże, gdzie moja rodzina, jak daleko w świecie, a tutaj w kraju tylko dalsi krewni i znajomi. Jednak na przysięgę przyjechali cioteczna siostra Maria Gojdycz i bliski mi jako brat - kolega Wanio Holuta. Jego brat Wasyl służył bliżej domu w Katowicach. Bardzo cieszyłem się, że na przysięgę przyjechały do mnie aż dwie osoby. Do moich kolegów też przyjechały rodziny, często dziewczyny, narzeczone, do niektórych żony. Ja ani dziewczyny, ani żony jeszcze nie miałem. Przed przysięgą otrzymaliśmy nowe świąteczne mundury z sukna i okrągłe czapki z czerwonymi otokami, takie jakie nosiła piechota. Przed gośćmi zorganizowano defiladę systemem radzieckim - karabin z bagnetem koło ucha kolegów z przedniego szeregu. Wszystko miało przebieg uroczysty i świąteczny.
Ale nie rozumieliśmy dlaczego na przysięgę i defiladę zaproszono wysoko postawionych przedstawicieli górnictwa w świątecznych górniczych mundurach. Wkrótce wszystko wyjaśniło się. Następnego dnia po przysiędze przyjechały po nas górnicze i wojskowe samochody i przewieziono nas do Wałbrzycha, do dzielnicy Szczawienko, gdzie były przygotowane dla nas nowe górniczo - wojskowe koszary.
Przez cały czas byłem żołnierzem I drużyny I plutonu I kompani. Z E. Ryszem i E. Żukowskim byliśmy takiego samego wzrostu i maszerowaliśmy zawsze obok siebie. W pierwszym szeregu maszerował zawsze Adam Suski i równi mu wzrostem koledzy. Początkowo pracowałem razem z innymi pod ziemią w kopalni "Wiktoria". Dowożono nas do pracy pociągiem. Ostatni odcinek drogi, już do kopalni, szliśmy na piechotę w szyku wojskowym. Pracowaliśmy na trzy zmiany, w dzień i w nocy. Czasami maszerując do kopalni kazano nam śpiewać. Jeden z oficerów znał rosyjską piosenkę "Krasnyj geroj". Wyczuł mój wschodni akcent i zaczął namawiać mnie, abym zaśpiewał solo. Trzeba było nauczyć się tekstu i śpiewać.

W krasnoj armii był geroj
Na razwedky bojewoj
A dalej pluton spiewał
Hej, hej krasnyj geroj na rozwedky bojewoj.
Na rozwedky on chodił
Wsio naczalstwu donosi, da
Hej, hej krasnyj geroj wsio naczalstwu donosił
Raskaży ty ruskoj brat
Skolko jest u was sołdat,da
Hej, hej......
W krasnoj armii ja służu
Ja wam prawdu ne skażu, da
Hej, hej......


Po jakimś czasie sztygar, nasz opiekun pod ziemią, bardzo przyjemny i rozsądny człowiek, dowiedział się, że jestem krawcem. Zapytał mnie, czy nie mógłbym mu uszyć ubranie.
Szybko zgodziłem się. Wiedziałem jaka ciężka i niebezpieczna jest praca głęboko pod ziemią. Obaj ustaliliśmy gdzie znaleźć miejsce do szycia, jak i kiedy szyć. Sztygar prawdopodobnie znał się z dyżurnym ruchu PKP w Szczawienku, Stanisławem Pisarkiem, który mieszkał blisko stacji. U Pisarka postawiliśmy maszynę do szycia i zacząłem pracować. Do pracy przydzielano mnie przeważnie na pierwszą zmianę. Rano żołnierze wsiadali do pociągu, a ja szedłem do Pisarka. Kiedy po pracy wracali ja dołączałem do ostatniego szeregu i razem ze śpiewem wracaliśmy do koszar.
Po kilku miesiącach zapisano mnie do zespołu teatralnego. W soboty i niedziele dawano nam czas wolny. W świetlicy przygotowywaliśmy sztukę "Nowe przygody wojaka Szwejka". Rola Szwejka była najtrudniejsza i mnie namówiono, abym spróbował ją zagrać. Zgodziłem się. Koledzy zdziwieni byli, że tak szybko uczę się roli. W zespole było sporo Ślązaków. Ślązakiem był kierownik zespołu Marian Spandel. Po przygotowaniu sztuki dawaliśmy koncerty w innych jednostkach wojskowych, domach kultury, fabrykach, których w Wałbrzychu i okolicach było nie mało.
Czytelnik tej książki może zapytać kogo i dlaczego brano do batalionów górniczych. Zacznę od siebie. Byłem karany jako wróg Polski Rzeczpospolitej Ludowej w czasie trwania akcji "Wisła". Mój ojciec był za granicą, w Kanadzie, byłem Łemkiem-Rusinem. Ojciec Edka Rysza z Dukli był w wojsku Andersa. Adama Suskiego uważano za kułaka, wroga socjalizmu. Ojciec Wasyla Holuty z Tylawy nie chciał wstąpić do spółdzielni produkcyjnej. Edward Żukowski był synem przedwojennego oficera - majora. A Ślazacy przeważnie synowie Zołnierzy Wermachtu, których Niemcy brali do armii. To tylko niektóre przykłady haniebnych represji ówczesnych władz. Z Żukowskim spotkaliśmy się po 40 latach w 1994 r. w Warszawie na II Zjeździe Represjonowanych Żołnierzy Górników. Płakaliśmy obydwaj jak dzieci. Trudno było uwierzyć, że po 40 latach spotkamy się, już dziadkowie, byli koledzy, żołnierze - górnicy.
Wspomnieliśmy Janka Czarneckiego z Biechowa pow. Sulechów. W mojej obecności został pod ziemią ciężko ranny. Zgniotły go dwa wagoniki załadowane węglem. Sztygar polecił mi wynieść go na górę i zawieść do szpitala. Janek długo leżał w szpitalu, potem zwolniono go do cywila. Często pisał do mnie, pamiętał że go ratowałem. W 1995 r. zginął pod kołami samochodu. Z Jankiem do końca pozostawaliśmy w przyjacielskich, braterskich stosunkach. Moim przyjacielem czuł się również E. Żukowski. Obaj wiedzieli, że byłem Łemkiem.
W Szczawienku miałem dość przykry przypadek. Pomaszerowaliśmy na poligon, było gorąco, chciało się pić, W jednym z domów, które znajdowały się w pobliżu, ja i dwóch moich kolegów poprosiliśmy coś do picia, Gospodyni poczęstowała nas mlekiem. Wcześniej na obiad podano nam rybę. Rozchorowałem się tak mocno, że wszystko skończyło się płukaniem żołądka i tygodniowym pobytem w szpitalu. Tutaj poznałem sympatyczną dziewczynę - harcerkę. Podobała mi się i była chętna do romansowania. Ale nogę miała w gipsie i mogliśmy sobie tylko po przyjacielsku porozmawiać
Przypomnę jeszcze jedno wydarzenie z mojej działalności kulturalnej w zespole teatralnym. Zaproszono nas na koncert w Wojewódzkim Domu Kultury w Wałbrzychu. Koncert miał rozpocząć się o godz. 16, ale ktoś zmienił godzinę rozpoczęcia na 15. Kilku członków zespołu, wśród nich i ja, wyszliśmy do miasta. Nie wiedzieliśmy, że godzina rozpoczęcia koncertu została zmieniona. Wróciliśmy na godz. 16. Nasz dowódca sierżant Drozd zaczął krzyczeć i straszyć nas różnymi karami, stawaniem do raportu itp. Powiedziałem, że miałem bóle żołądka stąd spóźnienie, a zdenerwowany i przestraszony wystąpić nie mogę. Bez Szwejka koncert nie mógł odbyć się. Sierżant Drozd zapewnił, że żadnej kary nie będzie.
Minął rok służby wojskowej w górniczej jednostce. Nadeszły Święta Wielkanocne i to razem wschodniego obrządku i katolickie, 5. 03. 1953 r. Wezwał mnie do siebie kapitan Parysek, zastępca dowódcy jednostki do spraw politycznych i zapytał, czy nie chciałbym pojechać na urlop na swoje święta. Po chwili zapytałem skąd kapitan wie, że nie jestem katolikiem i kiedy są moje święta. Odpowiedział krótko - to mój obowiązek wiedzieć wszystko. Ponieważ z Wałbrzycha do Krosna trzeba jechać dwa dni zrezygnowałem z urlopu. Przypomniałem sobie jednak, że koło Legnicy i Lubina mieszkają wysiedleni Łemkowie. Miałem nawet adres do Wania Bilyci z Tylawy, który teraz mieszkał w Niemstowie. Zgłosiłem się do kapitana i dostałem 5 dni urlopu. Autobusy kursowały wtedy rzadko. Przyjechałem pociągiem do Lubina o 11 w nocy. Dokąd iść? Gdzie Niemstów? Z pociągu wysiadła jakaś starsza kobieta. Zapytałem ją jak dojść do Niemstowa. Odpowiedziała, że idzie w tym samym kierunku tylko do innej wioski. Szliśmy razem jakieś 5 - 6 kilometrów bocznymi drogami. W końcu doszliśmy do jakiejś wioski. Kobieta zatrzymała się i pokazała mi polną drogę do Niemstowa. Byłem głodny, zmęczony, mój płaszcz był mokry. Ale trzeba było iść dalej. Około godz. 4 nad ranem ludie jechali już do cerkwi, czy kościoła. Niw wiem, czy byli to Polacy, czy Łemkowie. Pytam gdzie mieszka Jan Bilica. Mówią, że na końcu wsi, gdzie droga skręca do Lubina. Pukam do okna, nikt się nie odzywa. Byłem już tak osłabiony i przemoczony, że myślałem tylko, gdzie by tu się położyć i odpocząć. Poszedłem do stodoły, zdjąłem płaszcz, czapkę i położyłem się na słomie. Po kilku minutach zaskrzypiały drzwi i z domu wyszedł w kalesonach Jan Bilica. "Panie wojskowy, co pan tu robi?" - krzyknął. Ucieszyłem się i mówię, że tylko odpoczywam. Zapytałem, czy tu mieszka Jan Bilica. Odpowiedział, że tak, zapytując od razu kim jestem. Wtedy podszedłem do niego i powiedziałem, że jestem Fycio Gocz z Zyndranowej, a adres dostałem od Mikołaja Holuty w Tylawie.. Gospodarz serdecznie przywitał się ze mną i zaprosił do mieszkania. W przedpokoju zdjąłem mokry płaszcz, wojskowe buty i onuce, żeby trochę przeschły. Gospodyni dała mi jeść, gospodarz poczęstował świąteczną wódką. Chyba ze dwie godziny mocno spałem. Potem obudzili mnie i powiedzieli, że jedziemy do cerkwi w Lubiniu. W tym czasie ministrem Obrony Narodowej był marszałek Rokossowski i żołnierzom nie wolno było chodzić do kościoła, czy cerkwi. Mimo zakazu poszedłem do cerkwi. Wszyscy wierni wschodniego obrządku patrzyli na mnie z zaciekawieniem ponieważ żegnałem się trzema palcami i trzy razy. Nikt nie wiedział kim jestem. Po nabożeństwie wszyscy już wiedzieli skąd jestem i kim jestem. Wszyscy zapraszali mnie na gościnę, ale ja wieczorem miałem już wracać do jednostki wojskowej. Zostałem jednak na całą noc bez względu na to, czy będzie kara , czy nie. Tutaj spotkałem rodaków z Zyndranowej - Stefana Pilipa i Michała Wołoszyna, Łemków z sąsiednich wiosek - Kawoczków z Zawadki, Petrończaków z Królika Wołoskiego. W Małomicach mieszkało wiele rodzin z Zawadki, Tylawy< ale nie znałem ich. Wszyscy okazywali mi wiele szacunku i gościli czym chata bogata, a ja po cichu płakałem z radości. Płakałem i w cerkwi kiedy śpiewano "Chrystos Woskres". Wiele z dawnej odprawy zapomniałem, ale przeżegnać się i "Ojcze Nasz" nie mogłem zapomnieć.
Po Świętach Wielkanocnych wróciłem do jednostki wojskowej. Podziękowałem kapitanowi Paryskowi za urlop i pamięć o moich świętach. Służba wojskowa w drugim roku była już dużo łatwiejsza. Trochę pracowałem w kopalni, trochę szyłem, często przebywałem w świetlicy, gdzie przygotowywaliśmy nowe sztuki teatralne. Miałem stałą przepustkę do miasta. Znałem wszystkich oficerów i podoficerów. W świetlicy czasami podśpiewywałem sobie łemkowskie piosenki. Pewnego razu usłyszał to kierownik zespołu Marian Spandel - Ślązak i mówi mi, że chyba jestem rosyjskim Żydem ponieważ mam jakiś taki nos, trochę podobny do góralskiego, trochę do żydowskiego. Zapytałem go, czy Żyda posłali by do batalionów górniczych. Wkrótce zrozumiał to.
Kiedy w świetlicy nuciłem sobie łemkowskie piosenki słuchali i inni żołnierze. Uważali, że jestem ze wschodu i lubię takie piosenki. Kilku żołnierzy z nowego rocznika słuchało bardzo uważnie, ale nie zwracałem na to uwagi, Pewnego razu, już jako start żołnierz, miałem służbę patrolową w mieście i to w niedzielę. W jednym z barów spotkaliśmy kilku żołnierzy z naszego batalionu. Żołnierze śpiewali ukraińską piosenkę :Rozpriahajte chłopci koni", którą znałem i bardzo lubiłem. Obydwaj moi koledzy z patrolu, Polacy, nie znali języka ukraińskiego, nie wiedzieli co śpiewają. Nasi żołnierze byli podpici, ale zachowywali się spokojnie. Jednego z nich zawołałem na bok i powiedziałem mu, że bardzo ładnie śpiewa i że chyba jest ze wschodu. Zapytałem skąd pochodzi i gdzie nauczył się tej piosenki. Odpowiedział mi, że rodzice pochodzą z okolic Lublina, a teraz mieszkają w województwie olsztyńskim. Wtedy po cichu powiedziałem mu, że rodzice chyba zostali wywiezieni w 1947 r. Żołnierz popatrzył na mnie z lękiem i powiedział, że ja też chyba ze wschodu ponieważ on słyszał, jak ja w świetlicy śpiewałem, ale też nie po polsku. Zapytałem, czy on z akcji "Wisła". Odpowiedział, że tak. Podałem mu rękę i powiedziałem, że ja też. Od razu poczuł się moim przyjacielem, w jego oczach pojawiły się łzy. W tym czasie moi koledzy z patrolu poszli na małe piwo. Mój rozmówca powiedział mi, że w 3 kompani naszego batalionu jest ich około 30 z olsztyńskiego z akcji "Wisła" i oni o sobie wiedzą ponieważ na wiosnę razem stawali do poboru. Teraz pełnią służbę w batalionie górniczym. Potem kilka razy śpiewaliśmy razem w świetlicy łemkowskie i ukraińskie piosenki, kiedy nie było innych żołnierzy. Nie raz spotykaliśmy się ze sobą, rozmawiali, ale ja odszedłem do cywila, a oni pozostali jeszcze na rok służby. Żałuję, że nie zapisałem ich adresów, dzisiaj nie wiem gdzie i jak ąyją, może niektórzy wspominają mnie.
Innym razem pełniłem służbę patrolową w Wałbrzychu z Adamem Suskim i jeszcze jednym żołnierzem od Brzozowa. Jechaliśmy tramwajem. Tym samym tramwajem jechało wielu żołnierzy z naszej jednostki. Wszyscy byli Ślązakami i rozmawiali po niemiecku. Nie spodobało się to moim kolegom z patrolu. Jeden z nich podszedł do nich i powiedział, że noszą polskie mundury i powinni rozmawiać po polsku. Odpowiedzieli, że łatwiej jest im rozmawiać po niemiecku. Doskonale ich rozumiałem i mnie członkowi innej mniejszości narodowej niemiecki język nie przeszkadzał. Na przystanku wysiedliśmy, a żołnierze pojechali dalej. O tym co zaszło w tramwaju nie powiedzieliśmy nikomu, bo i po co. Wiedzieliśmy, że Ślązacy często rozmawiają po niemiecku.
Latem 1953 r. znowu dostałem urlop i pojechałem odwiedzić stryjka i rodzinę w Lubrzy pow. Świebodzin, woj. Zielona Góra. Mieszkało tutaj wielu wysiedlonych Łemków z Zyndranowej i Hańczowej pow. Gorlice. Tutaj tworzyli sobie trudne, nowe życie i tutaj, z tęsknoty za górami, układali nowe piosenki. Jedną dobrze pamiętam, bo utworzyli ją muzykanci z Zyndranowej, Kapela Goczów. Grali - stryjek Grzegorz i jego syn Stefan, śpiewał i grał mój brat Wanio.

Oj Sławianie, Dobre lude,
Szto wy porobyły
Żeste nas bratiw Lemkiw
Z Karpat wysidłyły.
Prywezły nas nad Oświęcim,
Tam była rozłuka.
Brały nianiw ot ditoczok
To była rozpuka.
Prywezły nas na czużynu
Brały po jednomu.
Rozszmariali kady mohy,
Jak witor sołomu.
Hrajut chłopci na huszelkach
Smutno, ne weseło.
Obernutsia wkoło sebe
Ne ridne tu seło.
Hrajut chłopci i na basach,
Tiażko nam tu żyti,
Bo pro ridnu Lemkowynu
Ne możeme zabyty.


Moja rodzina i większość rodzin z Zyndranowej mieszkała pod lasem przy wjeździe do Lubrzy. Niedaleko było jezioro. W drugim dniu urlopu poszedłem wykąpać się. Zobaczyłem, że niedaleko brzegu pływa bardzo ładna dziewczyna, brunetka. Zauważyła mnie. Szybko zdjąłem mundur, położyłem go na piasku i wszedłem do jeziora. Patrzyliśmy na siebie i żadne z nas nie potrafiło powiedzieć ani słowa. Ona prawdopodobnie wiedziała kim jestem, ja niestety nie wiedziałem, że to Milka Didyk z Hańczowej. Tak jakoś dziwnie wyszło, że oboje bez słowa poszliśmy do swoich domów. Żałuję, że nie potrafiłem nawiązać z nią kontaktu. Pod koniec urlopu dowiedziałem się kim była. Wyjechała potem do Ameryki i wyszła za mąż za dużo starszego od niej Ukraińca. Naszą wspólną kąpiel w jeziorze można tylko wspominać, być może wiedziała, że jestem Łemkiem i przyszła, żeby się spotkać ze mną.
Zbliżał się koniec służby wojskowej i niewolniczej pracy w kopalni. 2 marca 1954 r. odczytano nam rozkaz ministra obrony narodowej o przeniesieniu do rezerwy dnia 28 kwietnia 1954r. Cieszyliśmy się wszyscy. Ja nie tylko cieszyłem się, ale i myślałem jak dalej ułożyć sobie życie, dokąd pojechać. Wzięto mnie do wojska z Zyndranowej i tutaj chciałem wrócić.
Pewnego dnia poszedłem do zastępcy dowódcy jednostki do spraw politycznych kapitana Paryska. Trochę rozżalonym głosem powiedziałem mu, że chociaż nosimy takie same mundury, składaliśmy taką samą przysięgę na wierność narodowi, krajowi to, członek mniejszości narodowej nie mam takich samych praw jak inni. Powiedziałem mu, że mnie i moją rodzinę wysiedlono z rodzinnej wioski, z własnego domu. Zabrano nam cały majątek. Zapytałem, czy mam prawo wrócić do rodzinnego domu i tam żyć. Popatrzył na mnie uważnie i powiedział, że takiej sprawy jeszcze nie miał. Zaczął mnie uświadamiać, że jestem obywatelem PRL i mam takie same prawo jak inni. Odpowiedzieć na moje pytanie obiecał za kilka dni. Na czwarty dzień wezwał mnie do siebie i powiedział, że mogę wracać, zgodnie z prawem, tam gdzie się urodziłem. Salutując podziękowałem i chciałem odejść. Kapitan zatrzymał mnie i powiedział, że gdybym nie był z akcji "Wisła", gdyby ojciec nie był w Kanadzie, gdybym nie był karany, to jako wzorowy żołnierz, już dawno byłbym w szkole podoficerskiej. Miałem tylko 7 klas i nie mogłem iść do szkoły oficerskiej. Jeszcze raz podziękowałem kapitanowi Paryskowi za życzliwą ocenę mojej służby. Powiedziałem mu, że wiem dlaczego przydzielono mnie do batalionów górniczych, że nigdy nie myślałem o karierze oficera. Czułem, że kapitan jest przychylnie do mnie ustosunkowany.
Potem, już w cywilu, dowiedziałem się od kolegów z jednostki, że kapitan Parysek był narodowości żydowskiej i być może dlatego darzył sympatią żołnierzy innych narodowości.
Minęły już 44 lata, a ja mam to wszystko przed oczyma i dziwię się sam sobie, że pamiętam jeszcze tylu oficerów, podoficerów, kolegów z tamtych lat. Dowódcą jednostki był Franciszek Mazurkiewicz, mówił z wyraźnym rosyjskim akcentem. Pamiętam, jak raz poprosił mnie, żeby poprawić mu coś przy mundurze. Prawdopodobnie wiedział, że nie jestem Polakiem i powitał mnie po rosyjsku "zdrastwuj". Zasalutowałem i odpowiedziałem "zdrasstwujtie, szto nada"? Wyjaśnił mi, a ja odpowiedziałem "wsio zdiełaju". Uśmiechnął się, a ja zasalutowałem i odszedłem. Mówili, że pochodził ze Lwowa.
Dowódcą naszego plutonu od początku do końca służby był sierżant Antoni Kozioł. Wiedział, że jestem krawcem i dla niego i jego żony też coś szyłem. Służył w batalionie górniczym za jakieś przewinienia w innych jednostkach. Miał ochotę rozmawiać ze mną i raz zaproponował mi żebyśmy uciekli do Austrii przez Czechosłowację. Zdecydowanie odmówiłem. Starszy sierżant Kazimiez Brodecki był szefem naszej kompanii. Po Łapińskim dowódcą kompani został porucznik Radwański. Szefem sztabu jednostki do spraw politycznych był major Burgas. Był zwierzchnikiem kapitana Paryska. Porucznik Adolf Bajger był dowódcą drugiej kompanii. Pochodził z Równego koło Dukli. Był mężczyzną postawnym, wysokiego wzrostu, zawsze chodził w stalowym mundurze i w furażerce. Porucznik German był dowódcą trzeciej kompanii, znałem go mniej, Pod koniec mojej służby chorąży Drozd był dowódcą plutonu. Więcej nazwisk już nie pamiętam. Dopiero teraz, kiedy powstała "Organizacja Byłych Represjonowanych Żołnierzy Górników" spotkałem się z niektórymi. Byli to ci sami żołnierze-górnicy, niestety, nie tacy sami. Jesteśmy już dziadkami, a prawie połowa z 220 tyś. Żołnierzy górników już nie żyje. Zmarli też: Adam Suski, Edward Rysz, Edward Żukowski, Janek Czarnecki i wielu innych.
Warto wspomnieć jeszcze żołnierza z okolic Brzozowa-Urycza. Nie chciał pracować w kopalni. Uciekł z jednostki z automatem. Złapali go i zasądzili na dwa lata więzienia. Służba wojskowa w czasach stalinowskich była dużo trudniejsza niż obecnie. Komendy: "Powstań", "Padnij", "Czołganiem naprzód", "Ogień artylerii", "Granat pękł", "Lotnik, kryj się", "Pogotowie gazowe", "Gaz", "Biegiem marsz", - słyszeliśmy codziennie. Wykonywaliśmy te rozkazy na pograniczu wytrwałości fizycznej i psychicznej. Czasami do głowy przychodziły czarne myśli, żeby skończyć ze sobą, ale chęć życia była silniejsza.
Pomału szykowałem się do cywila. Od znajomego podoficera kupiłem buty oficerki, uszyłem wojskowy mundur. W czwartek 29 kwietnia 1954 r. poprowadzili nas grupami na stację kolejową w Szczawienku do pociągów. Nie było śpiewów, krzyków, chust na plecach, alkoholu. Jechała nas dość duża grupa w kierunku Krakowa, Krosna, Jasła, Sanoka, Brzozowa. Mieliśmy wojskowe bilety na przejazd i zarezerwowany wagon. Dopiero w pociągu zaśpiewaliśmy:

To jest rezerwa, która do domu powróciła,
To jest rezerwa, która wysłużyła.
Do domu wróciłem, ojciec się pyta
Coś tam synu robił przez te dwa lata.
Ni leżał, ni siedział. Bo gnali za dość,
Urlopu nie dali, tylko służbowe coś,
To można powiedzieć, rezerwa ma dość
.

Większość piosenek, które śpiewaliśmy w wojsku była stalinowskiego ducha, ale były i przedwojenne bardzo ciekawe.

Chcąc nas poratować w tej okrutnej biedzie
Przysłała nam prowiantura śledzie.
Ojo jo jojoj, taki na wojnie kanoniera los.


Tytuły następnych rozdziałów:
Działalność kulturalna i obrona praw Łemków
Prowokacyjne aresztowanie i nowy sąd
Przyjazd ojca
Działalnoć kulturalna w latach 1960-1970
Założenie rodziny i budowa domu
Moje uniwersytety
Wyjazd do Kanady
Nowe przygody sądowe
Budowa i zniszczenie pomnika
Budowa cerkwi - pomnika
Moje jubileusze
Część I-sza
Część II-ga
Część III-ia
Część IV-ta
Część V-ta
Część VI-ta


beskid-niski.pl na Facebooku


 
539

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 4 i 4: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 11 osób
Logowanie