• Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment

"Życie Łemka"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Ginąca natura"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Chmury i słońce nad Łemkowyną"
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta

 

/ Łemkowie / Wspomnienia, opowiadania, relacje / Część III-ia
 

GINĄCA NATURA (część III-ia)

Leszek Hrabski (autor wspomnień)

Jesteśmy od kilkunastu lat, na progu ginącego świata, i boję się, że jeszcze trochę, a w naszej pamięci zamaże się i nam seniorom, istnienie wielu wsi i przeuroczych zakątków Łemkowszczyny. Następne pokolenia nie wybaczą nam, że nie przekazaliśmy im przynajmniej skromnych opisowych obrazów, naszej małej ojczyzny. Wieś Wilśnia, bo o niej chcę kilkanaście stronic napisać, już nie istnieje tak jak i wiele dziesiątków innych wsi łemkowskich Beskidu Niskiego.
Początek tej smutnej historii, powziął się od pamiętnej bitwy stoczonej pomiędzy dwoma wielkimi armiami świata w 1944 roku to jest, wyzwoleńczą Armią Radziecką i pokonaną Armią Hitlerowską. Następną zasadniczą przyczyną zamierania wielu wsi, stał się proces wysiedlania ludności do byłego Związku Radzieckiego i na Zachodnie Ziemie Polski. Szczegóły opiszę w zasadniczym temacie. Byłem tego naocznym świadkiem. Wtedy miałem 12 lat i byłem mieszkańcem Smerecznego


Hitlerowska okupacja 1939-44

Wrześniowe gorące słońce w 1939 roku, obejmowało równo cały Beskid Niski. Utrzymujące się jeszcze przez kilka tygodni letnie ciepło, sprzyjało dalszemu dojrzewaniu pięknych dorodnych poziomek i czarnych jeżyn.
Urodzaj był tak pokaźny i kuszący, że wszyscy dorośli wyruszyli do lasu na zbiory. Żal było takiego urodzaju pozostawić na zmarnowanie.
Przedłużył się także sezon, na borowiki i białe kozaki, które można było spotkać za każdym krzakiem.
Zresztą dla Wilśnian było to jak co roku leśne żniwo, oni takim wysypem natury nigdy nie pogardzali.
Starym zwyczajem, kobiety i dorosłe dziewczyny, napełniały nimi duże koszyki i na plecach zanosiły na targ do Dukli. Idąc ścieżkami przez góry Mszańskie i Hyrowskie, które wojny wrześniowej jeszcze nie odczuły.
Uradowane anielskim spokojem, śpiewały, opowiadały dowcipy, marzyły o dobrych zakupach.
Taką zabawą, oddalały zmęczenie, upalną aurę, skracając także czas przemarszu.
Dopiero kiedy zeszły z gór, na drogę główną w miasteczku Dukla, napotkały na drodze długie kolumny samochodów i piechotę wojsk niemieckich.
Na widok żołnierskich mundurów, plecaków i karabinów, z przerażenia biedulki zesztywniały.
Starszym niewiastom ze strachu i z zakłopotania, spływał z czoła oraz policzków zimny pot. Pamiętały podobne mundury z pierwszej wojny światowej, dlatego nie były pewne swojego losu. Wojska zaborców austro-węgierskich, mściły się w tamtych ponurych latach na cywilnej ludności.
Wypierani przez armię rosyjską w 1914-1915 z ziemi Beskidu Niskiego, palili całe wsie łącznie z dobytkiem.
W przypadku Wilśni i Smerecznego, gospodarzy tuż po żniwach wygnali z domów precz i podpalali kolejno każdy dom z osobna. Widok był przerażający. A powracając do tej chwili kiedy one spotkały się twarzą w twarz z żołnierzami, odwrotu już nie było. Niemcy kazali im natychmiast zdjąć z pleców majdany, rozwinąć je i pokazać co ukrytego niosą.
Na szczęście biednych kobiet, żołnierze mieli pod ręką tłumacza słowackiego, który pomógł im całą sprawę wyjaśnić.
Po obejrzeniu zawartości w koszykach, kazano im iść w stronę, targowicy, a tuż za nimi, poszło trzech żołnierzy.
Plac targowy okazał się być pusty, na placu nie było ani jednej osoby. Pogorszyło to prawdomówność kobiet.
I ponownie przyprowadzono, tłumacza do pośredniczenia w rozmowie dla kogo przyniosły ten towar.
Wyjaśnianie okazało się troszeczkę skomplikowane, ponieważ kobiety miały ze sobą na sprzedanie także ser i masło. Zbudziło to podejrzenie u Niemców. Od razu pytali kobiet czy ich mężowie są na wojnie. Czy te produkty niosą dla nich. Zatrzymano ich na placu targowym kilka godzin, po czym odebrano im koszyki z całą zawartością i uwolniono je.
No więc, takie było pierwsze spotkanie Wilśnian, z żołnierzami niemieckimi pięć dni po wkroczeniu do naszych gór.
Do domu wróciły o zmroku, przestraszone, zmęczone i głodne. Przerażone opowiadały mężom, dzieciom swoje przeżycia w obawie, że do domu może już nigdy nie powrócą. Nie mogła Nastka o tej wpadce zapomnieć, trzęsły się jej ręce i usta z żalu, że mogła stracić obydwie córeczki, 16-to letnią Hanię i 18 -to letnią Marysię.
Płakała i rozmawiała sama do siebie, że chyba sam Bóg im tego Słowaka podrzucił, który ich ocalił. Bo gdyby nie on, to kto by Niemcom wytłumaczył, że nie szukałyśmy swoich mężów będących rzekomo w mundurach.
Boże miłosierny, dziękujemy ci, że nas nie opuściłeś w biedzie, powtarzała w myślach co chwila. Tylko Ty jeden jesteś sprawiedliwy. Co byśmy bez Twojej łaski i Twojej opieki zrobiły. Mamrotała do siebie Nastka z radości i ocalenia.
Następny raz Wilśnianie niewielką grupę żołnierzy niemieckich zobaczyli aż za trzy tygodnie, kiedy ci patrolowali wioski przygraniczne. Przyjechali na usiodłanych koniach prosto do sołtysa i wraz z nim przeszli przez wieś, a potem z mapą w ręku pognali w stronę granicy słowackiej. Przez przygraniczne zarośla i podmokłe pastwiska, przedostali się do Olchowca i Baraniego. Stamtąd już po zachodzie słońca, truchcikiem wracali polną drogą w kierunku Tylawy.
Na co dzień, mieszkańcy Wilśni rzadko widywali niemieckich żołnierzy. Raz na dwa albo na trzy tygodnie, jeden ich łącznik na koniu, przejeżdżając z Barwinka do Olchowca zahaczał o ostatnie dwie chałupy Wilśni.
Z braku utwardzonej drogi do Wilśni, po której mógłby przejechać samochód, Niemcy nie mieli możliwości wizytowania wioski. Wilśnianom żyło się spokojnie przez kolejne trzy lata tym bardziej, że niemal sto procent niezamężnej młodzieży w wieku od 16 do 25 lat, wyjechało dobrowolnie i pod przymusem na roboty do Niemiec. Zwabieni podobnie jak inni, propagandą, że można tam dobrze zarobić przy pracach rolnych i w fabrykach. Wyobrażali sobie wszyscy, że wyjazd będzie podobny jak przed laty do Ameryki. Jednak przekonali się szybko o tym, że była to bardzo zakłamana informacja, ale powrotu z Niemiec już nie było. Trzymali oni ludzi w wielkim rygorze dyscypliny gebelsowskiej, ograniczając im wolność w samodzielnym poruszaniu się nie tylko po kraju, ale nawet i po miejscowości w której zamieszkiwali. Ta młodzież, która zaryzykowała podjęcie pracy w fabrykach, trafiła bardzo źle, ponieważ racje żywieniowe mieli wydzielane i nie wystarczające. Mieszkali w dużych grupach często w barakach za drutami. Listy jakie wysyłali do rodziców, nie od wszystkich do celu docierały. Natomiast z tych, które rodzice otrzymywali, wieści były smutne, a nawet przerażające.
Wilśnianie w latach okupacji, tak samo jak i przed 1939 r. wywozili drzewo opałowe do Krosna i w tamte okolice zbywając je za gotówkę bądź bezpośrednio za produkty zbożowo mączne jak: kaszę, mąkę lub chleb. Sytuacja życiowa w czasie okupacji pogorszyła się dla nich tak samo jak i w innych miejscowościach Łemkowszczyny. Część własnych zbiorów rolnych oraz żywiec, wełnę i nabiał, musieli oddać na kontynngent dla celów wojskowych III Rzeszy.
Nałożono na nich i inny kontyngent, mianowicie, roczny plan wyrębu i wywózki twardego drewna opałowego. Wozili to na składnice do Dukli i do Krosna na wagony kolejowe, jako opał służył również dla celów militarnych. Ten obowiązek był dla nich wielką udręką i pochłaniał bardzo wiele czasu całej rodzinie. Była to praca bezpłatna, rozliczana w ramach obowiązkowego niepłatnego szarwarku.
Wilśnianie i Olchowianie mieli wyjątkowe uprawnienia do wykonania własnym drzewem kontyngentu zbożowo-mięsnego. Taką praktykę gospodarze podejmowali i realizowali. Było im to na rękę, ponieważ mieli możliwość, ochronić inwentarz żywy przed obowiązkową odstawą. Kontyngentowa grabież bydła, owiec, dla celów wojskowych, rabunkowo odbijała się na spadku pogłowia, którego w tamtych czasach ciężko było gospodarzom odbudować.
Pragnę wspomnieć, że między wrześniem 1939 a kwietniem 1940 rokiem okres to niewielki, ale zmiany zaszły duże.
W związku z tym dało się zauważyć, że częstotliwość przejazdu furmanek z drzewem przez Smereczne zwiększyła się dwukrotnie. Przedtem jechało ich w jednym szyku co najwyżej cztery wozy, potem kolumna zwiększyła się do dziewięciu i dziesięciu.
Ratowali się ludzie różnymi sposobami aby ten ciężki okres jak najkorzystniej dla siebie przeżyć.
Zapamiętałem i rozumiałem tą sytuację już dobrze, miałem wtedy 10, 11 lat. A jednak mimo to, interesowała nas małych chłopaków zabawa bardziej od biedy. Nawiązuję do mojego wieku celowo, bo takich jak ja urwisów było więcej. Jako nieletnie bojsy, wyrządzaliśmy furmanom za każdym razem przykrości. Nie były one bolesne, ale denerwujące ich. Nasze tak zwane napady na jadącą przed wieczorem kolumnę furmanek były dziecinne, zabawne, śmieszne i żartobliwe, ale za to dokuczliwe a nawet poniżające.
Kiedy furmani jechali w stronę Tylawy, zawsze siedzieli na wierzchołku fury na drzewie. Wystawiali się nam na dobry cel. My pacany, celowaliśmy do nich z ukrycia z proc. Jako ładunku używaliśmy małe jabłuszka, które przed dojrzewaniem spadały z drzew, albo braliśmy podobne do nich, tak zwane "psiunki" po przekwitnięciu bylin ziemniaka podobnej wielkości. Te drugie były bardzo wstrętne, bo po uderzeniu o furmankę pękały, a z nich, wylewała się mokra zielona ciecz. Bardzo to furmanów irytowało, bo zanim przejechali przez wieś, to obrywali po kilka razy. Złapać nas nie bardzo mieli szans, bo trzeba było pozostawić furmankę, my zaś na widok ich poruszenia uciekaliśmy aż do lasu. Na to oni nie mieli czasu, aby nas po lesie ganiać. Tego rodzaju wycieczka za nami furmanom nie kalkulowała się. Dlatego my, byliśmy aż tacy odważni i udający bohaterów.
W drodze powrotnej kiedy wracali, mieli od lat w zwyczaju spać bądź drzemać na wozach od Tylawy aż do Wilśni. I nie ma się co dziwić, ich zachowanie było bardzo racjonalne. Była okazja odespać utraconą noc i zarazem wypocząć. Więc tylko pierwszy furman prowadzący całą kolumnę on jedyny nie spał, a reszta furmanów była na luzie, bo koniki wóz za wozem, w małych odległościach, człapali w takim samym tempie jak pierwszy. Znali swoją trasę od dziesiątków lat. Ten nawyk zakodowany mieli w pamięci nie tylko poprzez nogi, ale nawet i za pośrednictwem bata, którym często obrywali.
I tutaj też mieliśmy dobrą okazja, robić furmanom fajnego psikusa, bo po całodobowej harówce spali na wozach jak susły. Przeważnie, podlatywaliśmy do dyszla od przodu i sciągaliśmy z niego naszelnik. Wtedy koń, nie mógł kierować wozem ani go wyhamować. Wóz natychmiast zbaczał z drogi. Mieliśmy także i wpadki, bo jeśli furman udawał że śpi i widział nasze zamiary, wtedy oberwało się nam nawet kilka porządnych batów, wtedy uszy puchły.
Te nasze pomysły, nie były ani grzeczne ani rozumne. Narażaliśmy się za nie także i własnym rodzicom i też się od nich nieźle obrywało. Ale jak to chłopaczki, zawsze szukaliśmy rozrywek, nie bacząc na nieelegancję i wstyd. Kiedy sobie je dzisiaj przypominam, chowam od razu głowę pod poduszkę, bo mi się policzki rumienią. Ale trzeba było w jakiś sposób wyrzucić z siebie nadmiar młodzieńczej energii.
Piłki nożnej nie było, telewizji też nie, szkoła w czasie okupacji była zamknięta przez Niemców i zabrana na koszary. I co tu było robić? Tylko szukać zwariowanych zaczepek.
Rzucało nami w różne kąty domowego obejścia, w poszukiwaniu co by tu jeszcze dzisiaj złego, na złość zrobić. Często na zabicie nudów, brakowało nam pomysłu i cierpliwości, szatańska desperacja miotała nami jak po piekle. Czasami i sami furmani śmiali się jeden z drugiego ile razy został trafiony i czy aby nie psiunką, bo to jeszcze bardziej ich rozśmieszało. W każdym bądź razie była to zabawa na dwa końce. I oni i my śmialiśmy się z tego samego. Taka forma młodzieńczej despoty, wszędzie była przyjęta i było to niczym innym jak naśladowaniem kowbojów. Przywleczone było to z Ameryki. Opowiadali o kowbojach ci, co pracowali na farmach amerykańskich po dwa i trzy lata, a kiedy powrócili z zachwytem o tym opowiadali. Słuchaliśmy tych opowiadań z zapartym tchem, a później próbowaliśmy to po dziecinnemu odpowiednio zmałpować.
Obecnie oglądamy to u siebie na ekranach telewizorów we własnych domach. I mam od razu taką refleksję, jeśli to było dorobkiem kultury tamtego kontynentu, to jest mi z tego powodu smutno, że tylko na tyle było ich stać. Oprócz napadów i ohydnego strzelania do ludzi, żadnej mądrej nauki w tych filmach wyczytać nie idzie.

Podejmując poprzedni wątek, pragnę zwrócić uwagę, że rozważając tamte wydarzenia dzisiaj z perspektywy odległego czasu, mogę nasze młode występki usprawiedliwić tylko tym, że nie rozumieliśmy płynącego zagrożenia od strony okupacji, a przy tym nie rozumieliśmy także problemów i zmartwień naszych rodziców. I to proste, że naszym zachowaniem nie odciążaliśmy ich ze zmartwień, ale sprawialiśmy im nowy i może jeszcze większy ból.
Tak samo, ci zharowani mężczyźni z Wilśni, nie dlatego spali na furmankach, że byli upici, ubawieni jazdą, spotkaniami towarzyskimi, ale z wielkiego przemęczenia zasypiało się samo. Przemierzając trasę ponad 40-stu kilometrów z Wilśni do Krosna co drugi lub co trzeci dzień, tych przyjemności mieli powyżej uszu. Była to dla nich niesamowita udręka i nuda.
W tym składzie furmanek, za każdym razem jechał także i Mikołaj. On jedyny może tą udrękę przekładał sobie w myślach troszkę inaczej od pozostałych. Miał nadzieję, że po drodze spotka swoją ukochaną Hanię i poromansuje. I choć tak samo zmęczony był jak inni, to jego serduszko pukało innym rytmem. Zbliżając się do Trzciany, spoglądał na słoneczko, które co kilka chwil obniżało się i skrywało swoją tarczę, za wierzchołki drzew. Kiedy zdarzało mu się jechać po środku lub na końcu tej kolumny, wtedy na drodze wyprzedzał kilka furmanek i popędzał koniki truchcikiem aby zastać ją jeszcze na łące. Ona również oczekiwała jego przyjazdu, a kiedy słońce całkowicie schowało się za las, wtedy oczka wlepiała w stronę z której miał się on pojawić.
Spotkania czasami były tylko kilku minutowe, bo samo stadko jakie pilnowała, wychodziło na drogę i podążało w stronę domu. Aby przedłużyć spotkanie z Hanią choć na kilka chwil, Mikołaj przywiązywał lejcami konie do przydrożnego drzewa i odprowadzał ją kilkaset metrów. Rozmawiali szybko i najczęściej chaotycznie, ponieważ pragnęli w tym krótkim czasie jak najwięcej sobie powiedzieć.
Dręczyła ich jedna niepokojąca wieść. Nadeszła dla młodzieży bardzo zgubna i smutna chwila. Niemcy ponownie przystąpili do przymusowego wywożenia młodzieży na roboty do III Rzeszy.
W strefę zagrożenia byli już obydwoje, ponieważ ich wiek tym nakazem był objęty.
Zbliżał się więc koniec 1940 roku. Jeszcze do przyszłej wiosny, zabierano tylko z tych domów, gdzie nikt na takie roboty nie wyjechał.
Hania miała trochę czasu, bo jej starszy brat na początku roku wyjechał dobrowolnie. Zaś Mikołaj na razie z tego obowiązku był zwolniony jako że, prowadził gospodarstwo, samodzielnie, gdyż ojciec jego był inwalidą nie zdolnym do pracy w polu.
A poza tem Mikołaj, odrabiał przymusowy kontyngent w domu w postaci wywózki drzewa, które przeznaczone było do celów wojskowo strategicznych.
Wilśnia pod tego rodzaju plany podlegała, szczególnie mężczyźni, którzy prowadzili samodzielnie wyrąb i wywózkę.
Do końca listopada tego roku, Mikołaj spotykał Hanie jeszcze kilkanaście razy. Na jednym ze spotkań w dotychczasowym miejscu na zielonej łące, postanowili, że podzielą się swoim skrywanym dotychczas sekretem z rodzicami Hani. Tą dogodną chwilę wybrać miał sam Mikołaj. Hania natomiast pomyślała, że w wielkiej tajemnicy w ukryciu przed resztą domowników, rąbkiem tajemnicy podzieli się z mamą.
Czaiła się Hania do tej rozmowy z mamą ze dwa tygodnie. Nie przychodziło jej to łatwo, nie miała odwagi, no i wstyd ją ogarniał. Jak to rozpocząć taki temat, że ja spotykałam się z chłopakiem. A jeśli mama zapyta, medytowała w swojej główce Hania, jak to długo już trwa, gdzie wy się spotykaliście.
A już nie daj Panie Boże, jeśli mnie zapyta czy wy czasami....?, to ja się spalę ze wstydu.
I choć jestem czysta jak łza, Bóg mi świadkiem, ale jak tu z mamą na taki poważny temat rozmawiać. Podchodziła do matki kilka razy i wycofywała się. Serce w w jej piersi łomotało jak stary ścienny zegar. Chwilami już chciała coś powiedzieć, ale ze wstydu brakowało jej powietrza, a język chował się, aż daleko do gardła.
Nareszcie z tej niemocy, wybawiła jej sama matka. W chwili kiedy nie było nikogo w mieszkaniu tylko one obydwie, zapytała ją, Haniu czemu ty unikasz chłopaków? Na ciebie przychodzi czas. Dziecinny wstyd trzeba już porzucić. Na to Hania, zaczerwieniła się i z głębokiej piersi wybełkotała, mamo dziękuję ci, wybawiłaś mnie z biedy, ja z tym tematem dreptam za twoimi piętami już dwa tygodnie.
No i wyjawiła Hania mamie, całą tajemnicę skrywaną ponad dwa lata. Dzięki Ci Boże, pomyślała Hania, to Ty wzniosłeś mostek do rozmowy między mną a moją mamą.
Jeszcze przez chwilę szczypała się Hania, nie dowierzając czy to aby nie sen. Odwróciła się do okna i po cichu rzekła sama do siebie, ależ wielki kamień spadł mi z serca.
Kiedy ostatni raz przed zimą powiózł Mikołaj drzewo w ramach kontyngentu, tym razem poszczęściło mu się, bo tylko do Dukli. Wracając zaraz koło obiadu, wstąpił do domu Hani.
Na podwórku miło powitali go, Hania i jej ojciec Jurko.
Oboje bez przeciągania czasu, zaprosili go do mieszkania na gorący kubek mleka. Mikołaj po przywitaniu się z gospodarzem, skinął głową i kurtuazyjnie odpowiedział, że bardzo chętnie wstąpi chociaż na ogrzanie rąk. Akurat pogoda w tym dniu była jesienna z opadem drobniutkiego kapuśniaczku. Ubranie na Mikołaju, taką aurę dobitnie potwierdzało.
Wizyta była krótka, nie mniej Mikołaj pozostawił po sobie dobre wrażenie na rodzicach Hani. Wykazał się dobrą staranną mową, dowcipem i grzecznością. A że do tego był przystojny, został mile zaakceptowany.
Wracając do domu, miał około półtory godziny na rozmyślanie. Wizytą był pocieszony, bo sympatycznie został przyjęty, jednak jego własny problem nadal nie był rozwiązany.
W domu jego planów nikt nie znał. Ale pomyślał dalej, może nie ma się co spieszyć i na zapas martwić. Kto wie co, jeszcze się wydarzy za rok lub dwa. Wojna rozlała się na całą Europę i Rosja już w ogniu walk z Niemcami. Może i mi przyjdzie jeszcze walczyć z tą bestią? Ale jak ? Ludzie wybierają się do lasu, dołączyć do partyzantów? Rozmyślał Mikołaj, inaczej Germany wybiją nas do nogi, mówią o tym wszyscy dookoła.
A zresztą, Nastce, którą wciskają mi rodzice do poślubienia poszło w ubiegłym miesiącu dopiero na siedemnasty rok, medytował dalej Mikołaj. Jeszcze ma czas.
Aaa, do diabła mruknął sam do siebie Mikołaj, trzeba z tym wszystkim poczekać na lepsze czasy.

Pozostał w lesie

Pseudonim "Byndas" wziął się z legendy o silnym zbójniku z czasów przeszłych, o dwa wieki wstecz.
Z legend jakie przekazywali ludzie starszych pokoleń, dowiedzieliśmy się, że w bukowych lasach pomiędzy Słowacją a Wilsnią koczowali zbójnicy. Napadali oni na pałace szlacheckie i nie tylko i rabowali w nich wszelkie kosztowności, których część przekazywali dla biednej ludności wiejskiej.
Latem przebywali w głębokich leśnych potokach, zaś na zimę sprowadzali się do Wilśni, gdzie czuli się bezpiecznie. Na wypady jakie dokonywali grupami, wypuszczali się w głąb kraju tak daleko, jak tylko osłaniał ich las. Z opowiadań ludzi starych, dowiedzieliśmy się, że rabowali skarby po obydwóch stronach granicy. Co też potwierdza jeszcze jeden fakt, że rekrutowali się z Łemków słowackich i polskich. Byli nimi mężczyźni silni, dobrze zbudowani, odważni, którzy unikali służby wojskowej, albo ukrywali się przed karą.

Prawdą było, że Michał też był bardzo silnym i potężnie zbudowanym mężczyzną i chyba dlatego otrzymał po nim pseudonim "Byndas".
Jak pamiętam wszelkie męskie spekulacje na temat "Byndasa", wynikały z tego, że każdy bał się do niego w lesie podchodzić. Nikt nie był pewny, czego on w lesie może się dopuścić. Mój tato też nie miał odwagi zbliżyć się do niego, chociaż dobrze wiedział, że Michał się go boi. A bał się "Byndas" dlatego, że widział tatę kilka razy w lesie strzelającego z dubeltówki do zwierzyny. Zresztą na widok strzelby lub karabinu, uciekał Michał głęboko w las. Przebywając w lesie przez 25 lat, doświadczył wiele przygód, choćby nawet ze zwierzyną, żmijami, kłusownikami itd.
Wyrobił sobie pojęcie z kim może stanąć do walki twarzą w twarz. Walkę podejmował tylko wtedy kiedy był pewny swojego zwycięstwa. Dlatego w jego psychice mogło być zakodowane, że w lesie wszystko co się rusza jest jego przeciw-nikiem. Takie skojarzenia mogły wzbudzać w nim agresję.
Aby poznać główną przyczynę, trzeba się cofnąć do czasów sprzed Pierwszej Wojny Światowej.
Michał do lasu trafił z przypadku. Dotknęło go wielkie nie- szczęście. Nagle znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie, które zagrażało jego życiu i jego całej rodzinie.
Ale zanim do tego doszło, Michał urodził się w przeciętnej rodzinie w Wilśni. Pracowitej, szanowanej, normalnej. Rodzice mieli średnie gospodarstwo rolne, podobne jak sąsiedzi, z koniem, krowami, owcami, drobiem itd. Mając 12 lat, pasł samodzielnie bydło, daleko pod lasem z sąsiadami i kolegami. Pomagał także ojcu przy orce, przy sianie, przy zbiorach zboża i innych pracach. Rozwijał się jak inni normalni chłopcy. Śpiewał płakał, śmiał się, a wzrostem nawet przewyższał swoich rówieśników.
Był zawsze pogodny, posłuszny i uczynny dla każdego. Ojciec obarczał go wieloma obowiązkami, dlatego że w domu z rodzeństwa był najstarszy i cieszył się każdą pracą. Bawił się z chłopakami we wszystkie gry, nie odbiegał poziomem i grzecznością od innych dzieciaków.
I wszystko w jego życiu potoczyłoby się dalej normalnie, gdyby pewnej nocy nie zapaliła się im chałupa. Ten pożar powstał w środku nocy, kiedy wszyscy spali twardym snem. Był środek lata, strych częściowo wypchany był świeżym sianem. Na dodatek chałupka kryta była słomą. W tej sytuacji wielki ogień potrafił się rozwinął w ciągu czterech, pięciu minut. I właśnie zapłonęło wszystko naraz. Michał na to wielkie nieszczęście akurat spał na strychu na sianie. Trzynastoletni chłopiec, zanim pomyślał którędy ma uciekać, nad jego głową rósł potężny płomień ognia.
Krzyczał ratunku, ale jego głos, przy porywach płomieni nie był nikomu słyszany. Był to dla niego niesamowity dramat. Dzieciak w jednej minucie przeżył długi straszny koszmar. W tym czasie jego ojciec i matka, najpierw wyrzucili na podwórze, pół śpiące dzieci, a potem wyciągali ze stajni konia, bydło i owce.
W sekundach czasu, ratowali oboje z pożaru co się tylko dało. W szalejącym ogniu, mocno poparzona została Michała matka. Przybiegający sąsiedzi do gaszenia pożaru, najpierw ratowali poparzoną kobietę, inni dalej wyciągali z ognia pozostały inwentarz żywy i martwy.
Po trzech godzinach pożaru, z małej chałupki, pozostała tylko podmurówka z polnego grubego kamienia. Po tym straszliwym ogniu, pytano o Michała. Zaczęto poszukiwanie za nim. Wiedzieli wszyscy, że spał na sianie. Rozpoczął się następny dramat. Sąsiedzi długimi żerdziami, rozgrzebywali popiół po dopalającym się sianie. Potem szukano go w pobliżu domu na polach z myślą, że gdzieś leży poparzony. Nie odnaleziono najmniejszego po nim śladu.
Rozpacz rodziców sięgała zenitu. Sąsiedzi w imieniu rodziców, nawiązywali kontakty z rodziną mieszkającą w Olchowcu i w Ropiance. Wszystkie poszukiwania nie dawały nadziei.
Jako, że tragedia wydarzyła się z czwartku na piątek, w najbliższą niedzielę w Olchowcu w cerkiewce, ksiądz odprawił mszę za Michała i za jego duszę. Po kilku dniach jego nieobecności, nie dopuszczano myśli, że on żyje, a tym bardziej, że może on być w lesie.
Jak to na wsi, po takim wielkim nieszczęściu, spierano się co mogło być powodem pożaru o takiej późnej porze. Miarkowano, że iskra z komina innego domu, że ktoś nieostrożnie rzucił na ziemię niedopałka, a nawet i taką wróżbę podsuwano, że zemścił się bocian, przenosząc w dziobie tlącą się z ogniska gałązkę i opuścił ją na dach, w zemście za rozwalenie mu gniazda. Odpowiedzi nie wymyślono.
Tymczasem w Tylawie rozlokowały się już wojska ausro–węgierskie, szykujące się do starcia z Armią Carskiej Rosji. Za kilka dni dotarli już do Smerecznego, Wilśni i Olchowca. Ten fakt przerwał już poszukiwania rodziców i sąsiadów za młodym chłopcem Michałem. Kto i jak go odnalazł będzie dalej.

Austro-Węgierscy żołnierze, późną jesienią w Smerecznym, w Wilśni oraz w innych miejscowościach, przygotowywali, na górach, wzniesieniach głębokie okopy. Do tych prac przemocą, napędzano cywilną ludność, od 16-tego roku życia aż do siedemdziesiątki, tak mężczyzn jak i kobiety, z wyjątkiem tych po których widać było już wysoką ciążę.
Ludzie pilnowani byli przez żołnierzy, aby pracowali szybko i wydajnie. Kto padał ze zmęczenia, znęcano się nad takimi. Praca trwała od wczesnego rana aż po noc, ponieważ w Wilśni najdalej wysuniętej na południe, słychać już było huk rosyjskiej artylerii. Bardzo się z okopami spieszyli. Żołnierze zabierali gospodarzom większość domowych produktów jak; mleko, jajka, śmietanę, masło, świniaki, bydło do wojskowej kuchni. W ciągu dwóch miesięcy wygrabili ludziom niemal wszystko.
Przed zimą, 1914 roku mieszkańców Smerecznego i Wilśni, przepędzono do Olchowca. Na oczach opuszczających domy, Smereczne spalono do ostatniej chałupy, w Wilśni kilka pozostawili, oczywiście te w których oni się zakwaterowali. Nie na długo bo przed świętami Bożego Narodzenia 1914 r, Austro-Węgrzy, zostali wyparci przez żołnierzy rosyjskich, a sytuacja ludności cywilnej diametralnie się odmieniła. Taki stan porządku wojennego trwał do wiosny 1915 roku. Jednak zmiany na froncie zmusiły Rosjan zaraz wiosną do wycofania swojej armii na wschód, a w raz z nimi ze strachu o represję, wyemigrowało kilkanaście rodzin.
Właśnie taki urok przeżywali Wilśnianie na własnej ziemi, w czasie pierwszej wojny światowej w 1914 -1915 roku.

A powracając do losu małego chłopca Michała, udało mu się zeskoczyć ze strychu do wozowni na końcu domu, gdyż ta część jeszcze nie była objęta pożarem. Szok jakiego doznał miotając się przez kilkadziesiąt sekund w wielkim ogniu doprowadził go do obłędu. W tym stanie nierównowagi psychicznej, biegł przed siebie nie zatrzymując się nawet w granicach obszaru wsi. Lęk o wyrwanie się z płomieni ognia, szok, złamana psychika, zaprowadziła go daleko w głąb lasu.
Dopiero po tygodniu czasu, pierwszy zobaczył go w lesie Gajowy Buriak, lecz Michał na jego widok szybko się oddalił.
I tak w lesie, reagował on na widok każdego człowieka. Pomyślano więc o podrzucaniu mu jedzenie do lasu w miejsca gdzie najczęściej przebywał. Następny tragiczny obraz, na jego oczach to palące się wsie w 1914 roku. Smereczne i Wilśnia. I ten drugi obraz płonących domów prawdopodobnie zadecydował o tym, że pozostał on w lesie na zawsze.

Mikołaj i Hania

Czasy okupacji hitlerowskiej, każdemu przysporzyły nie mało smutnych przeżyć, osobistej tragedii oraz nie ludzkiego poniżenia, i wreszcie nie człowieczeństwa. Wielu ludzi straciło kogoś bliskiego, wielu ludzi żyło na granicy wytrzymałości, wielu też musiało niewinnie cierpieć. W okupowanym kraju, każdego kto dorastał do lat 16-stu, 17-stu, już u progu życia, zawisł nad nim miecz Heraklesa. Żeby szczęśliwie przeżyć dzień do wieczora, miotali się ludzie po polach, po lasach, wypatrując lepszego dnia następnego.
Mijał rok 1943 a wraz z nim kolejny czwarty rok okupacji, rok okrutnego zniewolenia.
Bratu Mikołaja i Julianowi, mijało 19 lat. Dwa razy otrzymał wezwanie aby stawił się do gminy, celem wyjazdu na przymusowe roboty do Niemiec.
Julian papierek ten zignorował, podobnie jak dziesiątki innych młodych ludzi. Ale za to musiał być czujnym każdego dnia. Przebywając na polu, czuł się swobodnie, tam nic mu nie zagrażało. Będąc w biały dzień w domu, ciągle wpatrywał się w okno, czy ktoś obcy nie zjawia się blisko jego domu. Awaryjny plan miał przygotowany. W razie pojawienia się osoby nieznanej, dawał susa do stajni i tylnym wyjście zanurzał się w krzaki i dalej do potoku. A potem już sobie radził.
W roku 1943, do Wilśni dwóch czy trzech policjantów nie wybierało się kogoś łapać, bo mogli być sami złapani, skąd powrotu dla nich już nie było. W tym czasie, niemal za każdym większym krzakiem, mógł siedzieć partyzant.
Takiego gwarantowanego spokoju, nie mała młodzież zamieszkująca np. w Tylawie, Trzcianie, Smerecznym.
Stąd młodzież zgarniała policja jeszcze każdego dnia.

Do wiosny następnego roku, Mikołaj małymi saniami był w Dukli jeszcze trzy razy po zakupy. Wstępował do Hani, bez krępowania się bo był zaproszony przez jej rodziców. Dwa razy do miasta pojechała z nim Hania. Była wniebowzięta, że Mikołaj miał taki wspaniały pomysł. Jechali bardzo powoli i do Dukli i z Dukli aby mieć więcej czasu na rozmowy.
Po raz pierwszy siedzieli blisko obok siebie. Hania była szczęśliwa, że mogła tak długo z Mikołajem przebywać sam na sam. Nareszcie będę mogła mu powiedzieć, pomyślała Hania jak bardzo go kocham. Ile nie przespała nocy, marząc o tym, żeby go mieć choć na trochę dla siebie.
Patrzyli sobie w oczy i opowiadali różne wesołe sprawy, żeby tylko podróż mieli radosną. Długo czaili się na pocałunek. Choć Mikołaj przytulał ją do siebie, ale Hani wciąż brakowało odwagi. Pocałunku bardzo pragnęła, ale nie wypadało na pierwszym spotkaniu nie bronić się. Serce pikało jej co raz mocniej, jednak dla zasady powstrzymywała się. Wahała się ciągle, że nie może zrobić czegoś, co by podważało jej niewinność. Jednak bliżej domu, lody pękły, była to w tym dniu ostatnia szansa. Pocałunek był krótki, skromny i bardzo nieśmiały. Przez chwilę Hania siedziała na saniach z oczami opuszczonymi w dół. Czuła się mocno zawstydzona, zmieszana a usta same się jej otwierały, jakby chciała go za coś przepraszać.
W tym czasie Mikołaj ścisnął jej mocno rękę i głęboko westchnął, Haniu kocham, kocham z całych sił, tylko ciebie i będę kochał przez całe życie. Na podwórku, zeskoczyła z sań i pomachała mu na pożegnanie ręką.
Za to przy następnym wspólnym wyjeździe do Dukli, byli już na większym luzie. Po przejechaniu ostatniego domu w Trzcianie, zaraz się mocno ucałowali. Po małej chwili Hania nastawiła dzióbka i powiedziała: Kochany nie mogłam doczekać się Twojego przyjazdu. Byłam bardzo stęskniona.
Mikołaj, do tego wyjazdu, sanie wydłużył i przystosował je do załadowania na tył, niewielką kupkę porąbanego drzewa. Właśnie na taką niewielką porcję miał stałego odbiorcę, w osobie miejscowego lekarza. Zaraz po otrzymaniu pieniędzy, zaprowadził Hanię do sklepu i poprosił ją aby zechciała wybrać i przymierzyć na siebie korale. Upierała się Hania, nawet próbowała wyjść ze sklepu, ale Mikołaj nie ustąpił. Po zrealizowaniu małych zakupów, postanowili natychmiast wracać do domu.
Radzi ze spotkania byli oboje. Za miastem Hania przytuliła go do siebie, mocno pocałowała i podziękowała za niespodziewany prezent. W domu u Hani, mała gościna była już przygotowana składająca się z sera, masła, chleba i zbożowej zabielanej mlekiem kawy. Rozmowa przy stole podobnie i jak wszędzie toczyła się wokół tematu, aby nie daj Boże, które z nich nie zostało wywiezione do Niemiec. W roku 1944 okupant wywoził na roboty do swojego kraju kogo dorwał. Wielkie straty ponosił każdego dnia na froncie i w miastach, w wyniku bombardowań przez Rosjan i Aliantów.
Wobec tego potrzebowali dużo ludzi do fabryk, do transportu zresztą do każdej roboty. Zdawali sobie sprawę z tego, że takie niebezpieczeństwo im zagraża, które może się wydarzyć w niespodziewanym czasie. Mikołaj nie przeciągał czasu, postanowił wracać do domu, tuż przed zachodem słońca.
Pogoda w tym dniu była ładna słoneczna a śnieżek w sam raz pod sanki. Koniki wypoczęte, ruszyły z podwórka truchcikiem. Ani się obejrzał a był już na drodze z Tylawy do Smerecznego. Do domu miał jeszcze około 6 kilometrów.
Lekko przymrożony śnieżek, skrzypiał pod kopytami, a peł-na tarcza księżyca dawała tyle blasku, że jechało mu się jak w biały dzień. Wracał w dobrym nastroju, chwilami wygwizdywał swoją ulubioną melodię "kaczki za wodą, gęsi za wodą".
Czuł się usatysfakcjonowany jako kawaler, bo już od 10 lat żaden chłopak z Wilśni nie poślubił dziewczyny z obcej wsi, tym bardziej, że Hania była dziewczyną przeuroczą.

Rozstania między nami być już nie może, jedynie wyższa siła może nas rozłączyć. Nastkę z powodzeniem może poślubić mój brat Julian. On jest starszy od niej o cały rok z ogonkiem, a zresztą czy to ważne, miarkował w swojej głowie Mikołaj. On niech zostanie w domu na gospodarstwie przy rodzicach, ja się pobuduję, a do życia niech mi rodzice zapiszą kawał lasu będę jakoś żył, starczy go i im i mnie na 300 lat.
Za niespełna tydzień czasu, śniegu dosypało tyle, że nie można było wyjść z domu. O wydostaniu się poza Wilśnię w najbliższym czasie mowy być nie mogło. Ludzie walczyli ze śniegiem przez cały tydzień, żeby chociaż sąsiad do sąsiada mógł pójść. Szalejący wiatr narobił takich wielkich zasp, że trudno było je łopatami przekopać. Przez najbliższe dwa miesiące, Mikołaj nie wybierał się do Hani. Tęsknił mocno za nią, ale musiał sobie darować. Dobrych nart nie miał, żeby mógł pokonać 10 kilometrów. Wolny czas wykorzystywał na przepiłowywaniu długich klocków buka zgromadzonego na podwórzu.
Nosił się też z myślą, że nareszcie trzeba przekazać swoje osobiste plany i marzenia i dla własnych rodziców. Czekał na dobrą chwilę, którą okazała się niedziela. W domu pozostali tylko rodzice i on. Temat rozpoczął od tego, że jego wolą jest aby młodszy brat pozostał na gospodarstwie po rodzicach. Choć tradycja nakazuje, że najstarszy syn zawsze pretenduje do dziedziczenia, ale ja od tej zasady odstępuję.
Choć rodzice wykazali zdziwienie, to jednak temat podjęli z nim bardzo spokojnie. Po czym wyjawił swoją dotychczasową znajomość z Hanią i dodał, że z niej nie zrezygnuje.
Ku wielkiemu zaskoczeniu Mikołaja, wszystko zostało wstępnie zaakceptowane. A całe zmartwienie zeszło mu z głowy. Wyszedł więc na podwórko, ukręcił w dłoni kilkanaście gałek ze świeżego śniegu i pod wpływem doznanych emocji rzucał nimi w stronę kraczących na drzewie wron. I pomyślał, czy to aby dobrze mi na przyszłość wróży, czy też nie ?
Według mnie zbyt szybko rodzice to przyjęli nie sprzeciwiając się moim propozycjom. A może kryje się za tym jakaś niespodzianka. Co to może być? Stojąc po kolana w śniegu długo medytował. Z tą zagadką i niepewnością Mikołaj pozostał aż do pierwszych wiosennych roztopów śniegu.

Ciąg dalszy już wkrótce

Tytuły następnych rozdziałów:
- Schyłek okupacji
- Ginąca natura
- Próba lądowania
- Bój o Wilśnię 1944 r.
- Nazwiska rodzin z Wilśni
- Zabrali mi mamę
- Ligasowie
- Zakończenie

beskid-niski.pl na Facebooku


 
395

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 1 i 3: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 11 osób
Logowanie