• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część V-ta
 

GINĄCA NATURA (część V-ta)

Leszek Hrabski (autor wspomnień)

Jesteśmy od kilkunastu lat, na progu ginącego świata, i boję się, że jeszcze trochę, a w naszej pamięci zamaże się i nam seniorom, istnienie wielu wsi i przeuroczych zakątków Łemkowszczyny. Następne pokolenia nie wybaczą nam, że nie przekazaliśmy im przynajmniej skromnych opisowych obrazów, naszej małej ojczyzny. Wieś Wilśnia, bo o niej chcę kilkanaście stronic napisać, już nie istnieje tak jak i wiele dziesiątków innych wsi łemkowskich Beskidu Niskiego.
Początek tej smutnej historii, powziął się od pamiętnej bitwy stoczonej pomiędzy dwoma wielkimi armiami świata w 1944 roku to jest, wyzwoleńczą Armią Radziecką i pokonaną Armią Hitlerowską. Następną zasadniczą przyczyną zamierania wielu wsi, stał się proces wysiedlania ludności do byłego Związku Radzieckiego i na Zachodnie Ziemie Polski. Szczegóły opiszę w zasadniczym temacie. Byłem tego naocznym świadkiem. Wtedy miałem 12 lat i byłem mieszkańcem Smerecznego


Próby lądowania

Zmienny klimat w górskim terenie, często urozmaicał aurę oraz przynosił wiele niespodzianek.
Akurat tego czerwcowego poranka, szarobiała mgła wypełniła całą dolinę wsi Smereczne i pobliską okolicę. Jej gęste przewa-lające się kłęby, jak burzowe chmury, przelewały się w stronę leśnych potoków. Tylko chwilami odsłaniały czubki kominów i sterczące w górę studzienne żurawie. Jej gęsty, mleczy kolor, powodował że widoczność pomiędzy poszczególnymi zagrodami, zmalała do 10-ciu kroków.
Wyganiający na pastwiska, swoje niewielkie stada, mieli problem, czy po drodze jakaś sztuka nie odłączy się od pędzonej gromadki i pozostanie w polu nie zauważona. Dopiero po wejściu na górę Wapno lub Kaminnik, można było podejmować próbę porachowania. Bo te górne partie wzniesień, były już po za jej zasięgiem. Rzadko zdarzała się aż taka gęsta i tak mało przezroczysta. Akurat ten typ mgły, bywał w swojej masie lepki, kłębiasty, ciężki, wciskający się w najniższe doliny i wąwozy górskie. Patrząc na to zjawisko przyrody z wysoka, odnosiło się wrażenie, że to chmury usiadły na ziemię i nie mogą się od niej oderwać. Widok w swej krasie był niesamowity, tym bardziej, że kłęby tej grubej warstwy, były w ciągłym ruchu, przesuwały się jakby dążyły do wyszukania sobie jeszcze głębszej niszy pomiędzy partiami gór. Wygląd ich zbliżony był do burzowych chmur.
Powiedzmy, że szczęściarzami do oglądania tego cudnego widoku byli ci ludzie, którzy w danej chwili znajdowali się na górze po jednej lub po drugiej stronie wsi. Tym bardziej że do rzadkości należała taka przeurocza aura w środku lata.

Nie bez powodu przedstawiłem ten wspaniały urok rzadko pojawiającej się o takiej porze roku przyrody. Za jej przyczyną mogło dojść do wielkiej katastrofy, w jednej z czterech wymienionych wsi: W Wilśni, Ropiance, Mszanie lub w Smerecznym. Właśnie ta katastrofa na ludzi mogła spaść spod nieba. Tak spod nieba. Ja osobiście widziałem i nie tylko ja sam, przechylony jednym skrzydłem do dołu a drugim w górę latający samolot. Był nim niemiecki czterosilnikowy transportowiec wojskowy.
To co widać było nad naszymi głowami, była to już latająca śmierć. W tym momencie kiedy zataczał koło nad czterema wioskami, pracował tylko jeden silnik. Ryczał i kopcił niesamowicie. Widoczny był z przerwami, w tedy kiedy zanurzał i wynurzał się z mgły.
Latał nad ziemią nisko od 50 do 300 metrów. Ten dramat o życie pilota a jednocześnie i nasz, trwał około 15-tu do 20 minut. Byłem wtedy pod Kamiennikiem i czasami wydawało mi się, że zahaczy mnie skrzydłem.
Ja byłem w miejscu ponad rozlewającą się mgłą i za każdym razem, kiedy przelatywał nad Smerecznym i zanurzał się w mgłę, serce przestawało mi bić. Zatykałem uszy i czekałem z zamkniętym tchem na wybuch.
Na nasze szczęście, po trzecim przelocie i po upływie około jednej minuty, nastąpił ogromnie głośny wybuch. Odwrócony byłem w stronę wybuchu bo odprowadzałem go wzrokiem. W pierwszej chwili pomyślałem, że spadł tuż za Kamiennikiem na pierwszym garbie Byrdzjawy, ale sądząc po upływie czasu, skorygowałem myśli, że jednak będzie to dalej.
Nie mogłem ustać, moja ciekawość była tak silna, że postanowiłem uwiązać krowę do krzaka, którą pasłem i pobiegłem w kierunku Byrdzjawy. Jednak w połowie drogi na otwartym pastwisku za Kamiennikiem, ujrzałem wysoki słup dymu. Wtedy zatrzymałem się w przekonaniu, że jest to daleko w lesie.
I rzeczywiście, runął on na wysoki las bukowy około 4 kilometry od Smerecznego na równi z Wilśnią w kierunku słowackiej granicy.
Jak sobie przypominam, był to początek czerwca 1944 roku w porannej porze blisko godziny ósmej.

Za niecałą godzinę, gęsta mgła pod wpływem ciepłych promieni słonecznych, zamieniała się w duże krople rosy a resztki kłębów przesuwały się w leśne wąwozy Błunnej i Niklowca.
Szykując się spod Kamiennika do domu, ujrzałem na horyzoncie, z kierunku Tylawy, jadące dwa wielkie samochody z żołnierzami na wierzchu. Zrezygnowałem z tego zamiaru i pozostałem w tym miejscu do czasu aż dojadą do Smerecznego. Trwało to ponad 15 minut, ponieważ droga nie była wygodna do jazdy na ciężkie samochody. Nie zatrzymując się, pojechali w kierunku Wilśni.
Na skrzyniach samochodów jechało Gestapo - SS z niemiecką obstawą żołnierską. Jak to się popularnie mówi uzbrojeni byli po zęby (ciąg dalszy wydarzenia skomentuje Buriak).
Wraz z upadkiem samolotu, na Wilśnię spadła straszna gehenna. W tym samolocie, rozbili się wysocy rangą sztabowi oficerowie, którzy przewozili bardzo ważne dokumenty frontowo-operacyjne. I pomimo, że partyzantów wszędzie było w brud, to jednak gestapowcy, postanowili papiery pozbierać.
Jak tylko dojechali do Wilśni, od razu przeszukali chałupy, aby utwierdzić się, że nie ma we wsi partyzantów, opowiadał Gajowy Burak.
Następnie rozkazali sołtysowi aby zebrał dużo ludzi; kobiet, mężczyzn i dzieci. Całą tą gromadę pognali do lasu przed sobą, jako żywą tarczę, gdyby musiało dojść do starcia z partyzantami. Kobiety, dzieci, mężczyźni, zaczęli mocno płakać. Wszyscy myśleli, że prowadzą ich na rozstrzelanie, za strącenie samolotu. Nikt nie miał pojęcia, o co zostali posądzeni.
Sołtysowi powiedzieli, że ma prowadzić w to miejsce, gdzie runął transportowiec czyli samolot. Spadający samolot, akurat trafił na stary bukowy las, który nie ugiął się pod ciężarem samolotu. Duża jego część pozostała na grubych konarach buków.
Uzbrojeni "SS-mani", wykierowali broń w stronę cywilnej ludności i w pierwszym rzędzie kazali szukać, zbierać i układać w jednym miejscu; papiery, broń i amunicję. To wszystko rozsypane było na powierzchni o wielkości około trzech hektarów. Zaś połowa samolotu, sprzętu, papierów i strzępy ciał ludzkich, zwisała z gałęzi drzew.
Tak wyglądał ich pierwszy dzień poniewierki. Na noc pozwolono im zebrać się w jedną gromadkę i bez rozpalania ogniska przesiedzieć do rana. Zabroniono im ze sobą rozmawiać, dzieciom płakać i oddalać się od gromadki dalej niż na pięć kroków. Pod takim strachem wtuleni do siebie, po cichu modlili się, drżeli i wylewali łzy.
Jak tylko pojawił się dzień, ponownie kazano im wykonywać tą samą pracę, zaś kilku mężczyzn musiało wejść na drzewa do strącania całej drobnicy. Natomiast sołtysa samego wysłano do wsi po jedzenie.
Po pozbieraniu przede wszystkim papierów, teczek, broni, następnie zbierano kawałki ciał ludzkich, bo całego człowieka nikt nie napotkał. Prawdopodobnie w tym samolocie leciało 7-miu wojskowych. Kiedy odnaleźli sześć głów ludzkich, powiedziano im, że trzeba szukać jeszcze jednej. Siódmego, całego człowieka w skafandrze pilota, znaleźliśmy - mówił Buriak, w ogonie kadłuba samolotu.
Ta część samolotu po rozerwaniu się kadłuba, pozostała najwyżej na drzewie potężnego buka.
Sądząc po małych strzępkach z ciał ludzkich, rozrzuconych po lesie, należy sądzić, że zderzenie się samolotu z potężnymi bukami, było niesamowite relacjonował Gajowy.
Finał tej akcji był również bardzo nieprzyjemny. Zrobiono zbiórkę ludzi w jednym szeregu, kazano każdej osobie rozebrać się do majtek, czy kaleson i bardzo szczegółowo zrewidowano każdego z osobna, czy czegoś nie ukrył.
W drodze powrotnej z lasu do Wilśni, ustawiono ich w takim szyku, aby nadal stanowili tarczę ochronną dla "Gestapo".
Smutny był jeszcze jeden fakt tej historii, że nie wolno im było na ten temat rozmawiać z nikim pod groźbą najwyższej kary.

Skomentuję w kilku zdaniach, moje osobiste spostrzeżenie z tego, co sam w tamtej chwili przeżyłem.
Myślę, że samolot, który uległ katastrofie, nie był trafiony z żadnej broni palnej, ponieważ front był jeszcze poza granicami Polski. Jego przechylenie, którego pilot nie był wstanie wypoziomować, było skutkiem, że tylko na jednym skrzydle pracował silnik, z którego również sypał się ogień, sam już strzelał i wydawał dźwięk rdzawego wiadra. Na pewno kończył swój żywot. Krążenie pilota w mgle, na niskiej wysokości mogło być, poszukiwaniem miejsca do spowodowania minimalnych strat, a może miał nadzieję, że uda mu się złagodzić skutki katastrofy.
Przyjmijmy założenie, że spadł by na wioskę, a wtedy ofiary w ludziach byłyby niesamowite. Poza tym on jeszcze eksplodował i wybuchem paliwa na pewno spowodowałoby pożar całej wsi. I jeszcze jedna teza. A może na tajność przewożonych dokumentów, celowo oddalał się od wsi.
A jednak wybrał las. Pytanie pozostało, a dlaczego las... ?

Skoro jestem przy katastrofach, pokaże wojenny epizod samolotu i pilota.
Miało to miejsce nad obszarem: Barwinka, Tylawy, Smerecznego i Zawadki. Było to we wrześniu 1944 roku, na kilkanaście dni przed frontem wojsk radzieckich.
W porze poobiedniej wracała eskarda samolotów rosyjskich w liczbie 15 do 18-stu sztuk z akcji, przeprowadzonej na terenie Słowacji. Ujrzałem ich jeszcze po stronie słowackiej. Kontynuowali lot na wysokości średniej, ale w zasięgu artylerii przeciwlotniczej. Ustawione działa przeciwlotnicze w rejonie granicy po jednej i po drugiej stronie od Słowacji, Barwinka po Tylawę, grzały do nich bardzo gęstym ogniem.
Miarkując po pękających wokół nich pociskach, po których zostawały banieczki czarnego dymu , w ciągu 5-ciu sekund mogło ich pękać około 15-cie do 20-stu sztuk.
W tej może ośmiominutowej akcji, jeden samolot został trafiony i zapalił się. Płonąc wyraźnym ogniem, odłączył się od reszty i skierował swój lot na Smereczne.
Dążąc do ugaszenia samolotu, wykonał kilka obrotów maszyną wokół własnej osi, po czym zanurkował w dół w dolinę Drymaka. Na kilka sekund zniknął mi za lasem.
Po chwili ostro zapikował w górę i skierował swój samotny lot na strzelające doń stanowiska ogniowe. O dziwo nie miał już na sobie płonącego ognia.
Wysypał na nich kilka sztuk bomb i wracając za eskadrą na bardzo ryczących silnikach, wykierował lot ostro w górę.
Po małej chwili silniki ucichły, odniosłem wrażenie że zgasły. W tym czasie pilot wyskoczył ze spadochronem na las między Tylawą i Trzcianą, a za 3 lub 4 sekundy, usłyszałem potężny huk.
No właśnie, to ten samolot bez pilota, rozbił się o ziemię na polach Zawadki Rymanowskiej.
Widowisko było bardzo ciekawe, czyn jakiego dokonał ów pilot, był też na miarę wielkiego bohatera, ale cóż, za to koniec był smutny.
Pilot pomimo próby ucieczki w las po paru godzinach został schwytany przez żołnierzy niemieckich i zabrany do niewoli.
Jego losem interesowało się wiele ludzi, którzy oglądali ten incydent i zadawali sobie pytanie: Czy ten bohater przeżył wojnę, czy nie? Na to pytanie już nikt nie odpowiedział.
Z tego epizodu warte podkreślenia są trzy fakty; jako pierwszy, to próba ugaszenia i ratowanie samolotu, druga odegranie się na napastnikach i trzeci to ucieczka z okrążenia.

Bój o Wilśnię w 1944 roku

W wyniku pięcioletniej okupacji hitlerowskiej, wiele miejsc historycznych, pamiątkowych, kultowych, zostało, opuszczonych, zapomnianych, zaniedbanych, lecz nie z winy ich opiekunów ale z braku czasu, a także z lęku o represję.
W przypadku Wilśni, akurat na tym ucierpiał miejscowy cmentarz i częściowo plac wokół cerkiewki.
Od drugiej połowy lipca 1944 roku, po wyprowadzeniu się okupacyjnych wojsk straży granicznej z miejscowości przygranicznych, ludność poczuła więcej swobody.
Wracano pamięcią, czynami, pracą osobistą, do odnawiania, i do porządkowania tychże. Chcę szczególnie podkreślić, że Wilśnianie mieli piękny cmentarz, usytuowany na wzgórzu, wzniesionym lekko ponad dachami domków.
Wśród zieleni, czysto utrzymany, stanowił perłę pięknego malowniczego krajobrazu wsi. Wchodząc do wsi z kierunku Smerecznego bądź od strony Olchowca, on pierwszym przechodniom, odkrywał swój nie zapomniany urok.
Po okresie tych pięciu lat, niestety zakrył się nowo porosłą tarniną, jałowcem i brzozą. Wymagał więc oczyszczenia i odkrycia z tej bujnej zieleni. Wymagały też oczyszczenia mogiły nagrobki, ścieżki oraz kamienne ogrodzenie.
Zależało Wilśnianom, tym głęboko religijnym ludziom, aby ich przodkowie spoczywali w miejscu godnym człowieka. Pracę rozpoczęli od całkowitego wycięcia tarniny, kolącej róży, karłowatego jałowca i przyziemnych porostów. Pozostawili jedynie dorodne egzemplarze brzozy i jałowca na stromo opadających zboczach. Nowy pejzaż przybrał uroku nie tylko o strzeliste drzewka, ale jakby o połowę urósł w kierunku nieba. Inicjatorem odresteurowania tego kilkusetletniego miejsca kultowego byli dwaj cerkiewni (diakowie): Michał Bugiel i Grzegorz Skorodyński.
Podziwiali wszyscy to wspaniałe dzieło, perła Wilśni nadała nowego blasku wsi. I jak by na własne nieszczęście, na spotęgowanie mieszkańcom większego żalu, bo nie za cały miesiąc, wszystko to zostało porozrywane gąsienicami czołgów przez walczące ze sobą dwie wielkie armie świata. (szczegóły nastąpią dalej).

W drugiej połowie września, praktycznie ludzie kończyli prace w polu, można było już odpoczywać. Co niektórzy jeszcze ściągali drzewo z lasu na zimowy opał. Dochodziły słuchy, że tam gdzieś w okolicy Krosna, Rymanowa, Jaślisk, trwały już zaciekłe boje wyzwoleńcze Armii Czerwonej, ale to daleko od Wilśni, przy głównym trakcie, przeważnie walki o miasta.
Nikt nie dopuszczał nawet takich myśli, że front zahaczy o Wilśnię. Że zechce ktoś walczyć o takie małe miejscowości, między lasami, w tak trudnym terenie, bez dróg, bez możliwości dojazdu. Chłopi rozmawiali miedzy sobą, że praktycznie nie ma o co tutaj walczyć.
A jednak nie potrzeba było długo czekać, nawet niecałe dwie doby. I nagle ni stąd ni zowąd, obudzono nas zaraz po północy. Nasze zdziwienie nie miało granic, że obudzili nas Rosjanie, żołnierze Armii Czerwonej. Ich pierwsze słowa kierowane w naszą stronę, gdzie jest Germaniec. A po chwili chadziaj dawaj kuszat, dawaj skarej. Na stół położyliśmy wszystek chleb i garnek mleka. Było tego cztery bochenki.
Zniknęło to ze stołu w kilku minutach. Byli to przeważnie młodzi chłopcy. Wśród nich widać było kilkunastu o twarzach typowych Azjatów. Jak na żołnierzy ubrani byli lichutko, na porę letnią. Uzbrojenia mieli mało, tyle co na sobie.
Było ich dużo, w naszej małej wsi kilka setek. Zajęli każdy dom. Okazywali nam dużo sympatii. Mówili nam, że już jesteście wyzwoleni.
W Olchowcu było ich około trzy razy więcej, tam mieli sztab.
Zapytali czy wolno im zająć wolne miejsca do spania. Ależ tak, odpowiedział gospodarz domu. Byliśmy im wdzięczni, że nas wyzwolili. Do następnego rana była cisza, nie było żadnego strzelania. Od rana do wieczora kazali sobie gotować kartoszku, oni sami odpoczywali, grali na harmoszce, śpiewali. Ńiektórzy nawet kozaczka na podwórku nam zademonstrowali. Było nawet wesoło, opowiadał Buriak.
Jakoś nie mieściło nam się w głowach, że wczoraj kopaliśmy nad Smerecznym okopy na artyleryjskie działa niemieckie, a tu nagle bez walki znaleźli się Rosjanie. Nie dawało to ludziom spokoju.
Po tej radosnej ciszy, na drugi dzień Niemcy ściągnęli wielkie siły i zaatakowali ich, niesamowitym uderzeniem ze wszystkich czterech stron. Znaleźliśmy się razem z nimi w kotle wielkiego ognia. Zrobiło się niesamowite piekło.
Ziemia, kamienie, gałęzie, inwentarz razem z żołnierzami, wszystko leciało w górę. Płacz dzieci, kobiet, krzyk ludzi ratunku, mieszał się razem z rozkazami dowódców w piriot, w piriot.
Niemcy z broni maszynowej atakowali od strony Smerecznego i Ropianki, a ciężka artyleria biła ze Słowacji i Tylawy.
W tym strasznym, przerażającym huku, krzyku, jednocześnie zaczęły palić się chałupy. Ludzie wyskakiwali wprost z ognia, padając od razu na ziemię.
Świst pocisków, kul, odłamków, nie pozwalał oderwać się od ziemi. Na drodze, w ogrodach leżeli żołnierze - zabici i ranni. Krzyczeli i wołali pomocy, przez pierwsze pół godziny nikt nie podnosił głowy i nikt nie leciał na ratunek.
Ci co nie polegli, schyleni do połowy i czołganiem, ruszyli w stronę atakujących. Po drodze padali i nie podnosili się. Ci co się przewracali, tam już pozostali na zawsze.
Zaciekły bój trwał aż do obiadu. Niemcy nie posunęli się do przodu ani o jeden krok. Artyleria po godzinnej ofensywie, zmniejszyła swoją intensywną siłę do około jednej piątej. Rozrywające pociski na wieś przeniesiono na żołnierzy, którzy ruszyli do kontrnatarcia.
Część rodzin wykorzystała tą lukę i uciekli do lasu, część schroniła się do potoku.
W tym pierwszym porannym uderzeniu, zostało kilka ludzi rannych i kilkoro zabitych. Jednym z ciężko rannych był Andrzej Buriak - Gajowy, któremu pocisk urwał nogę. Tragedią był też fakt, że do Wilśni przeniosła się rodzina z Tylawy i zginęli wszyscy. Oni postanowili ukryć się przed frontem zakładając, że Wilsnię ofensywa frontowa ominie.
Ocaleni żołnierze rosyjscy, przez noc powoli wycofywali się do Olchowca. W dzień następny, wkroczyli do wsi Niemcy, jednak nie bardzo się spieszyli, bo obawiali się okrążenia. I z tego miejsca po rozpoznaniu sytuacji, ponownie atakowali partyzantów rosyjskich w kierunku Olchowca.
Po następnym stoczonym krwawym boju, Rosjanie wycofali się z walk i po paru dniach poszli w kierunku Słowacji. Niemieckie wojsko Wilśni i Olchowca już nie opuściło.
Przestraszeni i zdezorientowani pierwszym dniem walki Wilśnianie, postanowili przedostać się na Słowację, jednak nie wszyscy. Część po kilku dniach powróciła do domu.
Chcę jednocześnie do tego dodać, że w Smerecznym, też dało się odczuć obecność patryzantów. Rzucili na Smereczne kilka pocisków z moździerza i ranili kobietę. Trafiona odłamkiem, od razu padła na ziemię. Była to ciekawa chwila. Żołnierze niemieccy, prowadzili około dwadzieścia osób do kopania okopów, a pocisk spadł parę kroków przed grupą. Ludzie wykorzystali moment i pouciekali w różne zakamarki wsi.
Po tej nieprzewidzianej akcji partyzańskiej, w Wilśni na parę dni zapanował spokój. Straty były bardzo dotkliwe. Kilku cywilów zabitych, kilku rannych, blisko połowa inwentarza padła od pocisków, kilkanaście sztuk spłonęło w palących się chałupkach. No więc, niektórzy Wilśnianie zrezygnowani, zmartwieni, narzekali, że dotknął ich ten sam los, co w 1914 roku podczas pierwszej wojny światowej i tak samo po żniwach, gdzie spłonął cały roczny dorobek wraz z inwentarzem. Było się czym martwić, bo pozostali bez dachu nad głową, bez odzieży, bez żywności u progu nadchodzącej zimy.
Ci co pozostali we wsi, poszukiwali rodziny, sąsiadów, znajomych , bo jeszcze nie wszyscy po bitwie powrócili do domu. Odwiedzano i udzielano pomocy dla ciężko rannych i poszkodowanych, w tym i Buriaka, który stracił nogę. Przy okazji dowiedzieli się, że w ostatniej chwili udało mu się uratować życie dwójce dzieciom poniżej 13 lat.
"...Akurat w tym dniu rano, gnali na pastwisko bydło i tuż za wsią rozpoczęła się bitwa. Oni zrozpaczeni próbowali, ten inwentarz zawrócić z powrotem do domu. Wystraszone wybuchami pocisków bydło, zaczęło uciekać. Krzyczałem w ich stronę, ażeby pozostawili to wszystko, a sami uciekli do potoku i ukryli się między brzegami. Ucieszyłem się bo mnie usłuchali, ja po małej chwili do nich dołączyłem. Razem z nimi przesiedziałem tam trzy godziny. Kiedy siła ognia przeniosła się poza wieś, na pozycję walczących żołnierzy, dołączył do nas ich ojciec. Był uradowany, ze szczęścia płakał, że znalazł ich żywych. Po godzinnym przeczekaniu najgorszego, biegliśmy wszyscy czworo do domu. I tak jako starszy człowiek, małym pomogłem, i cieszę się z tego. Ale siebie nie potrafiłem ochronić..." - zakończył ze zmarszczoną bólem twarzą Gajowy Buriak.
Taką zgrozę i pierwszy smak wojny, przeżywali Wilśnianie w tym spokojnym i niespodziewanym dniu. Po ustaniu walk, zajęliśmy się chowaniem zabitych cywilów i żołnierzy. Część zabitych, pochowali sami Rosjanie.
W szóstym lub siódmym dniu, wcześnie rano, mówili Wilśnianie, że w Smerecznym rozpoczęło się piekło. Słychać było jednostajny huk i nad wsią unosił się czarny gęsty dym.
To niemieckie wojsko, które było między Wilśnią a Olchowcem, w pośpiechu podążało w stronę Smerecznego. Absolutnie byliśmy pewni, że to front. Że ruszyła w naszym kierunku ofensywa armii radzieckiej. Mieliśmy nadzieję, że za dzień lub dwa będziemy wyzwoleni.
I pomimo tego, że smak wojny doświadczyliśmy już na włas-nej skórze, nie spodziewaliśmy się, że spotka nas jeszcze gorsze piekło.
Co niektórzy, w pośpiechu kopali, prowizoryczne schrony, w pobliskim potoku, wybierając dobre i bezpieczne miejsce. Jednak nie wszyscy byli tego samego zdania. Część rodzin pakowała ubranie, pościel oraz jedzenie i szykowali się znaleźć schronienia w głębokim lesie.
Właśnie ci mieli najmądrzejsze założenie. Wielki las bukowo-jodłowy, rozciągał się od Barwinka aż po Olchowiec po granicy słowackiej około 20-cia kilometrów. Jego tajemnic do końca nikt nie poznał. Tam można było się ukryć przed najcięższą bronią.
Tymczasem ciężki bój o Smereczne trwał cały dzień, do zachodu słońca spłonęła połowa wsi. Kilkanaście ciężkich pocisków artyleryjskich, eksplodowało o jeden kilometr od Wilśni. Wymacali tam Rosjanie niemieckie działa pancerne.
Wydawało się, że to piekło może nawet jutro przeniesie się na Wilśnię. Ponieważ wieczorem sporo wojska niemieckiego rozlokowało się w naszej wsi. Przygotowano wielkie okopy na stanowiska dla artylerii ciężkiej. Do ich kopania żołnierze wyciągnęli z domów kilku mężczyzn. I problem był w tym, że nie wiadomo było dokąd ich poprowadzili. Kobiety i dzieci do późnej nocy opłakiwali ich, aż do czasu dopóki stamtąd nie wrócili.
Spaliśmy w tą noc wszyscy w jednej izbie, poubierani z zasznurowanymi butami na nogach. Trzy rodziny nie czekały nocy, ale jeszcze przed zachodem słońca, powędrowały na Słowację. Tam panował jeszcze względny spokój.
W następnym dniu, jeszcze przed wschodem słońca, piechota w pełnym uzbrojeniu, obwieszana granatami, opasana łańcuchami z amunicją, ruszyła w stronę Smerecznego.
Za około półtorej godziny, zaczęła prać w stronę Tylawy i Mszany okopana w Wilśni artyleria. Nad Smerecznym często pojawiały się bombardujące samoloty. Huk dział, pocisków, bomb, terkot karabinów maszynowych nie ustawał. Nad wsią ponownie pojawiły się kłęby dymu. Pod sam wieczór, opowiadał po wyzwoleniu Michał, że Niemcy artylerię w pośpiechu przerzucili za wieś bliżej Olchowca.
W środku nocy, do mnie i do Buriaków, przywędrowało z tobołkami i małymi dziećmi na plecach, kilkanaście rodzin. Byli to Smereczanie, koczujący dwa dni w Niklowcu, w lesie pod Ropianką.
Opowiadali i płakali o zaciętych walkach i o tym, że we wsi zginęło już około 15-cie cywilnych osób i dużo wojska. Że na tą chwilę, pozostała tylko jedna chałupa i szkoła, a reszta wszystko sponęło.
Rano tego dnia, piechota niemiecka, okopywała się na polach Wilśni a za kilkanaście minut posypały się gęsto artyleryjskie pociski. Smereczanie w około dziesięć rodzin, (80-siąt osób) natychmiast pognali w kierunku słowackiej granicy.
Część naszych Wilśnian uciekło w las, jedynie kilku starszych mężczyzn pozostało w przygotowanych poprzednio schronach. Podczas artyleryjskiej nawałnicy Armii Radzieckiej, zapaliło się od pocisków kilkanaście domów. W jednym z nich, spłonął żywcem mój bohater książki, Andrzej Buriak. Parę dni temu został ranny, leżał w domu w wielkich cierpieniach bez nogi. Uciekać z płonącego domu nie miał sił.
Wielka kanonada na Wilśnię trwała prawie 10 dni, aż do momentu wyparcia Niemców ze Smerecznego.
A trzeba wiedzieć, że Niemcy tego strategicznego miejsca z Tylawy do Olchowca i Polan przez Smereczne i Wilśnię, bronili bardzo zaciekle. Dla uświadomienia sobie wielkości tragedii jaka miała miejsce na tym odcinku, nadmienię tylko, że Rosjanie w ciągu dwunastodniowych walk, czterokrotnie zajęli Smereczne i dochodzili do Wilśni i czterokrotnie go opuszczali pod silnymi kontratakami Niemców.
Cały ciężar zaciekłych walk, opierał się o Wilśnie, ponieważ Wilśnia była zapleczem silnego oporu Niemców.
Dlatego Rosjanie postanowili Wilśnię zrównać z ziemią do końca i otworzyć sobie drogę, do Olchowca i Polan przez Smereczne. Ta obrana przez nich strategia, doprowadziła do całkowitego zniszczenia obydwóch miejscowości.
Warto poznać jeszcze jedną przyczynę a mianowicie. Armia Radziecka, nie mogła przebić się przez Iwlę do Hyrowej i dalej do Olchowca i Polan, gdzie Niemcy urządzili silne umocnienia zaporowe. Podczas kilku ataków na Iwlę i Hyrową z kierunku Dukli, poległo tam dużo żołnierzy i nie przesunęli się do przodu ani o jeden metr. W związku z tym pozostało dotrzeć tam tylko przez Wilśnię.
Konsekwencja tego w dalszych operacjach wojskowych, była taka, że front na Iwli, Hyrowej, Myscowej i Polanach, zatrzymał się na trzy i pół miesiąca. Do połowy stycznia 1945 r.
Wszelkie dalsze natarcia Rosjan, na Polany przynosiły tylko straty w ludziach i w sprzęcie. Natomiast Niemcy tą przerwę wykorzystywali do codziennego niszczenia celów rosyjskich: W Dukli, Olchowcu, Wilśni, Hyrowej, Mszanie itd.
Powyższą tragedię skwituję bolesną sentencją, że w wyniku tej wojskowej operacji w miesiącu wrześniu 1944 roku, rodziny z Wilśni i Smerecznego rozsypały się po dalekich okolicach, a wiele z nich, nie spotkało się ze sobą już nigdy.
Natomiast o wyzwolenie Wilśni i Smerecznego zginęło kilka tysięcy żołnierzy po obydwu stronach.

W Wilśni pod koniec 1944 roku było 35 domów i tyle samo rodzin o nazwiskach, które w kolejności oznaczają sąsiedztwo jeden po drugim.
1. Buriak Jan
2. Onufry Andrzej
3. Mikulik Mikołaj
4. Mudryk Michał
5. Lidas Michał
6. Hawrylak Michał "Jureńkowy"
7. Sywułycz ??????
8. Danza ??????
9. Sywułycz Michał
10. Mikulik Michał
11. Sywułycz Michał
12. Gajda Piotr
13. Fedak ??????
14. Buriak Andrzej
15. Skorodyński Michał
16. Sklarian ??????
17. ?????? ?????? "Kostkowy"
18. ?????? ?????? "Onufriowy"
19. Bugiel Michał
20. Bajtko Jan
21. Madarasz ?????? "Madaraszowy"
22. ?????? ?????? "Lisnoho"
23. ?????? ?????? "Buriaczkowy"
24. Śliwka Stefan
25. Śliwka Piotr
26. Mudryk ?????? "Mudryćkowy"
27. Krupej Andrzej
28. Hawik Mikołaj
29. Wasenda ?????? "Wasendyszyny"
30. Pawłyk Michał
31. Pawłyk Jan
32. Krupej Jan
33. ?????? Didowy
34. Siwak ??????
35. Polecyjan ??????

Ciąg dalszy już wkrótce
Tytuły następnych rozdziałów:
- Zabrali mi mamę
- Ligasowie
- Zakończenie

beskid-niski.pl na Facebooku


 
423

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 5 i 5: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 10 osób
Logowanie