Beskid Niski i Łemkowszczyzna w literaturze
"Ginąca natura" - L. Hrabski
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
Andrzej Stasiuk
  • "Opowieści galicyjskie" - fragment
  • "Fado" - Andrzej Stasiuk (fragment)
"Życie Łemka" - Fedor Gocz
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
"Kasarnia powodem dramatu" - L. Hrabski
  • Część I-sza
  • Część II-ga
  • Część III-ia
  • Część IV-ta
  • Część V-ta
  • Część VI-ta
Tomasz Fuerst - eseje
  • Pierwsze spotkanie
  • Hajda na Baranie
  • Radosna świątynia
  • Jeden dzień wolności
  • Zapiski z Nowicy
Władysław Graban
  • Wiersze wybrane
Jan Gajur
  • Kermesz - fragment książki "Od Magury po Osławę"
Martin Pollack
  • Po Galicji
Stanisław Kłos
Portal beskid-niski.pl
  • Miejscowości
  • Cmentarze wojenne
  • Cerkwie i kościoły
  • Obiekty
  • Przyroda
  • Galeria
  • Zdjęcia archiwalne

 

/ Beskid w literaturze / Po Galicji
 
Martin Pollack
"Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma" - (fragmenty)

Wygraj książkę Martina Pollacka w konkursie !!!

Tarnów-Przemyśl
Kolej Karola Ludwika jeździła z Krakowa przez Tarnów, Przemyśl, Lwów i Tarnopol na wschód, gdzie docierała do stacji celnej Podwołoczyska na granicy z Rosją. Najpierw przecinała monotonny krajobraz zachodniogalicyjskiej niziny, gdzie od czasu do czasu wznosiły się pojedyncze pagórki; po obu stronach toru ciągnęły się rozległe łany zbóż, wśród których gdzieniegdzie wyrastał rzadki lasek brzozowy albo jakaś przyklejona do piaszczystego gościńca wioska - jej nazwy nie wymieniał żaden przewodnik.
W głębi duszy jest mi dość nieswojo na samą myśl, jak musiał czuć się ktoś, kogo los rzucał do takiej wioski i kto wiedział, że nie ma tam żadnej drogi łączącej ją ze światem. Garść nędznych chałup pokrytych gontem i strzechą, która zwieszała się nisko nad niewielkimi otworami okiennymi; krzywa, pociemniała od wilgoci drewniana kaplica czy synagoga; otoczone sitowiem stawy; chmary białych gęsi. W jasne dni widać było na południu zalesione zbocza przedgórza karpackiego. Po około siedemdziesięciu kilometrach pociąg dojeżdżał do położonego na prawym brzegu Białej miasta powiatowego Tarnowa, które było siedzibą biskupa rzymskokatolickiego i węzłem kolejowym: tu tarnowsko-leluchowska linia kolei państwowej, idąca przez góry na południe i przez Poprad docierająca na Węgry, łączyła się z lokalną linią w kierunku północnym, która koło Szczucina przekraczała nieodległą granicę z zaborem rosyjskim. Tarnów nie był miejscem godnym wyprawy.

Tarnów
Zajazdy dla gości. Hôtel de Cracovie, de Léopol, de Londres wszystkie trzy z restauracją.
Café´s. J. Breitseer, H. Funkelstern (obie tylko dla polsko żydowskich kupców).
Cukiernie. Spargnapani e Picenomi (bezapelacyjnie godne polecenia: gorące hachés, wykwintne likiery). Felix Drozdow-ski. Oba lokale schludne. Wart obejrzenia jest stary ratusz i kościół katedralny. Wszelako do ratusza trudno podejść, z czterech stron bowiem otacza go morze brudów, z którego wyłania się on niczym wyspa. Tarnów należy do najbrudniejszych miast Galicji, a to mówi za siebie.
Alexander F. Heksch, Illustrirter Führer durch die ungarischen Ostkarpathen, Galizien, Bukowina und Rumänien [Ilustrowany przewodnik po węgierskich Karpatach Wschodnich, Bukowinie i Rumunii]

Za Tarnowem zaczynają się suche, porośnięte sośniną piachy, które tylko w korytach rzek ustępują miejsca żyznej ziemi uprawnej i ciągną się na wschód aż do Brodów. Coraz częściej ukazywały się teraz wzdłuż torów kościoły o niezwykłej architekturze, które sadowiły się wśród pól jak ogromne arki na mieliźnie: niskie, pokryte gontem dachy, nad nimi zwykle trzy niezgrabne kopuły, obok świątyni drewniane rusztowanie, gdzie wisiały dzwony. Pierwsze wsie rusińskie. Niedaleko Jarosławia tor kolejowy schodził łagodnie w dół, w szeroką dolinę niemrawo płynącego Sanu, który stanowił naturalną granicę między Galicją Wschodnią a Zachodnią. Miasto Jarosław było w swoim czasie słynne z powodu przepysznych odpustów w kościele Najświętszej Maryi Panny, które wabiły wiernych z całej Galicji i nawet z zaboru rosyjskiego (polski poeta Aleksander Morgenbesser, urodzony w Jarosławiu w 1816 roku, uwiecznił te uroczystości w swoich zapomnianych dziś utworach).
Tory na lewym brzegu Sanu podążały teraz, wśród sadów i pól, śladem szerokich pętli rzeki i natrafiały koło Przemyśla na rozciągające się w kształcie łuku zbocza na styku z Karpatami. Wreszcie, wjechawszy do miasta rozlokowanego po obu stronach Sanu, kolej Karola Ludwika wtaczała się na żelazny most i przekraczała rzekę. Dworzec przemyski znajdował się w śródmieściu.

Często jeździł tą koleją pisarz i dziennikarz Karl Emil Franzos, urodzony w 1848 roku w Czortkowie, małym polsko-rusińsko-żydowskim miasteczku, daleko na wschodzie regionu podolskiego. Ten syn żydowskiego lekarza, niemieckiego liberała z okresu przed Wiosną Ludów, był moim pierwszym przewodnikiem po drogach Galicji Wschodniej i Bukowiny. Chętnie rozpoczynał swoje opowieści i reportaże od opisu tych szlaków: "Kto jedzie pociągiem ze Lwowa do Czerniowiec...". Franzos objechał wszystkie regiony między Sanem a Zbruczem, po czym w swoich powieściach i nowelach - przede wszystkim jednak w pracach dziennikarskich: w obrazach kultury wschodnich krain korony habsburskiej (Aus Halb Asien, Aus der großen Ebene, Vom Don zur Donau) - opisał krajobrazy i ludzi: subiektywnie, zawsze stając po stronie uciśnionych i pokrzywdzonych, nie szczędząc ciętego dowcipu.
Zaprawdę, bardzo to przyjazny człowiekowi gest ze strony kolei Karola Ludwika, że pociąg pośpieszny jeździ nocą. Z okien żadnego bodaj wagonu na tym kontynencie nie roztacza się widok równie beznadziejny. Jałowe błonie, mizerne łany, obdarci Żydzi, brudni chłopi. Albo też jakaś zapuszczona dziura, na dworcu kilku ziewających miejscowych notabli, paru Żydów i parę innych istot, których niepodobna raczej obdarzyć mianem człowieka. Kto jeździ tą linią za dnia, ten umrze z nudów, jeśli nie z głodu. Zapewne jest na tej trasie kilka restauracji [...], człowiek jednak za nic nie chciałby ich oglądać [...].
Osobiście jadłem raz w Przemyślu najosobliwszy sznycel cielęcy mego życia. Był to sznycel nadziewany i w istocie znalazłem w nim... gwóźdź, mocno zardzewiały, stalówkę, tudzież kępkę włosów. Kiedym podsunął corpora delicti restauratorowi pod nos, ten odparł wielce obojętnie: "Nie wiem, czemu się pan tak unosisz. Czyżbym zachęcał pana, abyś jadł stare żelastwo? Jedz pan mięso!". Wszelako - jedziemy nocą. Przesypiamy całą grozę krajobrazu i sznyclów cielęcych.
Karl Emil Franzos, Aus Halb Asien [Z pół Azji]

Znane nam są pisemne uznania i pochwały jakie P. Kohn otrzymał i posiada od I.C.W.A. ks. Albrechta, Karola Ludwika, i innych, te słowa zaszczytnej pochwały jakiemi go nie jednokrotnie odznaczyli najwyżsi dostojnicy rządowi i kolejni dalej J.W.W. ks. Sapieha, marszałek pol. Lauber, hr. Borkowski, ks. Jabłonowski i bardzo wielu innych, którzy przecież w tej sprawie najlepszymi rzeczoznawcami i sędziami być mogą.
Zresztą już to jedno że mimo istnienia tu kilku innych restauracyi, jeneralicya, sztab i w ogóle znaczniejsze osobistości w restauracyi p. Kohna na dworcu kolejnym zawsze się stołowali i stołują, dowodzi też wymownie czy czynione jej zarzuty są słuszne.
W czasie podróży Naj. Pana i manewr wojskowych restauracya ta (choć są inne w mieście) była od rana do nocy w oblężeniu a wszyscy najwyżsi wojskowi byli zawsze zadowo-leni i publicznie to objawiali.
Z wszystkich kolejowych restauracyi w Galicyi czernionych przez słynnego polakożercę i pamflecistę Karola Franzosa, jeden p. Kohn czując słuszność po swej stronie zmusił go sądownie do odwołania tej kalumni [...].
Przemyśl dnia 11 Lutego 1881. (37 podpisów)
Notatka pod nagłówkiem "Nadesłane" w polskiej gazecie "Przemyślanin" ; bądź co bądź pogardliwa uwaga o "nadziewanym sznyclu cielęcym" w przemyskiej restauracji dworcowej nie została usunięta z późniejszych wydań dzieł K.E. Franzosa

Przemyśl, centrum świata
Na wzgórzach nad prawym brzegiem Sanu wznosiły się wielkie, szare pudła, czyli budowle potężnej austriackiej twierdzy z działami skierowanymi na wschód; fortyfikacje, koszary, magazyny amunicji. U stóp góry zamkowej - stare miasto z godnym uwagi rzymskokatolickim kościołem katedralnym, z bazyliką franciszkanów oraz z położonym nieco wyżej kościołem greckokatolickim, renesansową budowlą z XVII wieku. Wąskie zaułki dzielnicy żydowskiej biegły od rynku w dół, w stronę rzeki. Na drugim brzegu - dzielnica Zasanie, która ciągnęła się aż do Szajbówki; tam, na błoniach rozgrywano na przełomie wieków pierwsze mecze piłkarskie: Polacy występowali w dresach przeszczepionego w 1867 roku z Czech do Galicji towarzystwa gimnastycznego "Sokół"; Rusini nazywali swoją organizację "Sokil". Po wybuchu wojny błonia Szajbówki miały być miejscem egzekucji szpiegów i dezerterów. Twierdza Przemyśl zawsze przyciągała szpiclów, szpiegów i agentów policji, ale wielu nieszczęśników, których plutony egzekucyjne prowadziły w latach wojny na piaszczyste pustkowie i tam rozstrzeliwały, było chyba tylko kozłami ofiarnymi, cierpiącymi za niespodziewane klęski wojsk austro-węgierskich na froncie wschodnim. Ci podejrzewani zbiorowo o sympatię dla "Moskwy" rusińscy studenci i intelektualiści, popi i chłopi trafiali przed sądy doraźne z powodu jakiejś nieostrożnej uwagi, jakiegoś podejrzanego artykułu w języku rusińskim albo listu.
Około 1900 roku Przemyśl liczył czterdzieści sześć tysięcy mieszkańców - Polaków, Żydów, Rusinów i przedstawicieli innych żyjących w monarchii austro- węgierskiej narodowości, którzy odbywali służbę wojskową w dziesięciotysięcznym garnizonie. Ulicami paradowali oficerowie; to oni nadawali ton na korso przy bulwarze Franciszka Józefa nad Sanem, a także w lokalach publicznych, choćby w "Grand Café Stieber" przy Mickiewicza, miejscu lubianym z powodu wykwintnego zimnego bufetu a la Hawełka (tak nazywała się najsłynniejsza jadłodajnia śniadaniowa i delikatesy w Krakowie, cieszące się w całej Galicji wręcz legendarną renomą). Do takich miejsc należał też "Ogród Zimowy" Ochsenberga (pilzner i piwo bawarskie), czy też zdobne w lustra weneckie i bogate sztukaterie sale restauracji dworcowej Kohna (później Dienstla). Były w Przemyślu dwa polskie gimnazja, jedno rusińskie, także rusińskie liceum dla dziewcząt i niemieckojęzyczna szkoła wojskowa, która podlegała ministerstwu wojny. Był biskup rzymskokatolicki (polski), biskup greckokatolicki (rusiński), pastorzy ewangeliccy (niemieccy) i rabini żydowscy. Podczas gdy w mieście zdecydowanie przeważał żywioł polski, w okolicznych wsiach wyraźną większość stanowili Rusini: w Dusiwci, Pozdjaczu, Chołowyczi, Kupiatyczi, Darowyczi, Wiroczku, Mołodowyczi, Kormanyczi, Jaksmanyczi, Popowyczi, Mańhowyczi, Stanisławczyku... Ale w okręgu przemyskim istniały też poszczególne niemieckie kolonie i sztetle, gdzie mówiono głównie w jidysz. Natomiast na ulicach i w domach miasta garnizonowego granice narodowe i językowe zdawały się zacierać i przy opadającym stromo, obsadzonym drzewami rynku, w centrum starówki, znajdowały się obok siebie sklepy polskie, niemieckie i żydowskie.
W jednej z takich starych, stłoczonych przy rynku kamienic, w tak zwanym domu Gizowskiego, miał swoją kancelarię adwokat i uczony prawnik, Wilhelm Rosenbach; u Rosenbacha, podobnie jak w domach wielu wykształconych Żydów, mówiło się po niemiecku, a jego urodzona w 1884 roku córka Helene, ukończywszy liceum, opuściła Przemyśl i wyjechała do Wiednia, gdzie została uczennicą, a potem asystentką Zygmunta Freuda.

W proporcji do całego życia spędziłam w Przemyślu niewiele lat, ale jest on i pozostanie dla mnie centrum świata. Po dziś dzień pamiętam każdy najmniejszy zaułek na Górze Zamkowej, park wokół ruin dawnej twierdzy na wzgórzu, a zwłaszcza ukryte ławeczki, które prawdopodobnie ciągle jeszcze tam tkwią jako przystań dla kochanków, tak jak już za moich czasów. I pamiętam zbocza pobliskich pagórków, które przemierzałam godzinami. Od naszego domu w śródmieściu do Góry Zamkowej był to krótki spacer; w ciągu zaledwie pół godziny, idąc dwiema ulicami obok rozmaitych kościołów, docierałam na miejsce [...]. Dom był mikrokosmosem ówczesnego społeczeństwa polsko żydowskiego w Przemyślu. Znajdował się w centrum miasta, przy rynku, oddzielony od ruchu ulicznego przez niewielki park. Nasz balkon od frontu był lożą, z której obserwowaliśmy toczące się mimo nas życie i krzątaninę miasta. Kiedy przesiadywaliśmy tam o zmierzchu, mogliśmy szpiegować żołnierzy kochających się ze służącymi, sztubaków i podlotki, a niekiedy przyłapywaliśmy też na grzesznych manowcach zacnych żonkosiów. Widzieliśmy też stamtąd, który lokator wraca późno do domu. Czasami spóźnialski musiał długo czekać na dworze, zanim stary dozorca, wyrwany dzwonkiem z głębokiego snu, pokazywał się wreszcie w swojej brudnej bieliźnie. Od razu też wyciągał dłoń po napiwek, który traktował jak obola, należnego mu niezawodnie za otwarcie bramy. Słyszę jeszcze własny głos: "Panie Horak, nie mam drobnych, dam panu jutro" [...]. Na pierwszym piętrze mieszkała "arystokracja" domu: moi rodzice, brat, dwie siostry i ja; dalej druga rodzina adwokacka, Tarnawscy. Mieli syna, introwertyczne, samotne dziecko, którego matka cierpiała przypuszczalnie na neurozę lękową i nigdy nie spuszczała go z oczu. Tadzio został poetą..., ale nasze drogi rozeszły się. Tarnawscy żyją w mojej pamięci nadal jako najlepsi przedstawiciele owych rzadkich patriotów polskich, którzy byli gotowi zaakceptować polskich Żydów na zasadzie absolutnego równouprawnienia.
Helene Deutsch, Selbstkonfrontation [Konfrontacja ze sobą]

Tadzio Tarnawski popadł jako poeta w zapomnienie, w przeciwieństwie do młodzieńczej miłości Heleny Rosenbach, adwokata Hermana Liebermana, który w 1893 roku zorganizował w Przemyślu pierwszą komórkę Polskiej Partii Socjaldemokratycznej (PPSD) Galicji i Ślą-ska; po rozpadzie monarchii habsburskiej robotnicy rewolucjoniści chcieli proklamować nad Sanem "Republikę Przemyską", w której wszystkie żyjące w mieście narodowości miały pracować zgodnie i na równych prawach. Marzenie szybko pierzchło; musiało ustąpić bez śladu wobec wybuchających właśnie walk między Polakami i Ukraińcami, jak teraz nazywali się Rusini.
beskid-niski.pl na Facebooku


 
484

Komentarze: (0)Dodaj komentarz | Forum
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Imię i nazwisko:
E-mail:
Tekst:
Suma liczb 6 i 2: (Anty-spam)
    ;


e-mail: bartek@beskid-niski.pl
Copyright © 2003 - 2016 Wadas & Górski & Wójcik
Wsparcie graficzne: e-production.pl
praca w Niemczech|prosenior24.pl
Miód
Idea Team
Tanie odżywki
Ogląda nas 6 osób
Logowanie